25.01.2025, 22:59 ✶
Maeve wpatrywała się w Stanleya z wyrazem twarzy, który był niemal nieprzenikniony, choć gdzieś w jej spojrzeniu tliła się delikatna nuta zrozumienia. Siedziała spokojnie, jednak w jej drobnych, niemal niedostrzegalnych gestach widać było napięcie. Nie przerwała mu ani słowem, choć widać było, że każde zdanie, które wypowiadał, rezonowało gdzieś w niej głęboko. Jej ramiona unosiły się i opadały w równym rytmie oddechu, a jednak to milczenie, którym go obdarzyła, miało w sobie więcej treści niż wiele niepotrzebnych słów.
Czy zastanawiała się kiedyś, kim był jej ojciec? Żeby tylko raz. Co jakiś czas zagadka powracała, ale nigdy nie męczyła ją na tyle prominentnie, by chciała ją rozwiązać. Głównie dlatego, że dorastała w środowisku, gdzie mężczyźni byli zwyczajnie marginalni. Byli niezbędni w fazie poczęcia, ale później nie grali żadnej istotnej roli. Żadna z jej sióstr nie znała nikogo oprócz matki, dorastały w przekonaniu, że tak ma być. Mewa sama przecież prawiła, że obecność ojca by tylko zamąciła ich spokój, bo głowa rodziny może być tylko jedna, a Madeleine nie miała zamiaru tej roli nikomu oddawać. Niemniej i tak przychodziły chwile słabości, właśnie takie jak teraz, kiedy chciałaby poznać odwieczną niewiadomą.
Wyrwała się z zamysłu, słysząc pytanie o papierosa. Machnęła ręką, zbywając sprawę.
- A pal, ile fabryka dała. Przecież tutaj i tak wszystko jest zadymione od opium i kadzideł - wyznała, pokazując ręką na przestrzeń wokół nich, którą okrywała cienka mgła wiecznie unoszących się oparów. Ilości towaru, jaki przepalano na dole, gdzieś przecież musiały się ulatniać. Wentylacji w tym budynku nigdy nie było dobrej, nikt się tym nie przejmował, przecież byli w Podziemiach. Siłą rzeczy wszystko musiało się pchać w górę.
Sięgnęła po jednego z papierosów, które Stanley trzymał w dłoni. Przez chwilę wahała się, jakby zastanawiała się, czy to odpowiedni moment, ale w końcu wzięła jednego, powoli wsuwając go między palce. Zapaliła go różdżką, przytrzymując płomień przez chwilę zbyt długo, jakby potrzebowała tego momentu, by zebrać myśli. Zaciągnęła się, a dym, gęsty i gryzący, ulatywał z jej ust jak nieme westchnienie.
- Jakby, rozumiem twój punkt widzenia, tylko zastanawia mnie jedno - przerwała na moment, spoglądając w przestrzeń, jakby szukała odpowiednich słów w mroku otaczającej ich ciszy. - Dlaczego wzorem musiał być dla ciebie akurat ojciec? Samo istnienie i sprowadzenie cię na ten świat nie sprawi, że będzie człowiekiem godnym naśladowania. - Uniosła brwi sugestywnie, bo choć Roberta ani razu na oczy nie widziała, podskórnie przeczuwała, że nie był nikim szczególnym. Zdawała sobie sprawę, że to definitywnie uprzedzenie do niego jako mężczyzny, ale przecież trzeba było przyznać, że wcale nie zaimponował faktem, że nie poczuwał się do odpowiedzialności przez dwie i pół dekady życia Stanleya.
Jej wzrok spoczął na Borginie, a w jej oczach była teraz mieszanka zdziwienia i determinacji.
- Co ty chcesz w sobie zmieniać, człowieku? - Zmarszczyła brwi, słysząc ostatnie zdanie. - Wiesz, nie chcę ci teraz pierdolić jakichś frazesów, że nie byłbyś sobą, gdybyś był inny, ale... chyba szukasz dziury w całym - musiała przerwać, żeby pokręcić głową z niedowierzaniem. - Jeśli potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci się wziąć w garść, polecam się na przyszłość. Nie potrzebujesz do tego jakiegoś, pożal się boże, Mulcibera, kiedy masz mnie. - Oznajmiła, kładąc dłoń na jego ramieniu z szerokim uśmiechem. Choć wiedziała, że średnio nadawała się na wsparcie emocjonalne, była święcie przekonana, że robiła to lepiej niż śniętej pamięci Robert. - Poza tym, nic mnie tak nie cieszy, jak okazja do powiedzenia facetowi, żeby zamknął wreszcie ryj i wziął się za siebie. - Zaśmiała się, chcąc rozładować sytuację, ale jednocześnie obserwowała bacznie przyjaciela, gotowa zmienić ton rozmowy, jeśli nie był jeszcze gotowy na żarty. Każdy inaczej znosił żałobę.
