27.01.2025, 05:02 ✶
Stali na samym krańcu plaży. W miejscu, w którym morze niemal łączyło się z lądem. Wystarczyłoby pół kroku, by woda oblała jego buty. Kolejny krok, by wszedł w nią po kostki. Krok za krokiem - w pewnej chwili straciłby grunt pod stopami. Dno znalazłoby się zbyt daleko pod nim, by mógł tak po prostu stanąć na piasku, oddychając morskim powietrzem. Musiałby machać nogami, poruszać ramionami, młócąc wodę, aby nie opaść w dół, powoli tracąc oddech.
Był doskonałym pływakiem. Tak jak ziemia, tak i woda zdecydowanie była jego żywiołem. Wiele lat spędził na spędzaniu nadmorskich weekendów tuż przy plaży. Ostatnie miesiące siedemdziesiątego i pierwsze kilkanaście tygodni siedemdziesiątego pierwszego roku były dla niego związane ze stałym pobytem niemalże przy samym Morzu Północnym. Patrzył na nie codziennie z okna domu, który miał być jego miejscem. Bezpieczną przystanią. O ironio: z jasnym światłem pobliskiej latarni morskiej co wieczór rozświetlającej dolną łazienkę i nigdy nie wykończony gabinet.
Nigdy nie miał problemu, by zanurzyć się w lodowatej wodzie. By rozgrzać się w niej na tyle, że po pewnym czasie zaczynała robić się może nie do końca przyjemna, ale tolerowalna. Już kiedyś zresztą bez większego zastanowienia wpadł do wody mniej więcej o podobnej porze roku. Nie raz i nie dwa skakał z paczką przyjaciół z klifów w okolicach Yorkshire. Za każdym razem wynurzając się z triumfalnym okrzykiem.
Ale to były inne czasy. Inni ludzie. Momentami wydawało mu się, że zupełnie inne życie. Może nawet nie jego własne? Nie wiedział. W ostatnich tygodniach czuł się jak cień samego siebie. Jak złudzenie, jak widmo człowieka, którym mógł tak naprawdę nigdy nie być. Jakby sam zaraz mógł rozwiać się na wietrze.
W milczeniu przyjmował kolejne oskarżenia. Zdawał sobie sprawę z tego, że były słuszne, czyż nie? A on chyba nie miał już siły, by bronić się przed prawdą. Cornelius nie musiał nawet na niego patrzeć. Wystarczyło, że stał tuż obok, wyrzucając z siebie kolejne ostre słowa wbijające się głęboko w duszę Greengrassa.
Ambroise milczał, bo co miałby odpowiedzieć? Nawet jeśli nienawidził siebie za to, że nie potrafił przezwyciężyć własnej słabości i otworzyć ust, jednocześnie czuł, że Cornelius miał rację. W jego własnych oczach również nie było już miejsca na nadzieję. Zimny, bezlitosny osąd był tym, co przyjmował bez słowa sprzeciwu, nawet nie dostrzegając tego jak dalekie to było od tego, co zwykł robić.
Gniew Corio był niczym twardy mur otaczający Lestrange'a. Mur zbudowany z tak wielu twardych, lodowato zimnych cegieł, że nie było już sensu próbować go burzyć. Chciałby móc cofnąć czas, ale nie był w stanie tego zrobić - zdawał sobie z tego sprawę. Chciałby móc naprawić to, co zniszczył, ale wiedział, że to niemożliwe. Nie było już miejsca na wyjaśnienia. To, co się wydarzyło było nieodwracalne.
Myśli Roisa niemal automatycznie powracały do tamtego niechlubnego rozdziału. Nie Nokturnu, nie Ścieżek. Czegoś znacznie bardziej posępnego i godnego pożałowania. Do tamtych mrocznych dni spędzonych w samotności. Chwil, gdy powoli trzeźwiał, starając się dojść do siebie. Tylko po to, żeby uświadomić sobie, że z obranej ścieżki nie ma już powrotu.
