26.01.2025, 00:19 ✶
Oczywiście, że zbagatelizowała jego słowa. Nie chcąc na nią burczeć, zbył to wyłącznie pełnym dezaprobaty machnięciem ręki, odzywając się dopiero na ten kolejny tekst. Och, jakże mógłby tego nie zrobić.
- Jaki taki? - Mimowolnie uniósł brew, choć w dalszym ciągu nie reagował na słowa Geraldine w ten lekki czy żartobliwy sposób, który mógłby zdecydowanie lepiej pasować do przywoływania jej własnych odzywek.
W końcu to ona zazwyczaj dopytywała w ten sposób o to, co on miał o niej na myśli. Ambroise rzucał w jej kierunku dokładnie te same słowa, których obecnie użyła Geraldine (no jesteś taka) a ona niemal natychmiast odpowiadała mu w tak jak brzmiało jego burknięcie. Zazwyczaj później i tak nie precyzował tego, co ma na myśli, pozostawiając jej możliwość domyślenia się albo i nie. I tak to się kręciło do kolejnej powtórki z rozrywki.
Tyle tylko, że Ambroise zrobił to teraz zdecydowanie na odpierdol. Bezmyślnie, odruchowo, raczej bez swojej zwyczajowej zaczepności. Role poniekąd się odwróciły, więc zdecydowanie miałby okazję włożyć w swoje słowa więcej serca. Wprowadzić tę znacznie lżejszą atmosferę, doprowadzić do całkiem przyjemnej atmosfery i pierwszej od dłuższej chwili miłej interakcji.
Jednakże nie zmusił się, by to zrobić. Mimo tego, że w pierwszej kolejności powinien przerwać wykonywane zajęcie, obracając się twarzą w kierunku dziewczyny - tego też nie uczynił. W dalszym ciągu walczył z zarośniętym ogrodem, tyle tylko, że teraz już wyłącznie przy pomocy siły swoich rąk, ramion i mięśni ciała a nie magii.
Ta była skuteczna. Bardzo skuteczna, ale nie zamierzał kontynuować swoich wcześniejszych poczynań w obecności Yaxleyówny. Nie przez to, że obawiał się o zdanie, które miałaby mieć na jego temat. Nie, to chyba poniekąd było już za nimi. W tym wypadku chodziło głównie o to, że w dalszym ciągu był wnerwiony, nie planował nad swoim nastrojem i miał w sobie na tyle dużo rozsądku, aby przestać ciskać zaklęciami na prawo i na lewo, gdy ktoś pojawił się w potencjalnym polu rażenia.
Nie, nie ktoś. Jego dziewczyna. Jego była dziewczyna, ale to obecnie nie miało dla niego aż takiego znaczenia. Chodziło o coś innego. O to, że jeszcze tylko tego brakowało mu do szczęścia, by wyrządzić jej rzeczywistą krzywdę. Szczególnie, że niemal wszystkie jego czary ominęły ją podczas ich starcia. Gdyby teraz którymś dostała w wyniku nieszczęśliwego wypadku, prawdopodobnie nigdy by sobie tego nie darował. Nawet, gdyby pozostawiło wyłącznie drobne draśnięcie na jej opalonej skórze.
Tym bardziej, że mógł na nią teraz nie patrzeć, ale chwilę wcześniej przecież zarejestrował całkiem sporo szczegółów. Może tylko przelotnie, częściowo i kątem oka, jednak pozostałe elementy zdecydowanie mógł sobie dopowiedzieć. Wręcz wyobrazić je sobie. Zobaczyć oczami wyobraźni i z bezgłośnym, lecz ciężkim i ponurym westchnieniem stwierdzić, że to wszystko nie powinno wyglądać w ten sposób.
Mogliby spędzać czas na huśtawce na ganku (gdyby tylko dostał się do tej przeklętej szopy po ten jebany smar i nasmarował nim łączenia parszywych łańcuchów) objęci i otuleni kocem. Mogliby wybrać się nad morze na plaże i poleżeć na pledzie na piasku. Przejść się na targ staroci w miasteczku. Kochać się przy kominku w salonie. Zjeść wspólny obiad w domu albo w gospodzie. Zaplanować wiele innych rzeczy. Skorzystać z ostatnich chwil pięknej pogody albo wręcz przeciwnie - zaszyć się w domu.
Tymczasem on był wściekły jak osa, nie wyrażając jakiejkolwiek chęci prowadzenia rozmów czy fizycznego kontaktu. Zaś ona? Siedziała na skrawku ziemi z kubkiem kawy (w dalszym ciągu nie wyczuł specyficznego smrodu jej fajek) i wierciła mu dziurę w plecach nazywając go takim.
No, zdecydowanie był taki, gdy bez patrzenia na nią zniknął w szopie po rękawice i aby skontrolować stan ogrodowych narzędzi. Całe szczęście nic nie zniknęło, ale szopa także wymagała naprawy. Tym jednak zamierzał zająć się w późniejszym czasie. W tej chwili opuszczając domek ogrodowy nie spojrzał na Yaxleyównę, zamiast tego ostrym spojrzeniem zmierzył pozostałe kolczaste rośliny, jak gdyby to mogło je samoistnie wystraszyć i wyrwać bez jego udziału.
Parsknął pod nosem, gdy z jej ust padły te kolejne słowa, jednak pytanie trochę zbiło go z tropu. Nie miał przy sobie zegarka. Nie wiedział, jaką mieli godzinę ani jaka była, gdy skończyli swoje starcie. Odruchowo przeniósł wzrok na niemal bezchmurny nieboskłon, jednocześnie starając się ocenić porę dnia. Wczesne popołudnie. Nie mogło być później niż chwilę po trzynastej, maksymalnie około czternastej.
Widok przed nim, za nim i ogólnie dookoła niego zdecydowanie na to nie wskazywał. Zrobił naprawdę dużo. Bardzo dużo jak na tak powolny upływ czasu, ale też nigdy wcześniej nie posługiwał się przy tym magią. Nie w tym ogródku.
Zanim odpowiedział, zdążył wydrzeć już kilka kolejnych pędów, dopiero wtedy przystając w miejscu i przenosząc ciężkie, ponure spojrzenie na Rinę. Nawet nie drgnął mu mięsień twarzy. Był niewzruszenie poirytowany.
- Nie wiem. Godzinę? - Odrzekł, samemu nie będąc pewnym tego, ile czasu minęło, odkąd zaczął to wszystko robić.
Miała ładną sukienkę. Naprawdę ładną. Długą i letnią, bardzo dobrze na niej leżącą. I to wcale nie poprawiło mu humoru.
- Jaki taki? - Mimowolnie uniósł brew, choć w dalszym ciągu nie reagował na słowa Geraldine w ten lekki czy żartobliwy sposób, który mógłby zdecydowanie lepiej pasować do przywoływania jej własnych odzywek.
W końcu to ona zazwyczaj dopytywała w ten sposób o to, co on miał o niej na myśli. Ambroise rzucał w jej kierunku dokładnie te same słowa, których obecnie użyła Geraldine (no jesteś taka) a ona niemal natychmiast odpowiadała mu w tak jak brzmiało jego burknięcie. Zazwyczaj później i tak nie precyzował tego, co ma na myśli, pozostawiając jej możliwość domyślenia się albo i nie. I tak to się kręciło do kolejnej powtórki z rozrywki.
Tyle tylko, że Ambroise zrobił to teraz zdecydowanie na odpierdol. Bezmyślnie, odruchowo, raczej bez swojej zwyczajowej zaczepności. Role poniekąd się odwróciły, więc zdecydowanie miałby okazję włożyć w swoje słowa więcej serca. Wprowadzić tę znacznie lżejszą atmosferę, doprowadzić do całkiem przyjemnej atmosfery i pierwszej od dłuższej chwili miłej interakcji.
Jednakże nie zmusił się, by to zrobić. Mimo tego, że w pierwszej kolejności powinien przerwać wykonywane zajęcie, obracając się twarzą w kierunku dziewczyny - tego też nie uczynił. W dalszym ciągu walczył z zarośniętym ogrodem, tyle tylko, że teraz już wyłącznie przy pomocy siły swoich rąk, ramion i mięśni ciała a nie magii.
Ta była skuteczna. Bardzo skuteczna, ale nie zamierzał kontynuować swoich wcześniejszych poczynań w obecności Yaxleyówny. Nie przez to, że obawiał się o zdanie, które miałaby mieć na jego temat. Nie, to chyba poniekąd było już za nimi. W tym wypadku chodziło głównie o to, że w dalszym ciągu był wnerwiony, nie planował nad swoim nastrojem i miał w sobie na tyle dużo rozsądku, aby przestać ciskać zaklęciami na prawo i na lewo, gdy ktoś pojawił się w potencjalnym polu rażenia.
Nie, nie ktoś. Jego dziewczyna. Jego była dziewczyna, ale to obecnie nie miało dla niego aż takiego znaczenia. Chodziło o coś innego. O to, że jeszcze tylko tego brakowało mu do szczęścia, by wyrządzić jej rzeczywistą krzywdę. Szczególnie, że niemal wszystkie jego czary ominęły ją podczas ich starcia. Gdyby teraz którymś dostała w wyniku nieszczęśliwego wypadku, prawdopodobnie nigdy by sobie tego nie darował. Nawet, gdyby pozostawiło wyłącznie drobne draśnięcie na jej opalonej skórze.
Tym bardziej, że mógł na nią teraz nie patrzeć, ale chwilę wcześniej przecież zarejestrował całkiem sporo szczegółów. Może tylko przelotnie, częściowo i kątem oka, jednak pozostałe elementy zdecydowanie mógł sobie dopowiedzieć. Wręcz wyobrazić je sobie. Zobaczyć oczami wyobraźni i z bezgłośnym, lecz ciężkim i ponurym westchnieniem stwierdzić, że to wszystko nie powinno wyglądać w ten sposób.
Mogliby spędzać czas na huśtawce na ganku (gdyby tylko dostał się do tej przeklętej szopy po ten jebany smar i nasmarował nim łączenia parszywych łańcuchów) objęci i otuleni kocem. Mogliby wybrać się nad morze na plaże i poleżeć na pledzie na piasku. Przejść się na targ staroci w miasteczku. Kochać się przy kominku w salonie. Zjeść wspólny obiad w domu albo w gospodzie. Zaplanować wiele innych rzeczy. Skorzystać z ostatnich chwil pięknej pogody albo wręcz przeciwnie - zaszyć się w domu.
Tymczasem on był wściekły jak osa, nie wyrażając jakiejkolwiek chęci prowadzenia rozmów czy fizycznego kontaktu. Zaś ona? Siedziała na skrawku ziemi z kubkiem kawy (w dalszym ciągu nie wyczuł specyficznego smrodu jej fajek) i wierciła mu dziurę w plecach nazywając go takim.
No, zdecydowanie był taki, gdy bez patrzenia na nią zniknął w szopie po rękawice i aby skontrolować stan ogrodowych narzędzi. Całe szczęście nic nie zniknęło, ale szopa także wymagała naprawy. Tym jednak zamierzał zająć się w późniejszym czasie. W tej chwili opuszczając domek ogrodowy nie spojrzał na Yaxleyównę, zamiast tego ostrym spojrzeniem zmierzył pozostałe kolczaste rośliny, jak gdyby to mogło je samoistnie wystraszyć i wyrwać bez jego udziału.
Parsknął pod nosem, gdy z jej ust padły te kolejne słowa, jednak pytanie trochę zbiło go z tropu. Nie miał przy sobie zegarka. Nie wiedział, jaką mieli godzinę ani jaka była, gdy skończyli swoje starcie. Odruchowo przeniósł wzrok na niemal bezchmurny nieboskłon, jednocześnie starając się ocenić porę dnia. Wczesne popołudnie. Nie mogło być później niż chwilę po trzynastej, maksymalnie około czternastej.
Widok przed nim, za nim i ogólnie dookoła niego zdecydowanie na to nie wskazywał. Zrobił naprawdę dużo. Bardzo dużo jak na tak powolny upływ czasu, ale też nigdy wcześniej nie posługiwał się przy tym magią. Nie w tym ogródku.
Zanim odpowiedział, zdążył wydrzeć już kilka kolejnych pędów, dopiero wtedy przystając w miejscu i przenosząc ciężkie, ponure spojrzenie na Rinę. Nawet nie drgnął mu mięsień twarzy. Był niewzruszenie poirytowany.
- Nie wiem. Godzinę? - Odrzekł, samemu nie będąc pewnym tego, ile czasu minęło, odkąd zaczął to wszystko robić.
Miała ładną sukienkę. Naprawdę ładną. Długą i letnią, bardzo dobrze na niej leżącą. I to wcale nie poprawiło mu humoru.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down