Czy zastanawiała się kiedyś, kim był jej ojciec? Żeby tylko raz. Co jakiś czas zagadka powracała, ale nigdy nie męczyła ją na tyle prominentnie, by chciała ją rozwiązać. Głównie dlatego, że dorastała w środowisku, gdzie mężczyźni byli zwyczajnie marginalni. Byli niezbędni w fazie poczęcia, ale później nie grali żadnej istotnej roli. Żadna z jej sióstr nie znała nikogo oprócz matki, dorastały w przekonaniu, że tak ma być. Mewa sama przecież prawiła, że obecność ojca by tylko zamąciła ich spokój, bo głowa rodziny może być tylko jedna, a Madeleine nie miała zamiaru tej roli nikomu oddawać. Niemniej i tak przychodziły chwile słabości, właśnie takie jak teraz, kiedy chciałaby poznać odwieczną niewiadomą.
Wyrwała się z zamysłu, słysząc pytanie o papierosa. Machnęła ręką, zbywając sprawę.
- A pal, ile fabryka dała. Przecież tutaj i tak wszystko jest zadymione od opium i kadzideł - wyznała, pokazując ręką na przestrzeń wokół nich, którą okrywała cienka mgła wiecznie unoszących się oparów. Ilości towaru, jaki przepalano na dole, gdzieś przecież musiały się ulatniać. Wentylacji w tym budynku nigdy nie było dobrej, nikt się tym nie przejmował, przecież byli w Podziemiach. Siłą rzeczy wszystko musiało się pchać w górę.
Sięgnęła po jednego z papierosów, które Stanley trzymał w dłoni. Przez chwilę wahała się, jakby zastanawiała się, czy to odpowiedni moment, ale w końcu wzięła jednego, powoli wsuwając go między palce. Zapaliła go różdżką, przytrzymując płomień przez chwilę zbyt długo, jakby potrzebowała tego momentu, by zebrać myśli. Zaciągnęła się, a dym, gęsty i gryzący, ulatywał z jej ust jak nieme westchnienie.
- Jakby, rozumiem twój punkt widzenia, tylko zastanawia mnie jedno - przerwała na moment, spoglądając w przestrzeń, jakby szukała odpowiednich słów w mroku otaczającej ich ciszy. - Dlaczego wzorem musiał być dla ciebie akurat ojciec? Samo istnienie i sprowadzenie cię na ten świat nie sprawi, że będzie człowiekiem godnym naśladowania. - Uniosła brwi sugestywnie, bo choć Roberta ani razu na oczy nie widziała, podskórnie przeczuwała, że nie był nikim szczególnym. Zdawała sobie sprawę, że to definitywnie uprzedzenie do niego jako mężczyzny, ale przecież trzeba było przyznać, że wcale nie zaimponował faktem, że nie poczuwał się do odpowiedzialności przez dwie i pół dekady życia Stanleya.
Jej wzrok spoczął na Borginie, a w jej oczach była teraz mieszanka zdziwienia i determinacji.
- Co ty chcesz w sobie zmieniać, człowieku? - Zmarszczyła brwi, słysząc ostatnie zdanie. - Wiesz, nie chcę ci teraz pierdolić jakichś frazesów, że nie byłbyś sobą, gdybyś był inny, ale... chyba szukasz dziury w całym - musiała przerwać, żeby pokręcić głową z niedowierzaniem. - Jeśli potrzebujesz kogoś, kto pomoże ci się wziąć w garść, polecam się na przyszłość. Nie potrzebujesz do tego jakiegoś, pożal się boże, Mulcibera, kiedy masz mnie. - Oznajmiła, kładąc dłoń na jego ramieniu z szerokim uśmiechem. Choć wiedziała, że średnio nadawała się na wsparcie emocjonalne, była święcie przekonana, że robiła to lepiej niż śniętej pamięci Robert. - Poza tym, nic mnie tak nie cieszy, jak okazja do powiedzenia facetowi, żeby zamknął wreszcie ryj i wziął się za siebie. - Zaśmiała się, chcąc rozładować sytuację, ale jednocześnie obserwowała bacznie przyjaciela, gotowa zmienić ton rozmowy, jeśli nie był jeszcze gotowy na żarty. Każdy inaczej znosił żałobę.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —