25.01.2025, 22:44 ✶
Mrucząc zaklęcia pod nosem (choć chyba właściwie lepiej byłoby to nazwać burczeniem albo wręcz warczeniem) skupiał się na wściekłym machaniu różdżką. Tym razem wyjątkowo skutecznym, bo praktycznie każdy ruch wykonany w kierunku pędów jeżyn wiązał się z ich dezintegracją. Wściekłość zdecydowanie go napędzała. Jeszcze nigdy nie korzystał z tego typu metod w ogrodzie - ani tym, ani innym. Tymczasem okazywało się to bardziej skuteczne niż cokolwiek innego.
Chaotycznie, niezbyt metodycznie przesuwał się to do przodu, to w bok. Już nie torował sobie drogi do ogrodowej szopki. Gdyby spojrzał na siebie z innej perspektywy i miał trochę więcej zdolności introspekcji, raczej mógłby stwierdzić, że on wręcz tę szopkę odstawiał. Miotał się jak dzika kuna. Raz w jedną, raz w drugą, wyżywając się w pełni do momentu, w którym nie poczuł tego specyficznego wrażenia.
Nie wiedział, ile czasu go obserwowała zanim włoski stanęły mu dęba na karku i poczuł na sobie spojrzenie. To mogły być sekundy, mogły być też minuty. Te drugie zdecydowanie zdążyły minąć zanim zdecydował się zabrać głos.
- Przewieje cię - burknął przez ramię, nawet nie racząc obrócić się na pięcie i stanąć przodem do dziewczyny.
Zamiast tego w dalszym ciągu spoglądał na jeżynowe chaszcze tuż przed nim. Nieliczne, jakie mu jeszcze pozostały, aby osiągnąć efekt, którego nie zakładał, ale którego chyba obecnie potrzebował, by odrobinę ochłonąć. Choć jednocześnie było to dosyć mocno niewłaściwe określenie, bowiem Ambroise w żadnym wypadku nie czuł obecnie chłodu ani tego jesiennego wiatru, który jeszcze jakiś czas temu, gdy walczyli na wrzosowisku, był całkiem odczuwalny.
Obecnie było mu całkiem gorąco. Oddychał ciężko - momentami przez usta, chwilami przez nos, kiedy jego szczęka samoistnie zbyt mocno się napinała a wargi wyginały się w rozdrażnionym grymasie. Skóra błyszczała mu od potu zaś włosy na karku samoistnie poskręcały się w luźne sprężynki. Raz po raz poprawiał kitkę z tyłu głowy. Tylko po to, żeby za moment znów kurwić na kosmyki wpadające mu do oczu.
Tak, mówił Geraldine o tym, że mogła się przeziębić. Jakiś czas wcześniej wyczuł jej obecność za jego plecami, minutę czy dwie później kątem oka posyłając przelotne spojrzenie w kierunku dziewczyny. Dostrzegł wilgotne włosy, łącząc to z dźwiękiem spadającej wody słyszalnym przez uchylone okno w dolnej łazience. Najwidoczniej postanowiła wziąć prysznic, zdążyła umyć się po sparingu, ale jednocześnie nie kłopotała się dosuszeniem głowy.
Był na tyle dużym hipokrytą, że nie miał najmniejszego problemu z tym, aby zwrócić jej uwagę na ten fakt, nawet jeśli jego własne włosy również nie były suche. Wpierw zmoczył je podczas ochlapywania twarzy morską wodą. Przejechał mokrymi dłońmi po głowie, chłodząc sobie kark. Teraz zdecydowanie zamachał się intensywnymi działaniami w ogrodzie.
Mimo to raczej nie dostrzegał ironii płynącej z własnej wypowiedzi. Nie pierwszy i nie jedyny raz. To też raczej było dla nich całkowicie normalne. Szczególnie, że w tym momencie w dalszym ciągu był zły na siebie i na te pierdolone krzewy, nie na nią, toteż w jakiś pokrętny, nieco kąśliwy i pochmurny sposób wyrażał wobec niej swoją troskę.
