29.01.2023, 04:03 ✶
- ”Coś”, mam wrażenie, brzmi najprawdopodobniej. Bo nie widzę innego wytłumaczenia, ani się nie teleportowałam, ani nawet nie używałam sieci Fiuu, ani nic – stwierdziła dość chmurnie. Do tego, że po prostu tak kichnęła bynajmniej nie miała zamiaru się przyznawać. Zresztą, to brzmiało wręcz absurdalnie – zwykła reakcja ciała i tylko przez nią miałaby wylądować nie wiadomo gdzie?
Chyba że to jakiś nienormalny sen, ale wszystkie dolegliwości i niewygody, jakie odczuwała, były jednak zbyt realistyczne, żeby stwierdzić, iż faktycznie gdzieś się jej przysnęło i teraz mózg przedstawiał jakieś swoje przeniezwykłe pomysły, rodem z literatury różnej maści.
- Po prostu cudownie – skwitowała. Podsumowanie mężczyzny było trafne: znaleźli się nie wiadomo, gdzie, nie wiadomo jak i ogólnie znajdowali się tam, gdzie słońce nie dochodziło. Bez magii jak bez ręki – z pomocą tych zdolności beznadziejna sytuacja nie jawiłaby się tak beznadziejnie, bo mogłaby chociaż posłać patronusa – o ile w ogóle udałoby się takowego przywołać – i poczekać na wsparcie.
Chociaż, w pewnym sensie, w całym tym nieszczęściu miała chyba odrobinę farta, bo okazało się, że nie jest zdana na siebie. A nieznajomy mimo wszystko wyglądał jakoś kompetentniej od niej samej, jeśli chodziło o radzenie sobie z wędrówką po mokradłach i czających się na nich niebezpieczeństwach.
Jak chociażby zdradliwy grunt pod stopami.
- Cóż, nie pozostaje nam nic innego – stwierdziła, jakby nie zauważyła sarkazmu. Ewentualnie zauważyła, ale postanowiła zignorować, mając na głowie o wiele większy problem, właśnie w postaci konieczności wydostania się stąd jak najszybciej. A przynajmniej dotarcia do miejsca, w którym działałaby magia.
Zmrużyła nieco oczy, przyglądając się uważnie Hardwickowi – bo takie nazwisko okazał się właśnie nosić. Nie brzmiało czarodziejsko, ani trochę. Nie wpasowywało się w żaden ród, jaki znała, jednakże – czy mogła sobie w tej sytuacji pozwolić na okazywanie jakichkolwiek animozji? Nie, jeśli nie chciała zostać sama. I skoro nie została rozpoznana, nie omieszkała skłamać, bez mrugnięcia choćby okiem; w końcu nie mogła przewidzieć, jakie podejście do czystokrwistych mógł mieć towarzysz tej jakże przewspaniałej przygody.
- Veronica Davies – odparła, podając pierwsze nazwisko, jakie jej przyszło na myśl. Bez zawahania uścisnęła dłoń mężczyzny – całkiem pewnie, nie kluchowato.
- No dobrze, przyszłam stamtąd – wskazała gdzieś za swoje plecy – więc chyba nie ma sensu tam wracać. Najrozsądniej chyba iść dalej? Te mokradła w końcu muszą się gdzieś skończyć – zasugerowała i w zasadzie nie czekała na odpowiedź, tylko ruszyła przed siebie. Niezbyt pewnym krokiem – buty, jakie nosiła, zdecydowanie nie nadawały się na wędrówkę po takim terenie. Przed wyrzuceniem ich w cholerę powstrzymywała Eunice myśl, że przynajmniej dają jakąkolwiek ochronę przed niespodziankami, które mogą bardzo boleśnie się wbić w stopy. Aż do krwi.
I może faktycznie byłby to najzwyczajniejszy spacer – pomijając wszelkie pozostałe okoliczności, poczynając od braku magii, idąc przez „malowniczość” krajobrazu, kończąc na wszechobecnym smrodzie. Węch, owszem, przyzwyczajał się, ale nie na tyle, by przestać go zauważać – gdyby nie fakt, iż niewinnie leżąca kłoda, w pobliżu miejsca, przez które zaraz mieli przejść, poruszyła się.
