25.01.2025, 23:35 ✶
- To nie jest sukienka, tylko podobno sutanna - poprawiła Sauriela, tak gwoli uściślenia, co by ewentualnie miała orzygać. - Wiecie, że ja wcześniej myślałam, że sutanna to jakiś strój z otworami na suty? A tu proszę, kubraczek wyznaniowy - przyznała się, pełna podziwu, że właśnie taką nazwą obdarowano coś, co miało świadczyć o pewnej świętości. Przebiegła spojrzeniem po chłopakach, jakby badając reakcję - chyba niemo liczyła, że będą równie zaskoczeni co ona. Niestety Rookwood chyba był zbyt zajętym obczajaniem jej dupy. Z jakiego powodu? Nie miała, kurwa, pojęcia. I nie chciała go mieć, bo przecież miała nie rzygać.
- Skoro ci nie staje, to co się tak na mnie lampisz? - Zapytała, a potem strzeliła bokiem otwartej dłoni prosto w klatkę piersiową wampira, dając ewidentnie znać, że ma się ogarnąć. Wykrzywiła się, a potem wróciła do sedna sprawy, czyli palenia czarownic. Wywnioskowała tyle, że dostał od kogoś zlecenie, ale nadal nie rozumiała, czemu sam go nie kwestionował. Gwiazda intelektu zebranych tutaj panów oczywiśnie nie lśniła nigdy za mocno, ale była pewna, że nawet oni zauważali absurd namawiania do wsadzania na stos kogoś ich rodzaju. - Jak mam, kurwa, nie pytać? Sorry, ale jakoś nie widzę się w roli podpałki - oświadczyła, zaczynając machać energicznie rękoma, chyba w ramach preludium do łomotu, który zaczynała chcieć mu spuścić. Nie rozumiała czemu Sauriel zawsze budził w niej taką chęć do rękoczynów, ale nie umiała się powstrzymać.
- Chuj mnie to boli, co zrobi Ministerstwo. Czy możesz mnie chociaż zapewnić, że nie odbije się to nam czkawką? - Przesadna słodycz jego głosu wcale nie robiła na niej wrażenia. Zawsze była gotowa odpierdalać, ale przy okazji lubiła też wiedzieć, w co w zasadzie się pcha. Mogła być siewcą chaosu, było to fenomenalne zajęcie, ale jeśli ryzykowała zebraniem opierdolu od Lorraine, musiała wiedzieć, czy gra była warta świeczki.
- Podstaw mi tylko tego palucha pod usta, to ci go odgryzę - ostrzegła Sauriela, a potem po prostu zanurkowała ręką w słoiku, wybierając sporą porcję bitej śmietany. Zniknęła w mgnieniu oka. - Stasiu, a ty nie chcesz trochę? Na głodnego to nie ma co się za robotę zabierać - zapytała, zabierając Rookwoodowi słoik, żeby podstawić go pod twarz Stanleya. Musiała o niego dbać, bo kto inny miał?
Chwilę później ruszyli wreszcie w stronę kościoła. Sauriel w swojej koloratce i wyprostowanej postawie wyglądał niczym prawdziwy duchowny. Stanley... cóż, Stanley jak zwykle przypominał nieco zagubionego adepta sztuk dziwnych, ale przynajmniej nadrabiał entuzjazmem. Poprawiła habit, który wydawał się zupełnie nieprzystosowany do ruchu - jakby projektował go ktoś, kto chciał zakonnice zniechęcić do jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Stanęła na chwilę, by ocenić sytuację, kiedy przywitał ich chuderlawy, acz prawdziwy duchowny. Wyglądał, jakby zastanawiał się, czy przypadkiem nie powinien zadzwonić po kogoś bardziej kompetentnego do rozmowy z ich trójką - na przykład egzorcystę. Maeve przybrała odpowiednio pobożny wyraz twarzy i złożyła dłonie w geście modlitwy, jakby chciała udowodnić, że nikt inny nie jest tutaj bardziej święty od niej.
