28.01.2023, 19:15 ✶
Tak naprawdę nie był spokojny. Gotowało się w nim, miał dość przebywania w obecności Rookwooda i miał nadzieję, że nie przyjdzie im za szybko razem współpracować po raz kolejny, bo naprawdę nie chciał znów czuć, jak pierwszy lepszy auror, traktuje go z pogardą, niemal jakby był jakimś robakiem. Do tego Thomas miał wrażenie, że ten osobnik zdecydowanie miał o sobie zbyt wysokie mniemanie, patrząc, jak traktował całą resztę. Jakby nagłe stanie sie przywódcą grupy narzuciło mu klapki na oczy, i przez to widział tylko siebie na szczycie, inni zaś mieli służyć jako jego podnóżki i chyba przytakiwać na jego jakże genialny plan, choć tak naprawdę żerował tylko na ich, przecież tak zbędnej, dyskusji. A przynajmniej tak Thomas to zapamiętał.
Dlatego chciał jak najszybciej stamtąd uciec, najlepiej te kilkanaście metrów w górę, by zachować, choć odrobinę pozorów opanowania. Patrząc na reakcję Heather, chyba nawet mu wyszło.
- Przyzwyczajenie, nie pierwszy raz ktoś tak się wobec mnie zachowywał - wzruszył ramionami, bo to w sumie była prawda. Nie powodowało to, że się nie denerwował, po prostu na przestrzeni lat zaczęło mu się udawać tak mocno zaciskać szczęki, by za dużo nie powiedzieć. Tylko i aż tyle.
Zresztą, pozbycie się tego spojrzenia pełnego obrzydzenia, które kierował na Thomasa Rookwood działało niemalże natychmiastowo, przez co uśmiechnął się na słowa dziewczyny.
- Hej, może niedługo się okaże, że zdmuchnie go z tego świata czarnoksiężnik. Może dlatego nie ma wcześniejszej emerytury dla nas, nikt nie podejrzewa, że dożyjemy momentu, gdy zaczniemy zrzędzić - stwierdził żartobliwie, choć trochę prawy w tym było.
Spojrzał jednak z powątpiewaniem na swoją dzisiejszą towarzyszkę lotu, gdy ta zapytała, gdzie jego miotła. Otóż Thomas nie rozstał się z nią od momentu, gdy wylądował na polanie, teraz więc tylko uniósł ręke, w której trzymał drążek, tak, by Heather mogła mu się przyjrzeć.
- Tutaj? - uniósł śmiesznie brwi, po czym pokręcił głową. - Lepiej ruszajmy w powietrze i zróbmy co mamy zrobić. Najwyżej pomożemy komuś, komu będzie szło znacznie gorzej - stwierdził, po chwili zaś już wsiadał na miotłę.
Dlatego chciał jak najszybciej stamtąd uciec, najlepiej te kilkanaście metrów w górę, by zachować, choć odrobinę pozorów opanowania. Patrząc na reakcję Heather, chyba nawet mu wyszło.
- Przyzwyczajenie, nie pierwszy raz ktoś tak się wobec mnie zachowywał - wzruszył ramionami, bo to w sumie była prawda. Nie powodowało to, że się nie denerwował, po prostu na przestrzeni lat zaczęło mu się udawać tak mocno zaciskać szczęki, by za dużo nie powiedzieć. Tylko i aż tyle.
Zresztą, pozbycie się tego spojrzenia pełnego obrzydzenia, które kierował na Thomasa Rookwood działało niemalże natychmiastowo, przez co uśmiechnął się na słowa dziewczyny.
- Hej, może niedługo się okaże, że zdmuchnie go z tego świata czarnoksiężnik. Może dlatego nie ma wcześniejszej emerytury dla nas, nikt nie podejrzewa, że dożyjemy momentu, gdy zaczniemy zrzędzić - stwierdził żartobliwie, choć trochę prawy w tym było.
Spojrzał jednak z powątpiewaniem na swoją dzisiejszą towarzyszkę lotu, gdy ta zapytała, gdzie jego miotła. Otóż Thomas nie rozstał się z nią od momentu, gdy wylądował na polanie, teraz więc tylko uniósł ręke, w której trzymał drążek, tak, by Heather mogła mu się przyjrzeć.
- Tutaj? - uniósł śmiesznie brwi, po czym pokręcił głową. - Lepiej ruszajmy w powietrze i zróbmy co mamy zrobić. Najwyżej pomożemy komuś, komu będzie szło znacznie gorzej - stwierdził, po chwili zaś już wsiadał na miotłę.