Samemu? Na moment opuszczając rękę i wciskając różdżkę z powrotem na miejsce w jednej ze specjalnych kieszonek w spodniach. Bez słowa przetorował sobie ostatnie trzy kroki w kierunku szopy, żeby chwycić stamtąd grube rękawice ze smoczej skóry. Zakładając je na dłonie, szarpnął pierwszy sterczący w kierunku nieba pęd, wyrywając go z dostateczną ilością korzeni.
Skoro nie był już sam, nie zamierzał korzystać z magii. Być może dał się dziś namówić na złamanie nie jednego a aż dwóch śmiertelnie poważnych postanowień. Jak do tej pory, bilans nie był ani dobry, ani zły. Roise przez chwilę miał wręcz wyśmienity nastrój, później humor całkowicie mu się skopał, ale nie mógł powiedzieć, by coś przeważyło szalę w którymkolwiek kierunku.
Jasne, w dalszym ciągu był rozczarowany i wnerwiony. Obecnie niespecjalnie nadawał się na towarzystwo i Yaxleyówna raczej musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo do niego nie podeszła. A jednak nie zamierzał tym na nią emanować. Wolał zająć się resztą zadań, które mimowolnie tu sobie wyznaczył. Tyle tylko, że teraz już bez wcześniejszych metod, bo trzeciej reguły nie zamierzał już całkowicie znosić. Wystarczyło, że ją dostatecznie nagiął.
Nie skomentował papierosa, jaki znalazł się między malinowymi wargami dziewczyny. Nie dostrzegł tego, że postanowiła zapalić. Zapach dymu nie przedarł się przez bardzo podobną nutę wiszącą w powietrzu, nawet jeśli jej mugolskis fajki zawsze niemiłosiernie śmierdziały Greengrassowi.
W dalszym ciągu zajmował się zarośniętą przestrzenią, tyle tylko, że teraz drąc ostre łodygi i szarpiąc je rękami. Napinając mięśnie i drąc w górę z zamiarem późniejszego zajęcia się resztą korzeni pozostających w ziemi, bo te cholerne rośliny miały tendencję do bezwzględnego odradzania się nawet z najmniejszego kawałeczka korzonka. A on nie chciał pozostawiać pracy w połowie.
Chaotycznie, niezbyt metodycznie przesuwał się to do przodu, to w bok. Już nie torował sobie drogi do ogrodowej szopki. Gdyby spojrzał na siebie z innej perspektywy i miał trochę więcej zdolności introspekcji, raczej mógłby stwierdzić, że on wręcz tę szopkę odstawiał. Miotał się jak dzika kuna. Raz w jedną, raz w drugą, wyżywając się w pełni do momentu, w którym nie poczuł tego specyficznego wrażenia.
Nie wiedział, ile czasu go obserwowała zanim włoski stanęły mu dęba na karku i poczuł na sobie spojrzenie. To mogły być sekundy, mogły być też minuty. Te drugie zdecydowanie zdążyły minąć zanim zdecydował się zabrać głos.
- Przewieje cię - burknął przez ramię, nawet nie racząc obrócić się na pięcie i stanąć przodem do dziewczyny.
Zamiast tego w dalszym ciągu spoglądał na jeżynowe chaszcze tuż przed nim. Nieliczne, jakie mu jeszcze pozostały, aby osiągnąć efekt, którego nie zakładał, ale którego chyba obecnie potrzebował, by odrobinę ochłonąć. Choć jednocześnie było to dosyć mocno niewłaściwe określenie, bowiem Ambroise w żadnym wypadku nie czuł obecnie chłodu ani tego jesiennego wiatru, który jeszcze jakiś czas temu, gdy walczyli na wrzosowisku, był całkiem odczuwalny.
Obecnie było mu całkiem gorąco. Oddychał ciężko - momentami przez usta, chwilami przez nos, kiedy jego szczęka samoistnie zbyt mocno się napinała a wargi wyginały się w rozdrażnionym grymasie. Skóra błyszczała mu od potu zaś włosy na karku samoistnie poskręcały się w luźne sprężynki. Raz po raz poprawiał kitkę z tyłu głowy. Tylko po to, żeby za moment znów kurwić na kosmyki wpadające mu do oczu.
Tak, mówił Geraldine o tym, że mogła się przeziębić. Jakiś czas wcześniej wyczuł jej obecność za jego plecami, minutę czy dwie później kątem oka posyłając przelotne spojrzenie w kierunku dziewczyny. Dostrzegł wilgotne włosy, łącząc to z dźwiękiem spadającej wody słyszalnym przez uchylone okno w dolnej łazience. Najwidoczniej postanowiła wziąć prysznic, zdążyła umyć się po sparingu, ale jednocześnie nie kłopotała się dosuszeniem głowy.
Był na tyle dużym hipokrytą, że nie miał najmniejszego problemu z tym, aby zwrócić jej uwagę na ten fakt, nawet jeśli jego własne włosy również nie były suche. Wpierw zmoczył je podczas ochlapywania twarzy morską wodą. Przejechał mokrymi dłońmi po głowie, chłodząc sobie kark. Teraz zdecydowanie zamachał się intensywnymi działaniami w ogrodzie.
Mimo to raczej nie dostrzegał ironii płynącej z własnej wypowiedzi. Nie pierwszy i nie jedyny raz. To też raczej było dla nich całkowicie normalne. Szczególnie, że w tym momencie w dalszym ciągu był zły na siebie i na te pierdolone krzewy, nie na nią, toteż w jakiś pokrętny, nieco kąśliwy i pochmurny sposób wyrażał wobec niej swoją troskę.
Samemu? Na moment opuszczając rękę i wciskając różdżkę z powrotem na miejsce w jednej ze specjalnych kieszonek w spodniach. Bez słowa przetorował sobie ostatnie trzy kroki w kierunku szopy, żeby chwycić stamtąd grube rękawice ze smoczej skóry. Zakładając je na dłonie, szarpnął pierwszy sterczący w kierunku nieba pęd, wyrywając go z dostateczną ilością korzeni.
Skoro nie był już sam, nie zamierzał korzystać z magii. Być może dał się dziś namówić na złamanie nie jednego a aż dwóch śmiertelnie poważnych postanowień. Jak do tej pory, bilans nie był ani dobry, ani zły. Roise przez chwilę miał wręcz wyśmienity nastrój, później humor całkowicie mu się skopał, ale nie mógł powiedzieć, by coś przeważyło szalę w którymkolwiek kierunku.
Jasne, w dalszym ciągu był rozczarowany i wnerwiony. Obecnie niespecjalnie nadawał się na towarzystwo i Yaxleyówna raczej musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo do niego nie podeszła. A jednak nie zamierzał tym na nią emanować. Wolał zająć się resztą zadań, które mimowolnie tu sobie wyznaczył. Tyle tylko, że teraz już bez wcześniejszych metod, bo trzeciej reguły nie zamierzał już całkowicie znosić. Wystarczyło, że ją dostatecznie nagiął.
Nie skomentował papierosa, jaki znalazł się między malinowymi wargami dziewczyny. Nie dostrzegł tego, że postanowiła zapalić. Zapach dymu nie przedarł się przez bardzo podobną nutę wiszącą w powietrzu, nawet jeśli jej mugolskis fajki zawsze niemiłosiernie śmierdziały Greengrassowi.
W dalszym ciągu zajmował się zarośniętą przestrzenią, tyle tylko, że teraz drąc ostre łodygi i szarpiąc je rękami. Napinając mięśnie i drąc w górę z zamiarem późniejszego zajęcia się resztą korzeni pozostających w ziemi, bo te cholerne rośliny miały tendencję do bezwzględnego odradzania się nawet z najmniejszego kawałeczka korzonka. A on nie chciał pozostawiać pracy w połowie.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down