Czuł się przygnieciony tym wszystkim, co niegdyś wywoływało w nim niemal wyłącznie pozytywne uczucia. W jego myślach kłębiły się wspomnienia, oczekiwania, nadzieje. Wszystkie niespełnione plany, obrazy przyszłości, która nie miała nadejść, bowiem on sam ją skreślił. Nie swoim odejściem. Zniszczenia sięgały znacznie głębiej. Już dawno temu. Lata wstecz, choć konsekwencje dogoniły go dopiero teraz.
Skinął głową, nie odwracając spojrzenia od horyzontu - tego drugiego punktu łączącego morze już nie z piaskiem pod ich stopami a z nieboskłonem.
Pierwsze pół kroku sprawiłoby, że fala dopłynęłaby mu do podeszw. Drugi długi krok sprawiłby, że woda mogłaby omieść mu kostki. Trzeci, czwarty, piąty krok. W końcu w pewnej chwili straciłby grunt pod nogami. Nie musiałby nimi poruszać. Opuściłby ramiona wzdłuż ciała. Pozwoliłby fali zagarnąć się pod powierzchnię, powoli wypuszczając powietrze z płuc aż nie pozostałoby nic prócz ostrego duszącego bólu. Granatu, bieli, czerwieni i powolnej czerni.
Tak po prostu kiwnął głową, przyznając Corio rację. Cisza, która go otaczała była głośniejsza niż jakiekolwiek słowa, które mogłyby paść z jego ust. Może to wszystko rzeczywiście nie miało znaczenia. Zawiódł. Uciekł, bo nie potrafił znieść własnej obecności. Koniec. Kropka. W jego życiu nie było miejsca na wybaczenie ani na zrozumienie.
Może rzeczywiście był egoistycznym dupkiem nie myślącym o kimkolwiek innym. Był tylko on, jego ból i nieprzenikniona otchłań, z której nie potrafił się wydostać. Wciąż unosił się na powierzchni, ale tonął już zbyt długo. Zniknął na kilka tygodni, próbując poradzić sobie z tym wszystkim, ale co mu to dało?
Nic. Tak właściwie - od tamtej pory nie miał siły, by walczyć ze światem. Dni mijały a on wciąż tkwił w tym samym miejscu w pułapce swoich własnych myśli. Bez nadziei, bez celu. Nie miał siły walczyć z rzeczywistością, nie miał już energii, aby kontynuować tę niekończącą się walkę. Ostatnie tygodnie spędził na błąkaniu się po miejscach, które nie miały dla niego żadnego znaczenia zamiast wrócić do domu.
Nie miał już domu.
W jego głowie krążyły myśli, których nie chciał mieć. Rozczarował wszystkich, zawiódł samego siebie, Geraldine, Corneliusa, Fabiana, niezliczone osoby. Każdy krok, jaki robił wydawał mu się bezsensowny, każdy oddech był dla niego wyzwaniem. Nie miał siły, by walczyć. Nie miał siły, by... ...żyć.
W pewnym momencie po prostu przestał marzyć.
Nie widział dla siebie ścieżki powrotu. Wszystkie drogi, które kiedyś wydawały się otwarte i zapraszające... ...wszelkie szanse... ...nieograniczone możliwości... ...otwarte drzwi teraz były zamknięte na głucho.
Był zmęczony i... ...przerażony. Cholernie przerażony. Przytłoczony własnymi lękami nasilającymi się z dnia na dzień, z nocy na noc. Jednak to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że to uczucie coraz bardziej mu nie przeszkadzało.
Kiedy Cornelius zakończył swoją tyradę, Ambroise w końcu otworzył usta.
- Rozumiem. Nie oczekuję - urwał po raz kolejny, przymykając oczy, odginając głowę w tył i wypuszczając powietrze przez niemal całkowicie zaciśnięte wargi.
Czego tak właściwie nie oczekiwał? Akceptacji? Wybaczenia? Zrozumienia? Wyrozumiałości? Wszystkiego? Niczego? Zamknął oczy na ułamek sekundy, starając się wyciszyć myśli i uciszyć chaos, jaki panował w jego głowie. Bezskutecznie.
- Nie oczekuję, że wszystko między nami wróci do normy - stwierdził w końcu, nadając swoim słowom zdecydowane brzmienie; tak naturalne jak tylko mógł z siebie wydusić.
Zupełnie tak, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Oto pojawił się tutaj po to, aby porozmawiać z Corneliusem, nie oczekując od niego jednak niczego, czego ten nie chciałby mu dać. Nie zamierzając się tłumaczyć. Nie próbując udawać, że ma czelność wchodzić z butami w coś, z czego sam spierdolił. Nie.
Mimo to nie zamierzał brzmieć jak ktoś, kto pojawił się tu, aby podkulać ogon. By się kajać i tłumaczyć, by żalić się na swój jakże ciężki los, bo wtedy to wszystko potoczyłoby się inaczej. Zupełnie niezgodnie z tym, co sobie założył. Nie pierwszy raz - ostatnio wszystko tak wyglądało, jednak miał nadzieję, że już ostatni. Ostateczny.
- Chciałbym tylko zobaczyć się z Fabianem. Planuję... ...dłuższą nieobecność w kraju. Nie chcę znikać bez pożegnania z chrześniakiem - wyjaśnił, starając się zachować maskę neutralności.
Nie zamierzał dodawać proszę. Nie chciał dać Corneliusowi znać, że coś było nie tak. Że to w istocie była jego ostatnia deska ratunku, ostatnia chwila, w której mógł poczuć, że coś jeszcze ma znaczenie. Zresztą ulotna, bo nie zamierzał się już więcej starać. Życie, które kiedyś planował rozpadło się w pył a on nie miał siły, by zbierać coś, co już nie istniało.
Pozwalał, by ciężar go przygniatał, zamykając się w sobie. Z zewnątrz sprawiając wrażenie zmęczonego, ale stanowczego. W końcu podjął już decyzję. Nie był pewien, co przyniesie przyszłość tych wszystkich ludzi, na których mu zależało. Aniego, Corio... ...Riny... ...ale wiedział, że nie ma w niej dla niego miejsca.
Nie miał siły na walkę. Nie planował wracać ze swojego wyjazdu. Ta podróż miała być jego końcem a nie nowym początkiem. Nie mógł wybaczyć sobie tego, co zrobił, nie potrafił odnaleźć drogi powrotu. Cornelius miał rację: mógłby zniknąć na zawsze. Właśnie w tym momencie czuł, że to byłoby dla wszystkich lepsze.
Ostateczna prawda.
Był doskonałym pływakiem. Tak jak ziemia, tak i woda zdecydowanie była jego żywiołem. Wiele lat spędził na spędzaniu nadmorskich weekendów tuż przy plaży. Ostatnie miesiące siedemdziesiątego i pierwsze kilkanaście tygodni siedemdziesiątego pierwszego roku były dla niego związane ze stałym pobytem niemalże przy samym Morzu Północnym. Patrzył na nie codziennie z okna domu, który miał być jego miejscem. Bezpieczną przystanią. O ironio: z jasnym światłem pobliskiej latarni morskiej co wieczór rozświetlającej dolną łazienkę i nigdy nie wykończony gabinet.
Nigdy nie miał problemu, by zanurzyć się w lodowatej wodzie. By rozgrzać się w niej na tyle, że po pewnym czasie zaczynała robić się może nie do końca przyjemna, ale tolerowalna. Już kiedyś zresztą bez większego zastanowienia wpadł do wody mniej więcej o podobnej porze roku. Nie raz i nie dwa skakał z paczką przyjaciół z klifów w okolicach Yorkshire. Za każdym razem wynurzając się z triumfalnym okrzykiem.
Ale to były inne czasy. Inni ludzie. Momentami wydawało mu się, że zupełnie inne życie. Może nawet nie jego własne? Nie wiedział. W ostatnich tygodniach czuł się jak cień samego siebie. Jak złudzenie, jak widmo człowieka, którym mógł tak naprawdę nigdy nie być. Jakby sam zaraz mógł rozwiać się na wietrze.
W milczeniu przyjmował kolejne oskarżenia. Zdawał sobie sprawę z tego, że były słuszne, czyż nie? A on chyba nie miał już siły, by bronić się przed prawdą. Cornelius nie musiał nawet na niego patrzeć. Wystarczyło, że stał tuż obok, wyrzucając z siebie kolejne ostre słowa wbijające się głęboko w duszę Greengrassa.
Ambroise milczał, bo co miałby odpowiedzieć? Nawet jeśli nienawidził siebie za to, że nie potrafił przezwyciężyć własnej słabości i otworzyć ust, jednocześnie czuł, że Cornelius miał rację. W jego własnych oczach również nie było już miejsca na nadzieję. Zimny, bezlitosny osąd był tym, co przyjmował bez słowa sprzeciwu, nawet nie dostrzegając tego jak dalekie to było od tego, co zwykł robić.
Gniew Corio był niczym twardy mur otaczający Lestrange'a. Mur zbudowany z tak wielu twardych, lodowato zimnych cegieł, że nie było już sensu próbować go burzyć. Chciałby móc cofnąć czas, ale nie był w stanie tego zrobić - zdawał sobie z tego sprawę. Chciałby móc naprawić to, co zniszczył, ale wiedział, że to niemożliwe. Nie było już miejsca na wyjaśnienia. To, co się wydarzyło było nieodwracalne.
Myśli Roisa niemal automatycznie powracały do tamtego niechlubnego rozdziału. Nie Nokturnu, nie Ścieżek. Czegoś znacznie bardziej posępnego i godnego pożałowania. Do tamtych mrocznych dni spędzonych w samotności. Chwil, gdy powoli trzeźwiał, starając się dojść do siebie. Tylko po to, żeby uświadomić sobie, że z obranej ścieżki nie ma już powrotu.
Czuł się przygnieciony tym wszystkim, co niegdyś wywoływało w nim niemal wyłącznie pozytywne uczucia. W jego myślach kłębiły się wspomnienia, oczekiwania, nadzieje. Wszystkie niespełnione plany, obrazy przyszłości, która nie miała nadejść, bowiem on sam ją skreślił. Nie swoim odejściem. Zniszczenia sięgały znacznie głębiej. Już dawno temu. Lata wstecz, choć konsekwencje dogoniły go dopiero teraz.
Skinął głową, nie odwracając spojrzenia od horyzontu - tego drugiego punktu łączącego morze już nie z piaskiem pod ich stopami a z nieboskłonem.
Pierwsze pół kroku sprawiłoby, że fala dopłynęłaby mu do podeszw. Drugi długi krok sprawiłby, że woda mogłaby omieść mu kostki. Trzeci, czwarty, piąty krok. W końcu w pewnej chwili straciłby grunt pod nogami. Nie musiałby nimi poruszać. Opuściłby ramiona wzdłuż ciała. Pozwoliłby fali zagarnąć się pod powierzchnię, powoli wypuszczając powietrze z płuc aż nie pozostałoby nic prócz ostrego duszącego bólu. Granatu, bieli, czerwieni i powolnej czerni.
Tak po prostu kiwnął głową, przyznając Corio rację. Cisza, która go otaczała była głośniejsza niż jakiekolwiek słowa, które mogłyby paść z jego ust. Może to wszystko rzeczywiście nie miało znaczenia. Zawiódł. Uciekł, bo nie potrafił znieść własnej obecności. Koniec. Kropka. W jego życiu nie było miejsca na wybaczenie ani na zrozumienie.
Może rzeczywiście był egoistycznym dupkiem nie myślącym o kimkolwiek innym. Był tylko on, jego ból i nieprzenikniona otchłań, z której nie potrafił się wydostać. Wciąż unosił się na powierzchni, ale tonął już zbyt długo. Zniknął na kilka tygodni, próbując poradzić sobie z tym wszystkim, ale co mu to dało?
Nic. Tak właściwie - od tamtej pory nie miał siły, by walczyć ze światem. Dni mijały a on wciąż tkwił w tym samym miejscu w pułapce swoich własnych myśli. Bez nadziei, bez celu. Nie miał siły walczyć z rzeczywistością, nie miał już energii, aby kontynuować tę niekończącą się walkę. Ostatnie tygodnie spędził na błąkaniu się po miejscach, które nie miały dla niego żadnego znaczenia zamiast wrócić do domu.
Nie miał już domu.
W jego głowie krążyły myśli, których nie chciał mieć. Rozczarował wszystkich, zawiódł samego siebie, Geraldine, Corneliusa, Fabiana, niezliczone osoby. Każdy krok, jaki robił wydawał mu się bezsensowny, każdy oddech był dla niego wyzwaniem. Nie miał siły, by walczyć. Nie miał siły, by... ...żyć.
W pewnym momencie po prostu przestał marzyć.
Nie widział dla siebie ścieżki powrotu. Wszystkie drogi, które kiedyś wydawały się otwarte i zapraszające... ...wszelkie szanse... ...nieograniczone możliwości... ...otwarte drzwi teraz były zamknięte na głucho.
Był zmęczony i... ...przerażony. Cholernie przerażony. Przytłoczony własnymi lękami nasilającymi się z dnia na dzień, z nocy na noc. Jednak to nie było najgorsze. Najgorsze było to, że to uczucie coraz bardziej mu nie przeszkadzało.
Kiedy Cornelius zakończył swoją tyradę, Ambroise w końcu otworzył usta.
- Rozumiem. Nie oczekuję - urwał po raz kolejny, przymykając oczy, odginając głowę w tył i wypuszczając powietrze przez niemal całkowicie zaciśnięte wargi.
Czego tak właściwie nie oczekiwał? Akceptacji? Wybaczenia? Zrozumienia? Wyrozumiałości? Wszystkiego? Niczego? Zamknął oczy na ułamek sekundy, starając się wyciszyć myśli i uciszyć chaos, jaki panował w jego głowie. Bezskutecznie.
- Nie oczekuję, że wszystko między nami wróci do normy - stwierdził w końcu, nadając swoim słowom zdecydowane brzmienie; tak naturalne jak tylko mógł z siebie wydusić.
Zupełnie tak, jakby wszystko było w jak najlepszym porządku. Oto pojawił się tutaj po to, aby porozmawiać z Corneliusem, nie oczekując od niego jednak niczego, czego ten nie chciałby mu dać. Nie zamierzając się tłumaczyć. Nie próbując udawać, że ma czelność wchodzić z butami w coś, z czego sam spierdolił. Nie.
Mimo to nie zamierzał brzmieć jak ktoś, kto pojawił się tu, aby podkulać ogon. By się kajać i tłumaczyć, by żalić się na swój jakże ciężki los, bo wtedy to wszystko potoczyłoby się inaczej. Zupełnie niezgodnie z tym, co sobie założył. Nie pierwszy raz - ostatnio wszystko tak wyglądało, jednak miał nadzieję, że już ostatni. Ostateczny.
- Chciałbym tylko zobaczyć się z Fabianem. Planuję... ...dłuższą nieobecność w kraju. Nie chcę znikać bez pożegnania z chrześniakiem - wyjaśnił, starając się zachować maskę neutralności.
Nie zamierzał dodawać proszę. Nie chciał dać Corneliusowi znać, że coś było nie tak. Że to w istocie była jego ostatnia deska ratunku, ostatnia chwila, w której mógł poczuć, że coś jeszcze ma znaczenie. Zresztą ulotna, bo nie zamierzał się już więcej starać. Życie, które kiedyś planował rozpadło się w pył a on nie miał siły, by zbierać coś, co już nie istniało.
Pozwalał, by ciężar go przygniatał, zamykając się w sobie. Z zewnątrz sprawiając wrażenie zmęczonego, ale stanowczego. W końcu podjął już decyzję. Nie był pewien, co przyniesie przyszłość tych wszystkich ludzi, na których mu zależało. Aniego, Corio... ...Riny... ...ale wiedział, że nie ma w niej dla niego miejsca.
Nie miał siły na walkę. Nie planował wracać ze swojego wyjazdu. Ta podróż miała być jego końcem a nie nowym początkiem. Nie mógł wybaczyć sobie tego, co zrobił, nie potrafił odnaleźć drogi powrotu. Cornelius miał rację: mógłby zniknąć na zawsze. Właśnie w tym momencie czuł, że to byłoby dla wszystkich lepsze.
Ostateczna prawda.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down