31.01.2025, 14:19 ✶
Flint potrafił kłamać. Mógłby kłamać. Skrajna prawdomówność wynikała z wyboru - o ile istniało takie słowo w języku człowieka, który wytatuował sobie na ciele kilkaset wersetów pieśni pochwalnych Matki zapisanych pradawnym, runicznym alfabetem. Wybór, tak? Tylko czasami trochę ulegał wpływom Pani Księżyca i jakoś to pole wyboru zawężało się niemożebnie, do szerokości cieńszej niż łodyżka, co mu właśnie chrupnęła pod butem. Dziwak. Niby podróżnik i jakiś tam zdobywca, a czasami wydawał się delikatniejszy od chmury, nawet jeżeli nosił przy sobie broń. I jakiś taki wyjęty z innej epoki. Może dlatego jego czyny niosły ze sobą jakąś dodatkową moc - kiedy się uśmiechnął na dźwięk słów „nie patrz nawet na Flinta, nie jest tu, żeby ci pomóc”, wyglądając tak niewinnie jak nieobsrana łąka, dodając tej scenie komizmu, którego po niej oczekiwał.
- Oh, zaprosiłeś mnie tutaj, żebym zatarł ślady jeżeli ci się nie uda? - Nie zaśmiał się, a jedynie bardzo sympatycznie przekręcił głowę w bok, kontynuując wyprawę śladami... Leona. Jakież to było dziwaczne. Nie to, żeby coś do Leona miał poza dużą dawką obojętności i też niekoniecznie lubił oceniać innych, ale taka wspinaczka przez kogoś, kto ledwo oddychał wydała mu się jeszcze bardziej komiczna niż koncepcja Peregrinusa ubijającego Matce ducha winną wróżbitkę na dnie górskiej jaskini. Peregrinus nigdy by czegoś takiego nie zrobił, prawda? - Aha. - Zastanowił się nad czymś głęboko. - A czemu my nie mamy górskich koników? - Pytanie nie wynikało z braku wiary w ich możliwości jeżeli chodziło o pokonanie tejże trasy, lecz dużej sympatii do zwierząt. Górski konik? Puchaty konik. Konik z kocykiem na plecach.
Może ten konik go tak rozproszył, że nic tu szczególnie interesującego nie dostrzegł. A może to Ambrosia uważnie stawiająca kroki - bo jeśli coś jej się miało przytrafić, rzuciłby się do ratunku, szybciej niż zdążyłaby krzyknąć lub zagwizdać po pomoc. Tralawneyowi również by pomógł, ale wiedział też, że kogoś swojej wagi nie utrzyma samą ręką i taka pomoc zamiast szybkiej i zdecydowanej reakcji winna oprzeć się na przemyśleniu działania.
- Brzmię pewnie teraz jak upierdliwiec, ale można się od tego chorób nabawić. Może chcesz, żebym ci coś zrobił na oczyszczenie? - Samoświadomość powinna go pewnie ratować z opresji wchodzenia w takie tematy, a jednak robił to i potrafił pozostawać w tym nieugięty. Potrafił też łatwo oddzielić tę rozmowę od drugiej. - Tak, masz rację - potwierdził mu, bo zadając tamto pytanie, jednocześnie badał wzrokiem zaprezentowany mu fragment ściany. Wpatrywał się w niego dłużej, bo każdy zachowany tekst przeszłości zapisywał w sercu i w dzienniku schowanym w wewnętrznej kieszeni płaszcza (co też zrobił, nie zważając na resztę). Pismo, szczególnie starożytne, należało do jednych z wielu jego zajawek i przez moment rozbłysł jeszcze mocniej niż wcześniej. Oni oboje byli ćmami. On był ptakiem, który takie ćmy pożerał na podwieczorek, jeżeli zostały w jednym miejscu zbyt długo.
- Zawsze mi jakoś szkoda, kiedy pewne teksty są odebrane przez czas. Nie umiem sobie wyobrazić, jak wiele opowieści przodków zagubiło się, zanim ktokolwiek zechciał je spisać, więc jak już ktoś to uczynił, to przeżywam jeszcze głębsze poczucie straty. Wyobrażacie sobie, ile legend i baśni tak straciliśmy? - Taka wydrapana w rozpaczy prośba o pomoc mogła zamazać nieznaną nikomu część legend arturiańskich. Jakże wielka szkoda. Paplałby dalej, gdyby Trelawney nie oznajmił, że w tym miejscu właśnie ostatnio poczuł się niebezpiecznie. Zapytany o to, kto miał iść pierwszy, nawet przez moment nie pomyślał, że istniał tu jakiś wybór. Nie puściłby kobiety pierwszej, bo się w nim marynarskie nawyki wyryły bardziej, niż czarodziejowi wypadało, a Peregrin pierwszy nie chciał iść. Nie powiedział nawet, że się zgłasza na ochotnika, tylko stanął naprzeciw tego węższego korytarza, gotowy do drogi. - A wyjmij mi kartę - zasugerował, rzucając to bardziej w eter, niż do niego konkretnie, trochę nieuprzejmie, bo przecież McKinnon też wróżbitką była i różnie na to mogła zareagować. Napił się łyka wody (im również ją zaoferował) i rozjaśnił sobie tenże korytarz odpowiednio stłumionym światłem, żeby nie przeoczyć czegoś przez jego nietrafienie silną intensywność.
- Oh, zaprosiłeś mnie tutaj, żebym zatarł ślady jeżeli ci się nie uda? - Nie zaśmiał się, a jedynie bardzo sympatycznie przekręcił głowę w bok, kontynuując wyprawę śladami... Leona. Jakież to było dziwaczne. Nie to, żeby coś do Leona miał poza dużą dawką obojętności i też niekoniecznie lubił oceniać innych, ale taka wspinaczka przez kogoś, kto ledwo oddychał wydała mu się jeszcze bardziej komiczna niż koncepcja Peregrinusa ubijającego Matce ducha winną wróżbitkę na dnie górskiej jaskini. Peregrinus nigdy by czegoś takiego nie zrobił, prawda? - Aha. - Zastanowił się nad czymś głęboko. - A czemu my nie mamy górskich koników? - Pytanie nie wynikało z braku wiary w ich możliwości jeżeli chodziło o pokonanie tejże trasy, lecz dużej sympatii do zwierząt. Górski konik? Puchaty konik. Konik z kocykiem na plecach.
Może ten konik go tak rozproszył, że nic tu szczególnie interesującego nie dostrzegł. A może to Ambrosia uważnie stawiająca kroki - bo jeśli coś jej się miało przytrafić, rzuciłby się do ratunku, szybciej niż zdążyłaby krzyknąć lub zagwizdać po pomoc. Tralawneyowi również by pomógł, ale wiedział też, że kogoś swojej wagi nie utrzyma samą ręką i taka pomoc zamiast szybkiej i zdecydowanej reakcji winna oprzeć się na przemyśleniu działania.
- Brzmię pewnie teraz jak upierdliwiec, ale można się od tego chorób nabawić. Może chcesz, żebym ci coś zrobił na oczyszczenie? - Samoświadomość powinna go pewnie ratować z opresji wchodzenia w takie tematy, a jednak robił to i potrafił pozostawać w tym nieugięty. Potrafił też łatwo oddzielić tę rozmowę od drugiej. - Tak, masz rację - potwierdził mu, bo zadając tamto pytanie, jednocześnie badał wzrokiem zaprezentowany mu fragment ściany. Wpatrywał się w niego dłużej, bo każdy zachowany tekst przeszłości zapisywał w sercu i w dzienniku schowanym w wewnętrznej kieszeni płaszcza (co też zrobił, nie zważając na resztę). Pismo, szczególnie starożytne, należało do jednych z wielu jego zajawek i przez moment rozbłysł jeszcze mocniej niż wcześniej. Oni oboje byli ćmami. On był ptakiem, który takie ćmy pożerał na podwieczorek, jeżeli zostały w jednym miejscu zbyt długo.
- Zawsze mi jakoś szkoda, kiedy pewne teksty są odebrane przez czas. Nie umiem sobie wyobrazić, jak wiele opowieści przodków zagubiło się, zanim ktokolwiek zechciał je spisać, więc jak już ktoś to uczynił, to przeżywam jeszcze głębsze poczucie straty. Wyobrażacie sobie, ile legend i baśni tak straciliśmy? - Taka wydrapana w rozpaczy prośba o pomoc mogła zamazać nieznaną nikomu część legend arturiańskich. Jakże wielka szkoda. Paplałby dalej, gdyby Trelawney nie oznajmił, że w tym miejscu właśnie ostatnio poczuł się niebezpiecznie. Zapytany o to, kto miał iść pierwszy, nawet przez moment nie pomyślał, że istniał tu jakiś wybór. Nie puściłby kobiety pierwszej, bo się w nim marynarskie nawyki wyryły bardziej, niż czarodziejowi wypadało, a Peregrin pierwszy nie chciał iść. Nie powiedział nawet, że się zgłasza na ochotnika, tylko stanął naprzeciw tego węższego korytarza, gotowy do drogi. - A wyjmij mi kartę - zasugerował, rzucając to bardziej w eter, niż do niego konkretnie, trochę nieuprzejmie, bo przecież McKinnon też wróżbitką była i różnie na to mogła zareagować. Napił się łyka wody (im również ją zaoferował) i rozjaśnił sobie tenże korytarz odpowiednio stłumionym światłem, żeby nie przeoczyć czegoś przez jego nietrafienie silną intensywność.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr