Były pewne rzeczy, których się nie robiło. I były pewne rzeczy, których się nie mówiło. I nie chodziło wcale o ograniczanie kogokolwiek, a o poczucie… stabilności, czy jakkolwiek można nazwać to cokolwiek, co było pomiędzy tą dwójką. Bo Victoria nie miała pojęcia, co to jest, ani czego oczekiwać, ani ile dawać od siebie. Rzeczywiście jednak, gdyby w tym równaniu usłyszała o Norze (o której nie bardzo wiedziała co myśleć, bo miała sprzeczne sygnały i bardzo duży wykrzyknik od czasu lipcowego spotkania Towarzystwa Herbologicznego), albo o Lorraine (która trzymała się zadziwiająco blisko Sauriela, sama będąc niezłą mąciwodą – a przynajmniej taką jej się jawiła po tym, jak musiała pilnować ją w tym jej zakładzie pogrzebowym), to mogłaby się mocno obrazić i wyjść, albo przynajmniej to, nad czym pracowali, cofnąć w chłód o kilka kroków… O Maeve jeszcze nie słyszała, nie widziała jej na oczy i zapewne nie wiedziałaby co myśleć, może prócz tego, że kręci się wokół niego zadziwiająco dużo kobiet.
Czy Joseph zadowoli się tą rozmową, czy raczej będzie szukał kolejnych – to przyniesie dopiero przyszłość, Victoria nie zamierzała się tym zamartwiać, zwłaszcza nie teraz, gdy w ogóle nie myślała o starym wampirze – gdy przy sobie miała znacznie młodszego i dużo jej bliższego, dla którego w ogóle tutaj przyszła. I bliska była uniesienia dłoni i złapania tego dziubka, który sobie z niej kpił, ale drgnięcie wolnej ręki to było wszystko, co się stało.
– Pewnie z tej, w której był żywy – to było tylko przypuszczenie, ale może nawet trafiało w sedno. Może mu to przypominało o tym, co utracił i jest jak kotwica, może Sauriel, znacznie żywszy i temperamentny, z obecnej epoki, też tym dla niego był. – A co, zdzierałeś je rękoma? Nie masz od tego magii? Albo eliksirów? – ona by to zrobiła właśnie tak: magią, a gdyby to nie podziałało, to uwarzyłaby dla siebie odpowiednio mocny rozpuszczalnik do kleju do tapet. – Trzeba było powiedzieć, w moment zrobiłam pastę na czarne zęby, to myślisz, że to zajęłoby dłużej? – zresztą taki eliksir to było nic, do zrobienia z zamkniętymi oczami, wystarczyłoby się posługiwać tylko nosem.
Victoria z ciekawością obserwowała resztę domu, gdy Sauriel poprowadził ją na klatkę schodową, a potem na drugie piętro i cały czas trzymała jego dłoń. Obracała się tylko jej głowa i nie przestała się obracać nawet wtedy, gdy weszli do pokoju, wcześniej tylko uniosła brew, patrząc na pudła stojące przed. I w. Tę kanapę i stolik kawowy kojarzyła, ale reszta godziła w jej zmysł estetyczny i potrzebę porządku. Bo tu był, nie przymierzając, niezły burdel remontowy. Stanęła w miejscu, rozejrzała się, Sauriel mógł zobaczyć, jak wodzi wzrokiem po tych pustych ścianach, podłodze i gazetach, aż w końcu zatrzymała się na Rookwoodzie. I uśmiechnęła. Okno nie umknęło jej uwadze.
– Nieistotne jacy przebywali. Ważne jest to, że to będzie teraz twoje i urządzisz po swojemu – powiedziała, po czym ruszyła się, by stanąć przed stolikiem, kucnęła i odłożyła szklankę z ginem, po czym znowu sięgnęła do swojej torebki. Żeby wyciągnąć tę roślinkę, którą planowała mu dać – i po dwóch sekundach obliczeń, położyła doniczkę z rozwijającym się bluszczem na samym środku. – A to, na dobry początek – uśmiechnęła się pod nosem i spojrzała na Sauriela, odwracając za siebie głowę. – Pasujecie do siebie. Ty i on – bluszcz, nie Joseph. Wskazała zresztą głową na doniczkę.