- Na wieki wieków - powtórzyła po Stanleyu, czy raczej diakonie Andrzeju, po czym skinęła głową w geście powitania. - Proszę nam wybaczyć brak wcześniejszej zapowiedzi. Czy ma ojciec chwilę, aby porozmawiać o czarownicach? - Zagaiła, nadając swojej twarzy wyraz tak głębokiej powagi, jakby od tej rozmowy miało zależeć zbawienie świata. Czy duchownym na tym właśnie nie zależało, na zbawieniu wszystkich? Powinien się poczuć do odpowiedzialności.
- Skoro ci nie staje, to co się tak na mnie lampisz? - Zapytała, a potem strzeliła bokiem otwartej dłoni prosto w klatkę piersiową wampira, dając ewidentnie znać, że ma się ogarnąć. Wykrzywiła się, a potem wróciła do sedna sprawy, czyli palenia czarownic. Wywnioskowała tyle, że dostał od kogoś zlecenie, ale nadal nie rozumiała, czemu sam go nie kwestionował. Gwiazda intelektu zebranych tutaj panów oczywiśnie nie lśniła nigdy za mocno, ale była pewna, że nawet oni zauważali absurd namawiania do wsadzania na stos kogoś ich rodzaju. - Jak mam, kurwa, nie pytać? Sorry, ale jakoś nie widzę się w roli podpałki - oświadczyła, zaczynając machać energicznie rękoma, chyba w ramach preludium do łomotu, który zaczynała chcieć mu spuścić. Nie rozumiała czemu Sauriel zawsze budził w niej taką chęć do rękoczynów, ale nie umiała się powstrzymać.
- Chuj mnie to boli, co zrobi Ministerstwo. Czy możesz mnie chociaż zapewnić, że nie odbije się to nam czkawką? - Przesadna słodycz jego głosu wcale nie robiła na niej wrażenia. Zawsze była gotowa odpierdalać, ale przy okazji lubiła też wiedzieć, w co w zasadzie się pcha. Mogła być siewcą chaosu, było to fenomenalne zajęcie, ale jeśli ryzykowała zebraniem opierdolu od Lorraine, musiała wiedzieć, czy gra była warta świeczki.
- Podstaw mi tylko tego palucha pod usta, to ci go odgryzę - ostrzegła Sauriela, a potem po prostu zanurkowała ręką w słoiku, wybierając sporą porcję bitej śmietany. Zniknęła w mgnieniu oka. - Stasiu, a ty nie chcesz trochę? Na głodnego to nie ma co się za robotę zabierać - zapytała, zabierając Rookwoodowi słoik, żeby podstawić go pod twarz Stanleya. Musiała o niego dbać, bo kto inny miał?
Chwilę później ruszyli wreszcie w stronę kościoła. Sauriel w swojej koloratce i wyprostowanej postawie wyglądał niczym prawdziwy duchowny. Stanley... cóż, Stanley jak zwykle przypominał nieco zagubionego adepta sztuk dziwnych, ale przynajmniej nadrabiał entuzjazmem. Poprawiła habit, który wydawał się zupełnie nieprzystosowany do ruchu - jakby projektował go ktoś, kto chciał zakonnice zniechęcić do jakiejkolwiek aktywności fizycznej.
Stanęła na chwilę, by ocenić sytuację, kiedy przywitał ich chuderlawy, acz prawdziwy duchowny. Wyglądał, jakby zastanawiał się, czy przypadkiem nie powinien zadzwonić po kogoś bardziej kompetentnego do rozmowy z ich trójką - na przykład egzorcystę. Maeve przybrała odpowiednio pobożny wyraz twarzy i złożyła dłonie w geście modlitwy, jakby chciała udowodnić, że nikt inny nie jest tutaj bardziej święty od niej.
- Na wieki wieków - powtórzyła po Stanleyu, czy raczej diakonie Andrzeju, po czym skinęła głową w geście powitania. - Proszę nam wybaczyć brak wcześniejszej zapowiedzi. Czy ma ojciec chwilę, aby porozmawiać o czarownicach? - Zagaiła, nadając swojej twarzy wyraz tak głębokiej powagi, jakby od tej rozmowy miało zależeć zbawienie świata. Czy duchownym na tym właśnie nie zależało, na zbawieniu wszystkich? Powinien się poczuć do odpowiedzialności.
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —