26.01.2025, 19:03 ✶
Lorraine Malfoy nigdy nie rozumiała obsesji Loretty Lestrange na punkcie swojego brata bliźniaka. Nie rozumiała, i nie próbowała zrozumieć osobliwej przyjemności, jaką ta znajdowała w pomstowaniu na kręcące się wokół Louvaina dziewczyny. Choć twarz Loretty wykrzywiał jadowity uśmiech, za każdym razem, kiedy któraś z tych dziewczyn starała się wkraść w łaski siostry tylko po to, aby być bliżej brata – lata przyjaźni pozwoliły jej nader wnikliwie zrozumieć implikacje kryjące się za tym uśmiechem – Lorraine miała wrażenie, że oprócz pogardy, na dnie obsydianowych oczu przyjaciółki dostrzega wtedy... Błysk dumy. Dumy, która w innych zdawała się budzić dyskomfort, w Lorraine budziła zaś chłodną, niemal kliniczną fascynację studium przypadku.
Zastanawiała się wówczas, czy wnętrza umysłów bliźniąt są równie podobne, co ich twarze.
Nie zamierzała zdradzać się przed nikim swoich przemyśleń, tak jak nie zamierzała zdradzać swojej przyjaźni z Lorettą, która czasem potrafiła być naprawdę wstrętną, kąśliwą żmiją, tylko po to, by za chwilę być najsłodszą, najmilszą, najbardziej wyrozumiałą przyjaciółką, jaką mogła sobie wymarzyć Lorraine. Loretta była kimś więcej niż tylko przyjaciółką Lorraine. Loretta była częścią jej wizerunku. Wizerunku kultywowanego z taką samą starannością, z jaką prowadziła zeszyty z eliksirów – z taką samą ostrożnością, z jaką dobierała sobie towarzystwo, w jakim się pokazywała – z taką samą determinacją, z jaką co miesiąc kalkulowała bilans zysków i strat z handlu na hogwarckim czarnym rynku. Lorraine zależało na tym, aby zajmować wygodną, uprzywilejowaną wręcz pozycję w szkolnej hierarchii. Zależało jej na tym, aby ginąć w tłumie pięknych, bogatych, dobrze urodzonych panienek, zblazowanych dlatego, że były piękne, bogate i dobrze urodzone. Zależało jej na wielu rzeczach... A choć nigdy nie zależało jej na podbojach Louvaina, "chwalisz się, czy żalisz" samo cisnęło się jednak na usta, kiedy słyszało się dzień w dzień dziwnie chełpliwe stwierdzenia Loretty o tym, że "marzą o nim wszystkie dziewczyny w tym zamku".
Tylko dlatego, że go nie znają, miała ochotę rzucić w odpowiedzi Lorraine.
Ostatecznie nie powiedziała nic, pozwalając przyjaciółce kontynuować tyradę, podczas gdy sama – zanurzywszy nos w wierzchniej szacie Atreusa, na którego czekała na trybunach z książką na kolanach – potakiwała jej współczująco w odpowiednich momentach. Bo Lorraine rzadko wypowiadała swoje myśli na głos: potrafiła być szalenie skryta, taić uczucia i przekonania za maską dobrze ułożonej panny... Panny ze złamanym sercem, ale bez złamanego knuta. Odkąd rozstała się z Atreusem, nie wiedziała, co zrobić z tą maską: Atreus pokazał Lorraine, że warto być czasem prawdziwą – że nic złego się nie stanie, jeżeli pozwoli sobie czasem uwolnić trochę chaosu kłębiącego się tuż pod jej skórą, uwolnić tkwiącą w niej wilę – Atreus pokazał jej jak być prawdziwą... A potem ją zostawił. To dlatego, że wreszcie cię poznał, mówiła sobie Lorraine podczas bezsennych nocy, powtarzając sobie, że to był tylko głupi, szkolny romans, z którego będą się kiedyś śmiać, bo przecież rozstali się jako przyjaciele, sam to powiedział, "przyjaciele", prawda?
Louvain też mógł być jej przyjacielem.
"Czy takie było jej pierwsze dorosłe życzenie?" Nie, pomyślała, prychnąwszy cicho, gdy usłyszała odpowiedź Louvaina, nie, ale nie zdziwiłaby się, gdyby tak brzmiało jego życzenie: w końcu ten wariat całą drogę do zamku przeleciał na miotle. Nie wiedziała, jak się z tym czuć. Nic dziwnego, że miał lodowate dłonie, pomyślała, a serce delikatnie zardgało w jej piersi.
– Jeżeli źle postawię stopę, może być moim ostatnim – droczyła się, wychyliwszy się niebezpiecznie poza krawędź wieży. Zaraz jednak pozwoliła złapać się Louvainowi za rękę, tylko z pozoru niechętnie, z ociąganiem: zdążyła zakręcić się w miejscu jak tancerka, wprawiając w ruch sukienkę ozdobioną z przodu srebrnymi guziczkami, na których wytłoczono emblemat jej rodu – wciąż jeszcze niezatarty, mimo lat użytkowania – emblemat rodu Malfoy. Bo przecież, mimo wszystko, była Malfoy. Choć to było głupie, nieskończenie głupie, właśnie dlatego nie założyła sukienki, którą dostała w prezencie od Louvaina – była Malfoy, nie pierwszą lepszą zdesperowaną dziewuchą z Nokturnu, którą można było kupić byle błyskotką – była Malfoy, a najgłupsze w tym wszystkim było to, że nie musiała przekonywać co do tego Louvaina, tylko samą siebie. Napięcie, które wcześniej było obecne w ich interakcjach, zniknęło z ramion Lorraine: posłusznie zapatrzona w nieboskłon rozciągający się nad ich głowami, pozwoliła, aby Louvain poprowadził jej dłoń, rozluźniając się pod jego dotykiem, gdy zaczął sunąć palcem pośród konstelacji.
– Moje życzenia nigdy się nie spełniają, kiedy wypowiadam je na głos – wyznała niespodziewanie, odchyliwszy na chwilę głowę, aby móc obdarzyć stojącego obok Louvaina łagodnym, melancholijnym uśmiechem – nawet ty nie mógłbyś nic na to poradzić. – Zaraz jednak odwróciła twarz, milknąc, bo miała dość tego, że zawsze myśli o smutnych rzeczach w swoje urodziny, o tym, co było, o tym, co mogłoby być... Louvain pomagał jej skupić się na tym, co tu i teraz.
"Dopiero kiedy tracisz orientację, nie mając pojęcia co jest górą, a co dołem, zapominasz, że cokolwiek miało jeszcze znaczenie".
– Właśnie dlatego to ma znaczenie – sprzeciwiła się łagodnie, w ślad za Louvainem przerzuciwszy nogi przez mur, gdy zajęła miejsce tuż obok, przysiadłszy na zimnym kamieniu – Właśnie dlatego ze sobą rozmawiamy. Właśnie dlatego lubimy ze sobą rozmawiać. – W głosie Lorraine zabrzmiała nuta wyzwania, nie spojrzała jednak w stronę Louvaina, aby zobaczyć, czy podjął jej grę: nie wszystko było grą, wbrew temu, co mówiła i wbrew temu, co myślała. Założyła nogę na nogę, pozwalając, aby nieco przyduży pantofelek – ześlizgnąwszy się z jej pięty – bujał się od niechcenia w powietrzu, trwając w zawieszeniu nad przepaścią. – Jest piękno w igraniu z kontrolą, w balansowaniu na granicy. W niepewności, czy wciąż się wznosisz, czy już upadasz.
Zastanawiała się wówczas, czy wnętrza umysłów bliźniąt są równie podobne, co ich twarze.
Nie zamierzała zdradzać się przed nikim swoich przemyśleń, tak jak nie zamierzała zdradzać swojej przyjaźni z Lorettą, która czasem potrafiła być naprawdę wstrętną, kąśliwą żmiją, tylko po to, by za chwilę być najsłodszą, najmilszą, najbardziej wyrozumiałą przyjaciółką, jaką mogła sobie wymarzyć Lorraine. Loretta była kimś więcej niż tylko przyjaciółką Lorraine. Loretta była częścią jej wizerunku. Wizerunku kultywowanego z taką samą starannością, z jaką prowadziła zeszyty z eliksirów – z taką samą ostrożnością, z jaką dobierała sobie towarzystwo, w jakim się pokazywała – z taką samą determinacją, z jaką co miesiąc kalkulowała bilans zysków i strat z handlu na hogwarckim czarnym rynku. Lorraine zależało na tym, aby zajmować wygodną, uprzywilejowaną wręcz pozycję w szkolnej hierarchii. Zależało jej na tym, aby ginąć w tłumie pięknych, bogatych, dobrze urodzonych panienek, zblazowanych dlatego, że były piękne, bogate i dobrze urodzone. Zależało jej na wielu rzeczach... A choć nigdy nie zależało jej na podbojach Louvaina, "chwalisz się, czy żalisz" samo cisnęło się jednak na usta, kiedy słyszało się dzień w dzień dziwnie chełpliwe stwierdzenia Loretty o tym, że "marzą o nim wszystkie dziewczyny w tym zamku".
Tylko dlatego, że go nie znają, miała ochotę rzucić w odpowiedzi Lorraine.
Ostatecznie nie powiedziała nic, pozwalając przyjaciółce kontynuować tyradę, podczas gdy sama – zanurzywszy nos w wierzchniej szacie Atreusa, na którego czekała na trybunach z książką na kolanach – potakiwała jej współczująco w odpowiednich momentach. Bo Lorraine rzadko wypowiadała swoje myśli na głos: potrafiła być szalenie skryta, taić uczucia i przekonania za maską dobrze ułożonej panny... Panny ze złamanym sercem, ale bez złamanego knuta. Odkąd rozstała się z Atreusem, nie wiedziała, co zrobić z tą maską: Atreus pokazał Lorraine, że warto być czasem prawdziwą – że nic złego się nie stanie, jeżeli pozwoli sobie czasem uwolnić trochę chaosu kłębiącego się tuż pod jej skórą, uwolnić tkwiącą w niej wilę – Atreus pokazał jej jak być prawdziwą... A potem ją zostawił. To dlatego, że wreszcie cię poznał, mówiła sobie Lorraine podczas bezsennych nocy, powtarzając sobie, że to był tylko głupi, szkolny romans, z którego będą się kiedyś śmiać, bo przecież rozstali się jako przyjaciele, sam to powiedział, "przyjaciele", prawda?
Louvain też mógł być jej przyjacielem.
"Czy takie było jej pierwsze dorosłe życzenie?" Nie, pomyślała, prychnąwszy cicho, gdy usłyszała odpowiedź Louvaina, nie, ale nie zdziwiłaby się, gdyby tak brzmiało jego życzenie: w końcu ten wariat całą drogę do zamku przeleciał na miotle. Nie wiedziała, jak się z tym czuć. Nic dziwnego, że miał lodowate dłonie, pomyślała, a serce delikatnie zardgało w jej piersi.
– Jeżeli źle postawię stopę, może być moim ostatnim – droczyła się, wychyliwszy się niebezpiecznie poza krawędź wieży. Zaraz jednak pozwoliła złapać się Louvainowi za rękę, tylko z pozoru niechętnie, z ociąganiem: zdążyła zakręcić się w miejscu jak tancerka, wprawiając w ruch sukienkę ozdobioną z przodu srebrnymi guziczkami, na których wytłoczono emblemat jej rodu – wciąż jeszcze niezatarty, mimo lat użytkowania – emblemat rodu Malfoy. Bo przecież, mimo wszystko, była Malfoy. Choć to było głupie, nieskończenie głupie, właśnie dlatego nie założyła sukienki, którą dostała w prezencie od Louvaina – była Malfoy, nie pierwszą lepszą zdesperowaną dziewuchą z Nokturnu, którą można było kupić byle błyskotką – była Malfoy, a najgłupsze w tym wszystkim było to, że nie musiała przekonywać co do tego Louvaina, tylko samą siebie. Napięcie, które wcześniej było obecne w ich interakcjach, zniknęło z ramion Lorraine: posłusznie zapatrzona w nieboskłon rozciągający się nad ich głowami, pozwoliła, aby Louvain poprowadził jej dłoń, rozluźniając się pod jego dotykiem, gdy zaczął sunąć palcem pośród konstelacji.
– Moje życzenia nigdy się nie spełniają, kiedy wypowiadam je na głos – wyznała niespodziewanie, odchyliwszy na chwilę głowę, aby móc obdarzyć stojącego obok Louvaina łagodnym, melancholijnym uśmiechem – nawet ty nie mógłbyś nic na to poradzić. – Zaraz jednak odwróciła twarz, milknąc, bo miała dość tego, że zawsze myśli o smutnych rzeczach w swoje urodziny, o tym, co było, o tym, co mogłoby być... Louvain pomagał jej skupić się na tym, co tu i teraz.
"Dopiero kiedy tracisz orientację, nie mając pojęcia co jest górą, a co dołem, zapominasz, że cokolwiek miało jeszcze znaczenie".
– Właśnie dlatego to ma znaczenie – sprzeciwiła się łagodnie, w ślad za Louvainem przerzuciwszy nogi przez mur, gdy zajęła miejsce tuż obok, przysiadłszy na zimnym kamieniu – Właśnie dlatego ze sobą rozmawiamy. Właśnie dlatego lubimy ze sobą rozmawiać. – W głosie Lorraine zabrzmiała nuta wyzwania, nie spojrzała jednak w stronę Louvaina, aby zobaczyć, czy podjął jej grę: nie wszystko było grą, wbrew temu, co mówiła i wbrew temu, co myślała. Założyła nogę na nogę, pozwalając, aby nieco przyduży pantofelek – ześlizgnąwszy się z jej pięty – bujał się od niechcenia w powietrzu, trwając w zawieszeniu nad przepaścią. – Jest piękno w igraniu z kontrolą, w balansowaniu na granicy. W niepewności, czy wciąż się wznosisz, czy już upadasz.