Sekundy mijały, czas tykał, ale ona go nie poganiała. Nie wyciągnęła do niego dłoni, by po dwóch uderzeniach serca ją zabrać. Jasne, gdyby Sauriel na nią patrzył i przez dłuższy czas odmawiał, to by ją cofnęła – i pewnie skryłaby ten smutek, jak skrywała wiele innych emocji, nauczona, że tak jest łatwiej i lepiej. Widziała zawahanie się w Saurielu, jak patrzył na nią, na wyciągniętą do niego rękę – rzeczywiście wyglądało to tak, jakby jednak nie zamierzał jej złapać, ale wtedy nastąpił ruch; ceny zostały przeliczone i zimna dłoń dotknęła drugą zimną, a potem Victoria poczuła zaciśnięcie palców. I swoje też zacisnęła, chociaż bardzo delikatnie i nawet uśmiechnęła się do Sauriela zachęcająco. To było trochę surrealistyczne: w chwilę przejść od złości i krzyków do tego. Nie przerywała tej ciszy za szybko.
A kiedy powiedział, że nie wie, lekko przesunęła głowę, jakby chciała mieć na Sauriela lepszy widok, co było nie do osiągnięcia, skoro siedziała obok niego, twarzą w jego stronę, i widziała go przecież z bliska – na wyciągnięcie ręki, bo taka odległość ich właśnie dzieliła: i ich splecione dłonie pośrodku. Była jednocześnie zaskoczona i z drugiej strony wcale nie, że to taką odpowiedź dał: nie wiem. Victoria czuła, że wielu rzeczy względem swoich emocji nie wiedział, albo nie rozumiał, ale przy tym sądziła, że akurat złość w stosunku do Josepha będzie dla niego jasna do wyjaśnienia. Nie chciała go poganiać, ani wzdychać ciężko, że jak to nie rozumie – milczała więc i przyglądała mu się w spokoju, zastanawiając się wciąż, czy nadal się uspokajał, czy może raczej przechodziło mu równie szybko, co się zapalał? Pasowałoby to do niego – szybki skok emocji, szybkie ochłodzenie. Victoria była inna: w niej to wzbierało, a potem był wybuch supernowej i powolne zbieranie tego, co zostało.
– Słodki jesteś – uśmiechnęła się do niego. To naprawdę było słodkie: to zmartwienie, że coś mogłoby jej się stać. Nie pytała, co mógłby jej zrobić stary wampir, bo możliwości było sporo. Wystarczał sam strach, być może zakorzeniony w Saurielu gdzieś głęboko, bo Joseph go przecież zabił, a Sauriel wcale nie chciał zostać wampirem. Może to wszystko było irracjonalne dlatego, że drzemało to pod jego skórą, jak pamięć mięśniowa. Victoria się nie bała, bo codziennie zaglądała śmierci w oczy, a żywi ludzie potrafili skrzywdzić tak samo, jak i ci, którzy powstali z martwych. Musiałaby się więc bać wszystkiego i wszystkich, a to nie miało najmniejszego sensu. Ale Sauriel był słodki: bo się martwił. Niesłodkie było za to to, że zmartwienie powodowało agresję również do niej, chociaż wcale tego nie chciał.
Nie chodziło o to, że przeklinał w ogóle, ale w jaki sposób i kiedy – co ją rozsierdziło jak kotkę i też gotowa była syczeć i drapać w obronie własnej. Niepotrzebnie. Cały tamten wybuch był niepotrzebny i teraz było to całkowicie oczywiste.
– Nie, nie – nie Joseph. Och Joseph zdecydowanie nie patrzył na nią jak na posiłek, według niej on doskonale wiedział, czemu tutaj była i nie wyglądał, jakby chciał to wykorzystać w ten sposób. – Spokojnie, nic takiego mi nie insynuował – nie było sensu do tych Saurielowych emocji dokładać więcej i jeszcze bardziej go nastawiać przeciwko Josephowi. – Wydaje mi się, że był po prostu ciekawy kim dokładnie jestem – bo co innego znać personalia i wiedzieć rzeczy od innych, a co innego porozmawiać twarzą w twarz bez wymuszonego spotkania towarzyskiego jakim były tamte zaręczyny. Victoria miała wrażenie, że Joseph był jej ciekawy głównie ze względu na Sauriela. Sugerował jej bardzo dobitnie zainteresowanie Czarnego Kota, przy czym wydało jej się, że chociaż Sauriel się go bał i przynajmniej kiedyś nienawidził, bo Joseph może na swoje wampirze dziecko patrzeć znacznie inaczej. Protekcjonalnie nawet.
W końcu… dlaczego w ogóle przemienił Sauriela? Ewidentnie nie dla zabawy – Sauriel nie został porzuconym na pastwę pisklakiem.
– Taak, domyśliłam się – bo to rzeczywiście stało się dla niej jasne: że skrzat miał tylko jednego pana. – Wiesz co? Mam pomysł – machnęła do niego drugą ręką, by się do niej zbliżył. Chciała mu to powiedzieć na wypadek, gdyby ściany miały uszy. – Następnym razem mogę ci dać znać przez lusterko, że już jestem – to, plus umówioiną godzina i można było w ogóle wyrzucić z równania skrzata otwierającego drzwi i wołającego Josepha, skoro to dla Sauriela było takie ważne. – Co myślisz? – to powiedziała już normalnie, nie szeptem.