25.01.2025, 16:58 ✶
Być może jego główną działalnością nie było szwendanie się po miejscach na tyle dzikich, niebezpiecznych czy wręcz mrocznych, by potrzebował szkolić się ku temu przez całe życie. Prawdę mówiąc, gdyby nie kilka mniej lub bardziej zgubnych decyzji podjętych w młodości, pewnie ograniczałby się do leczenia obrażeń, nie ich zadawania. Jasne, nie zmieniłoby to faktu, że od czasu do czasu zapewne i tak wdałby się w jakąś bójkę, bo bywał zdecydowanie zbyt mocno w gorącej wodzie kąpany, żeby tego uniknąć.
A jednak raczej nigdy nie zamierzał wiązać swojej kariery zawodowej z polowaniami, najemnictwem czy czymś podobnym. Nie marzyła mu się oszałamiająca swym prestiżem posada aurora czy trochę mniej prestiżowa rola brygadzisty - tymi zawodami gardził niemal od samego początku. Równie mocno, co całym Ministerstwem i większością ludzi, którzy tam pracowali.
Mimo to los pchnął go ku choć częściowemu zaangażowaniu się w coś, co wymagało od niego dbania nie tylko o zachowanie aktywności fizycznej, lecz także o stałe poszerzanie zakresu umiejętności, aby móc poradzić sobie w walce. Bez tego najprawdopodobniej nie przetrwałby zbyt długo w półświatku. Nawet jako pozornie nieszkodliwy pośrednik musiał mierzyć się z potencjalnie śmiertelnie niebezpiecznymi sytuacjami.
Akceptował to, zwłaszcza teraz, gdy znów nie musiał uważać na nic ani na nikogo. Trochę z poczucia bezsensu, odrobinę z nowoodzyskanej brawury, po części z chęci udowodnienia sobie samemu, że jego życie było od samego początku do samego końca zjebane. Tak, pochodził do tego z goryczą starannie ubieraną w uwielbiane przez niego określenie bycia realistą.
Tyle tylko, że nie zawsze lubił faktycznie być realistyczny. Tak jak na przykład w tej sytuacji - za chuja nie odpowiadała mu konieczność realistycznego spojrzenia na sytuację. Nawet nie tyle przyznania się do przegranej i poddania walki, co raczej przyjęcia innego, dużo bardziej ponurego faktu: gdyby to było prawdziwe starcie, dawno wąchałby kwiatki od spodu.
No, może ewentualnie byłby dębem, z którego jakieś widmo mogłoby wyssać całą energię. Tak - obecnie niezbyt entuzjastycznie podchodził do otaczającego go świata. Pomimo przysłużenia się temu faktowi, Geraldine nie miała z tym wiele wspólnego. Nie był sfrustrowany w związku z nią i jej wygraną.
Był wściekły, bo znowu dał się zapędzić w pułapkę. Bo najwidoczniej miał na tyle dużo słabych punktów w swojej technice, że wystarczył ktoś choć odrobinę nieprzewidywalny, ktoś w jego oczach inny od większości zbirów, mącicieli czy po prostu degeneratów, z którymi miał okazję pracować. Odstępstwo od reguły.
I już byłby coraz chłodniejszym, sztywniejącym trupem. Nie lubił tej świadomości. Mógł myśleć, co chciał. Podchodzić do niebezpieczeństwa z cynizmem i butą. Twierdzić, że skoro nic już nie miał, nic na niego nie czeka to utrata życia w trakcie lukratywnego zlecenia nie była najgorszym, co mogło mu się stać.
Mimo to uświadomienie sobie, że gdyby to nie był po prostu towarzyski sparing, znalazłby się w czarnej dupie a później zapewne w jeszcze czarniejszej dziurze w ziemi... ...wkurwiło go. Zirytowało go na tyle, że wreszcie udało mu się ponownie zmusić ciało do skoku przy pomocy teleportacji. Dokładnie tak jak tego chciał. Tam, gdzie oczekiwał, że się znajdzie.
Trafił na plażę za głazy, nie czekając ani chwili przed podjęciem jednej, drugiej i trzeciej próby oswobodzenia się z więzów. W tym momencie nie próbował zbyt uważnie monitorować otoczenia. Skok powiódł mu się na tyle dobrze, że wiedział, że miał co najmniej chwilę zanim mógłby się zastanawiać nad ewentualnymi kolejnymi posunięciami ze strony Geraldine.
Choć w głębi duszy coś mówiło mu, że nie miało ich być. W swoich oczach już wygrała. W jego? W tej chwili miał to już gdzieś. Skupił się na obróceniu swojej irytacji w wysupłanie się z lin. W wypuszczenie oddechu tak mocno, by jak najbardziej się w sobie skurczyć. W nabranie powietrza w płuca. W kręcenie ciałem to w jedną, to w drugą stronę. W zaczepienie sznurami o pobliskie ostre kamienie.
Wszystko na raz, wszystko po kolei. Wszystko do skutku, kiedy to więzy opadły na piach a on sam skierował się ku słonej wodzie, w której obmył twarz i doły nogawek, ignorując szczypanie otarć, jakie narobił sobie podczas wyswobadzania się z pułapki.
