26.01.2025, 23:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.01.2025, 23:32 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Stali tak blisko brzegu, że w pewnych momentach fale niemalże muskały ich buty. Morze w odcieniach szarości i błękitu falowało leniwie. Białe grzywy załamujących się dał uderzały o brzeg z łoskotem. Momentami cichym i miarowym, w pewnych momentach znacznie głośniejszym, niemal przejmująco głośnym. Musiały być lodowate. Tak przejmująco zimne jak powiewy wiatru szarpiące włosami Ambroisa, łopoczące jego płaszczem, wdzierające się pod ubrania, muskające nagą skórę i pozostawiające po sobie dreszcz.
Piasek pod ich podeszwami w dalszym ciągu pozostawał wilgotny, jakby z uwagi na niską, wciąż jeszcze wiosenną temperaturę nie zdążył wyschnąć po porannych przypływach i najpewniej nie miał tego zrobić. Drobinki kwarcu błyszczały w słońcu usiłującym przebić się przez okrywę szarych chmur raz po raz przysłaniających błękit nieba. Przy części wysuniętego w morze molo można było dostrzec kontury rybackich łodzi kołyszących się na falach. To był naprawdę piękny dzień. Doskonały dzień na to, by pożegnać się z odchodzącą przeszłością.
Sezon turystyczny zbliżał się wielkimi krokami, jednak dziś plaża pozostawała pusta. Nie otaczali ich żadni ludzie. Nikt nie miał usłyszeć ich rozmowy. Z oddali ich samotne sylwetki musiały wyraźnie odcinać się na tle morskiej panoramy. Dwie wysokie postaci. Dwaj mężczyźni stojący ramię w ramię, otoczeni niemal namacalną pustką.
W powietrzu unosił się zapach soli i wilgoci, intensywny, ale jednocześnie mający w sobie coś z nadmorskiej świeżości. Znajoma woń towarzysząca mu przez te wszystkie ostatnie lata teraz była dla niego wręcz nie do zniesienia. Zupełnie tak jak cisza, która zapadła, gdy stanął obok przyjaciela, pierwszy raz od dawna zupełnie nie wiedząc, co mógłby powiedzieć.
Milczenie między nimi było gęste, niemal namacalne. Każdy z nich zdawał się być zanurzony w swoich myślach, odcięty od rzeczywistości, w której się znajdowali. Teraz stojąc na tej plaży, Ambroise nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby zniwelować dystans, jaki między nimi powstał. Stał bez słowa, wpatrując się przed siebie, pozwalając na to, by jedynymi świadkami ich milczenia były mewy latające nad ich głowami i od czasu do czasu wydające przeraźliwe okrzyki.
Ptaki, wodne szczury krążyły nad nimi, czasami zniżając lot, by złapać coś z morskiej toni. Chociaż plaża była pusta, jej cisza zdawała się być głośniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Szczególnie, że raz na jakiś czas przerywał ją nieoczekiwany odgłos dochodzący od strony deptaka. Odgłos, który w normalny dzień mógłby być radosny: śmiech dzieci sunących na deskorolkach, dzwonek rowerowy, krzyki rybaków, bicie ratuszowego zegara. Teraz jednak te dźwięki wydawały się odległe, zagłuszone przez szum fal i nieustanny wiatr, który szarpał płaszczem Roisa.
Nie wiedział, ile tak stał, patrząc to na przyjaciela, to w wodę. Dostrzegając, że Cornelius się w niego wpatruje, odwrócił głowę w stronę morza. Robiąc to niemalże w tej samej chwili, w której jego towarzysz również postanowił przenieść wzrok w kierunku horyzontu. Zadziwiające, że nawet w takiej chwili, gdy wszystko dookoła zdawało się rozsypywać niczym piasek na wietrze, niektóre ich reakcje pozostawiały tak bardzo zbliżone, tak do siebie podobne.
Nie powinien się dziwić. Kiedyś by tego nie robił. W końcu przyjaźnili się od lat. Teraz? Teraz Cornelius wydawał się bliski a jednak jednocześnie tak odległy jak nigdy wcześniej. Milczeli, nie patrząc na siebie nawzajem. Ciężkie, puste spojrzenie, którym Ambroise obdarzał wodę było pozbawione blasku. On także wpatrywał się w dal. W ten sam odległy punkt, gdzie horyzont łączył się z morzem. Nie potrafił oderwać wzroku od fal, które przypływały i odpływały. Rozbijały się o brzeg, niemal obijając mu się o nogi, jakby chciały przypomnieć mu o tym, co stracił. O czasie, który minął, o ludziach, którzy zniknęli z jego życia.
Nie. Bujda. Kłamstwo. On to zrobił, czyż nie? To on się wycofał, nabierając pozornego dystansu.
Drgnął, gdy Cornelius postanowił przerwać ciszę. Ciężki i ponury głos przyjaciela był niemalże tak przejmująco zimny jak podmuchy nadmorskiego wiatru usilnie szarpiące połami płaszcza Ambroisa. Mimo to tak samo jak nie sięgnął, by zapiąć całkowicie rozpięte guziki czy mocniej otulić się ciemnozielonym materiałem, tak nie zrobił niczego, co mogłoby odgonić od niego wrażenie lodowatego zimna bijącego od Lestrange'a.
Tym razem nie mógł tego przed sobą kryć. Nie miał wyjaśnień, nawet przed samym sobą. Nawet nie próbował ich mieć. Wiedział, że zawiódł. Być może nie pytał jak bardzo, jednak nie przez to, że nie chciał wiedzieć (w istocie chyba nie chciał), po prostu nie musiał. To, co się stało było boleśnie proste. To była jedna z najbardziej krystalicznie czystych prawd w życiu Greengrassa i jakiekolwiek próby ukrycia tego faktu nie mogły nic zmienić.
Słowa Corio również były brutalnie szczere w swojej prostocie. Cornelius nie starał się ująć tego, co myślał w żadne delikatne metafory czy ostrożne próby dociekania, co tak właściwie się stało, że Ambroise wyglądał jak wyglądał. A on sam wiedział jak się prezentuje. Tego także nie potrafił ukryć pod pozornie starannie przystrzyżonym zarostem i czystymi ubraniami.
To, co stało się na Nokturnie. To wszystko, co pchnęło go ku tamtym dniom. To zakorzeniło się w nim tak głęboko, że nie sądził, by kiedykolwiek mógł się tego całkowicie wyzbyć. Zresztą... ...tego też nie próbował cofnąć. W ostatnich dniach otaczająca go rzeczywistość była dla niego tak przytłaczająca, że nawet oddychanie momentami wydawało mu się wyzwaniem niemalże nie do przejścia.
- Wyjeżdżam - odezwał się cicho, ignorując słowa o swoim wyglądzie; jego głos był zachrypnięty, nienaturalnie pozbawiony miękkości, niemal namacalnie chropowaty. - Wiem, że prawdopodobnie masz to w dupie, ale skoro wciąż jestem chrzestnym Fabiana - urwał, pozwalając na to, by niewypowiedziane ponure słowa zawisły w powietrzu.
Piasek pod ich podeszwami w dalszym ciągu pozostawał wilgotny, jakby z uwagi na niską, wciąż jeszcze wiosenną temperaturę nie zdążył wyschnąć po porannych przypływach i najpewniej nie miał tego zrobić. Drobinki kwarcu błyszczały w słońcu usiłującym przebić się przez okrywę szarych chmur raz po raz przysłaniających błękit nieba. Przy części wysuniętego w morze molo można było dostrzec kontury rybackich łodzi kołyszących się na falach. To był naprawdę piękny dzień. Doskonały dzień na to, by pożegnać się z odchodzącą przeszłością.
Sezon turystyczny zbliżał się wielkimi krokami, jednak dziś plaża pozostawała pusta. Nie otaczali ich żadni ludzie. Nikt nie miał usłyszeć ich rozmowy. Z oddali ich samotne sylwetki musiały wyraźnie odcinać się na tle morskiej panoramy. Dwie wysokie postaci. Dwaj mężczyźni stojący ramię w ramię, otoczeni niemal namacalną pustką.
W powietrzu unosił się zapach soli i wilgoci, intensywny, ale jednocześnie mający w sobie coś z nadmorskiej świeżości. Znajoma woń towarzysząca mu przez te wszystkie ostatnie lata teraz była dla niego wręcz nie do zniesienia. Zupełnie tak jak cisza, która zapadła, gdy stanął obok przyjaciela, pierwszy raz od dawna zupełnie nie wiedząc, co mógłby powiedzieć.
Milczenie między nimi było gęste, niemal namacalne. Każdy z nich zdawał się być zanurzony w swoich myślach, odcięty od rzeczywistości, w której się znajdowali. Teraz stojąc na tej plaży, Ambroise nie potrafił znaleźć słów, które mogłyby zniwelować dystans, jaki między nimi powstał. Stał bez słowa, wpatrując się przed siebie, pozwalając na to, by jedynymi świadkami ich milczenia były mewy latające nad ich głowami i od czasu do czasu wydające przeraźliwe okrzyki.
Ptaki, wodne szczury krążyły nad nimi, czasami zniżając lot, by złapać coś z morskiej toni. Chociaż plaża była pusta, jej cisza zdawała się być głośniejsza niż kiedykolwiek wcześniej. Szczególnie, że raz na jakiś czas przerywał ją nieoczekiwany odgłos dochodzący od strony deptaka. Odgłos, który w normalny dzień mógłby być radosny: śmiech dzieci sunących na deskorolkach, dzwonek rowerowy, krzyki rybaków, bicie ratuszowego zegara. Teraz jednak te dźwięki wydawały się odległe, zagłuszone przez szum fal i nieustanny wiatr, który szarpał płaszczem Roisa.
Nie wiedział, ile tak stał, patrząc to na przyjaciela, to w wodę. Dostrzegając, że Cornelius się w niego wpatruje, odwrócił głowę w stronę morza. Robiąc to niemalże w tej samej chwili, w której jego towarzysz również postanowił przenieść wzrok w kierunku horyzontu. Zadziwiające, że nawet w takiej chwili, gdy wszystko dookoła zdawało się rozsypywać niczym piasek na wietrze, niektóre ich reakcje pozostawiały tak bardzo zbliżone, tak do siebie podobne.
Nie powinien się dziwić. Kiedyś by tego nie robił. W końcu przyjaźnili się od lat. Teraz? Teraz Cornelius wydawał się bliski a jednak jednocześnie tak odległy jak nigdy wcześniej. Milczeli, nie patrząc na siebie nawzajem. Ciężkie, puste spojrzenie, którym Ambroise obdarzał wodę było pozbawione blasku. On także wpatrywał się w dal. W ten sam odległy punkt, gdzie horyzont łączył się z morzem. Nie potrafił oderwać wzroku od fal, które przypływały i odpływały. Rozbijały się o brzeg, niemal obijając mu się o nogi, jakby chciały przypomnieć mu o tym, co stracił. O czasie, który minął, o ludziach, którzy zniknęli z jego życia.
Nie. Bujda. Kłamstwo. On to zrobił, czyż nie? To on się wycofał, nabierając pozornego dystansu.
Drgnął, gdy Cornelius postanowił przerwać ciszę. Ciężki i ponury głos przyjaciela był niemalże tak przejmująco zimny jak podmuchy nadmorskiego wiatru usilnie szarpiące połami płaszcza Ambroisa. Mimo to tak samo jak nie sięgnął, by zapiąć całkowicie rozpięte guziki czy mocniej otulić się ciemnozielonym materiałem, tak nie zrobił niczego, co mogłoby odgonić od niego wrażenie lodowatego zimna bijącego od Lestrange'a.
Tym razem nie mógł tego przed sobą kryć. Nie miał wyjaśnień, nawet przed samym sobą. Nawet nie próbował ich mieć. Wiedział, że zawiódł. Być może nie pytał jak bardzo, jednak nie przez to, że nie chciał wiedzieć (w istocie chyba nie chciał), po prostu nie musiał. To, co się stało było boleśnie proste. To była jedna z najbardziej krystalicznie czystych prawd w życiu Greengrassa i jakiekolwiek próby ukrycia tego faktu nie mogły nic zmienić.
Słowa Corio również były brutalnie szczere w swojej prostocie. Cornelius nie starał się ująć tego, co myślał w żadne delikatne metafory czy ostrożne próby dociekania, co tak właściwie się stało, że Ambroise wyglądał jak wyglądał. A on sam wiedział jak się prezentuje. Tego także nie potrafił ukryć pod pozornie starannie przystrzyżonym zarostem i czystymi ubraniami.
To, co stało się na Nokturnie. To wszystko, co pchnęło go ku tamtym dniom. To zakorzeniło się w nim tak głęboko, że nie sądził, by kiedykolwiek mógł się tego całkowicie wyzbyć. Zresztą... ...tego też nie próbował cofnąć. W ostatnich dniach otaczająca go rzeczywistość była dla niego tak przytłaczająca, że nawet oddychanie momentami wydawało mu się wyzwaniem niemalże nie do przejścia.
- Wyjeżdżam - odezwał się cicho, ignorując słowa o swoim wyglądzie; jego głos był zachrypnięty, nienaturalnie pozbawiony miękkości, niemal namacalnie chropowaty. - Wiem, że prawdopodobnie masz to w dupie, ale skoro wciąż jestem chrzestnym Fabiana - urwał, pozwalając na to, by niewypowiedziane ponure słowa zawisły w powietrzu.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down