On czuł, jakby to tłumaczenie obdzierało go z męskości, bo przecież to takie babskie – rozwodzić się nad uczuciami i emocjami, a ona nie widziała w tym absolutnie nic, co miałoby mu zabrać to, kim był. Nigdy nie jawił się w jej głowie jako niemęski, raczej te momenty, kiedy zamykał się w sobie, burczał i nic sensownego nie mówił, to było jakby miała do czynienia z dzieckiem, a nie mężczyzną. A teraz się starał, tak naprawdę starał! Nie to, że wcześniej nie, po prostu teraz było to znacznie bardziej widoczne. Doceniała to. Nawet jeśli jeszcze przed chwilą kłócili się ze sobą o rzeczy bzdurne, w głowie Sauriela wyrośnięte do miara kolosalnych, to te starania były widoczne. I miała nadzieję, że nie jednostronne, że i on dostrzegał, że chciała mu dać tak potrzebną mu przestrzeń.
– Mhm – przytaknęła i uśmiechnęła się niemalże zaczepnie. Tak, słodki. Kilka razy go już chyba takim nazwała, przy okazji podobnych sytuacji, kiedy robił albo mówił coś, co było nieoczywiste na pierwszy rzut oka, a jednak łapało za serce – bo myślał o niej. – To dobrze, nie chcę żebyś był słodki dla innych – jeszcze by tego brakowało, żeby inne panny uważały go za słodkiego. Pięść Victorii chyba by się wtedy bardzo mocno zacisnęła… Dopiero kiedy to powiedziała, wyczuła, co oni tu właśnie zrobili – ten mały flirt, do którego ze strony Sauriela nie była za bardzo przyzwyczajona, nawet jeśli ostatnimi czasy tak się przy niej nie pilnował.
– Całe szczęście, bo uzdrowiciel ze mnie żaden – jeszcze przyszłoby jej wpaść w panikę, albo zastosować niezawodną metodę usta-usta… Bo jak należało postępować w przypadku zawału? Oczywiście wiedziała, że nie mówił tego na poważnie, nawet gdyby nie był wampirem, to zawału by nie dostał – co najwyżej byłby w wielkim szoku. – Na pewien sposób chyba tę ciekawość zaspokoił – do pewnego stopnia przynajmniej, bo Victoria widziała i czuła, ze ta ich rozmowa mogła potrwać jeszcze długo, gdyby Sauriel się nie zjawił i jej nie przerwał. Nie miała nic przeciwko… Ale matka dobrze ją nauczyła i wyszkoliła, do brylowania w towarzystwie. Potrafiła też postawić w rozmowie granicę tam, gdzie nie chciała, by była przekroczona, Joseph na szczęście nie próbował w takich momentach naciskać. Na ile jednak był ciekawy jej, co… jej relacji z Saurielem?
– Czasem?! – Victoria była niemal oburzona. Doskonale wiedziała, że to dużo częściej niż czasem, miała o sobie całkiem wysokie mniemanie jeśli chodziło o bycie pomysłową. – Za rzadko mnie słuchasz w takim razie – ach ta kamienna twarz… kiedy żartowała, a kiedy nie? Obcy miałby problem to rozczytać, ale Rookwood powinien już wiedzieć, że to właśnie w takich momentach stroiła sobie żarty i zbierało jej się na śmieszki. – I dlatego zamieniło się to w ruderę? – zapytała nieprzekonana, ale również wstała, zarzuciła sobie pasek torebki na ramię i wzięła szklankę z ginem, którego do tej pory nie ruszyła. Lekko zdziwiona, że Sauriel nie puścił jej dłoni nie oponowała przed tym, pozwalając, by zaprowadził ją do siebie – to było miłe, móc go trzymać za dłoń trochę dłużej. Sprawiało to, że robiło jej się tak jakoś… lekko na sercu. Najwyższy to był czas, żeby się ruszyć – bo była bardzo ciekawa, jak się teraz urządził.