Nie wiedział, ile czasu minęło zanim wrócił do punktu wyjścia. Żywopłot zaczął wyraźnie słabnąć, trzęsawisko nadal tam było, Geraldine już nie. Ambroise zabrał swoje rzeczy, kierując kroki ku Piaskownicy. Był zły. Głównie na siebie, tylko na siebie.
A jednak raczej nigdy nie zamierzał wiązać swojej kariery zawodowej z polowaniami, najemnictwem czy czymś podobnym. Nie marzyła mu się oszałamiająca swym prestiżem posada aurora czy trochę mniej prestiżowa rola brygadzisty - tymi zawodami gardził niemal od samego początku. Równie mocno, co całym Ministerstwem i większością ludzi, którzy tam pracowali.
Mimo to los pchnął go ku choć częściowemu zaangażowaniu się w coś, co wymagało od niego dbania nie tylko o zachowanie aktywności fizycznej, lecz także o stałe poszerzanie zakresu umiejętności, aby móc poradzić sobie w walce. Bez tego najprawdopodobniej nie przetrwałby zbyt długo w półświatku. Nawet jako pozornie nieszkodliwy pośrednik musiał mierzyć się z potencjalnie śmiertelnie niebezpiecznymi sytuacjami.
Akceptował to, zwłaszcza teraz, gdy znów nie musiał uważać na nic ani na nikogo. Trochę z poczucia bezsensu, odrobinę z nowoodzyskanej brawury, po części z chęci udowodnienia sobie samemu, że jego życie było od samego początku do samego końca zjebane. Tak, pochodził do tego z goryczą starannie ubieraną w uwielbiane przez niego określenie bycia realistą.
Tyle tylko, że nie zawsze lubił faktycznie być realistyczny. Tak jak na przykład w tej sytuacji - za chuja nie odpowiadała mu konieczność realistycznego spojrzenia na sytuację. Nawet nie tyle przyznania się do przegranej i poddania walki, co raczej przyjęcia innego, dużo bardziej ponurego faktu: gdyby to było prawdziwe starcie, dawno wąchałby kwiatki od spodu.
No, może ewentualnie byłby dębem, z którego jakieś widmo mogłoby wyssać całą energię. Tak - obecnie niezbyt entuzjastycznie podchodził do otaczającego go świata. Pomimo przysłużenia się temu faktowi, Geraldine nie miała z tym wiele wspólnego. Nie był sfrustrowany w związku z nią i jej wygraną.
Był wściekły, bo znowu dał się zapędzić w pułapkę. Bo najwidoczniej miał na tyle dużo słabych punktów w swojej technice, że wystarczył ktoś choć odrobinę nieprzewidywalny, ktoś w jego oczach inny od większości zbirów, mącicieli czy po prostu degeneratów, z którymi miał okazję pracować. Odstępstwo od reguły.
I już byłby coraz chłodniejszym, sztywniejącym trupem. Nie lubił tej świadomości. Mógł myśleć, co chciał. Podchodzić do niebezpieczeństwa z cynizmem i butą. Twierdzić, że skoro nic już nie miał, nic na niego nie czeka to utrata życia w trakcie lukratywnego zlecenia nie była najgorszym, co mogło mu się stać.
Mimo to uświadomienie sobie, że gdyby to nie był po prostu towarzyski sparing, znalazłby się w czarnej dupie a później zapewne w jeszcze czarniejszej dziurze w ziemi... ...wkurwiło go. Zirytowało go na tyle, że wreszcie udało mu się ponownie zmusić ciało do skoku przy pomocy teleportacji. Dokładnie tak jak tego chciał. Tam, gdzie oczekiwał, że się znajdzie.
Trafił na plażę za głazy, nie czekając ani chwili przed podjęciem jednej, drugiej i trzeciej próby oswobodzenia się z więzów. W tym momencie nie próbował zbyt uważnie monitorować otoczenia. Skok powiódł mu się na tyle dobrze, że wiedział, że miał co najmniej chwilę zanim mógłby się zastanawiać nad ewentualnymi kolejnymi posunięciami ze strony Geraldine.
Choć w głębi duszy coś mówiło mu, że nie miało ich być. W swoich oczach już wygrała. W jego? W tej chwili miał to już gdzieś. Skupił się na obróceniu swojej irytacji w wysupłanie się z lin. W wypuszczenie oddechu tak mocno, by jak najbardziej się w sobie skurczyć. W nabranie powietrza w płuca. W kręcenie ciałem to w jedną, to w drugą stronę. W zaczepienie sznurami o pobliskie ostre kamienie.
Wszystko na raz, wszystko po kolei. Wszystko do skutku, kiedy to więzy opadły na piach a on sam skierował się ku słonej wodzie, w której obmył twarz i doły nogawek, ignorując szczypanie otarć, jakie narobił sobie podczas wyswobadzania się z pułapki.
Nie wiedział, ile czasu minęło zanim wrócił do punktu wyjścia. Żywopłot zaczął wyraźnie słabnąć, trzęsawisko nadal tam było, Geraldine już nie. Ambroise zabrał swoje rzeczy, kierując kroki ku Piaskownicy. Był zły. Głównie na siebie, tylko na siebie.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down