Kłody tego nie powinny robić, prawda?
Czego Eunice – oczywiście – nie zauważyła, głównie skoncentrowana na próbach niezarycia nosem w całym tym błocku.
Chyba że to jakiś nienormalny sen, ale wszystkie dolegliwości i niewygody, jakie odczuwała, były jednak zbyt realistyczne, żeby stwierdzić, iż faktycznie gdzieś się jej przysnęło i teraz mózg przedstawiał jakieś swoje przeniezwykłe pomysły, rodem z literatury różnej maści.
- Po prostu cudownie – skwitowała. Podsumowanie mężczyzny było trafne: znaleźli się nie wiadomo, gdzie, nie wiadomo jak i ogólnie znajdowali się tam, gdzie słońce nie dochodziło. Bez magii jak bez ręki – z pomocą tych zdolności beznadziejna sytuacja nie jawiłaby się tak beznadziejnie, bo mogłaby chociaż posłać patronusa – o ile w ogóle udałoby się takowego przywołać – i poczekać na wsparcie.
Chociaż, w pewnym sensie, w całym tym nieszczęściu miała chyba odrobinę farta, bo okazało się, że nie jest zdana na siebie. A nieznajomy mimo wszystko wyglądał jakoś kompetentniej od niej samej, jeśli chodziło o radzenie sobie z wędrówką po mokradłach i czających się na nich niebezpieczeństwach.
Jak chociażby zdradliwy grunt pod stopami.
- Cóż, nie pozostaje nam nic innego – stwierdziła, jakby nie zauważyła sarkazmu. Ewentualnie zauważyła, ale postanowiła zignorować, mając na głowie o wiele większy problem, właśnie w postaci konieczności wydostania się stąd jak najszybciej. A przynajmniej dotarcia do miejsca, w którym działałaby magia.
Zmrużyła nieco oczy, przyglądając się uważnie Hardwickowi – bo takie nazwisko okazał się właśnie nosić. Nie brzmiało czarodziejsko, ani trochę. Nie wpasowywało się w żaden ród, jaki znała, jednakże – czy mogła sobie w tej sytuacji pozwolić na okazywanie jakichkolwiek animozji? Nie, jeśli nie chciała zostać sama. I skoro nie została rozpoznana, nie omieszkała skłamać, bez mrugnięcia choćby okiem; w końcu nie mogła przewidzieć, jakie podejście do czystokrwistych mógł mieć towarzysz tej jakże przewspaniałej przygody.
- Veronica Davies – odparła, podając pierwsze nazwisko, jakie jej przyszło na myśl. Bez zawahania uścisnęła dłoń mężczyzny – całkiem pewnie, nie kluchowato.
- No dobrze, przyszłam stamtąd – wskazała gdzieś za swoje plecy – więc chyba nie ma sensu tam wracać. Najrozsądniej chyba iść dalej? Te mokradła w końcu muszą się gdzieś skończyć – zasugerowała i w zasadzie nie czekała na odpowiedź, tylko ruszyła przed siebie. Niezbyt pewnym krokiem – buty, jakie nosiła, zdecydowanie nie nadawały się na wędrówkę po takim terenie. Przed wyrzuceniem ich w cholerę powstrzymywała Eunice myśl, że przynajmniej dają jakąkolwiek ochronę przed niespodziankami, które mogą bardzo boleśnie się wbić w stopy. Aż do krwi.
I może faktycznie byłby to najzwyczajniejszy spacer – pomijając wszelkie pozostałe okoliczności, poczynając od braku magii, idąc przez „malowniczość” krajobrazu, kończąc na wszechobecnym smrodzie. Węch, owszem, przyzwyczajał się, ale nie na tyle, by przestać go zauważać – gdyby nie fakt, iż niewinnie leżąca kłoda, w pobliżu miejsca, przez które zaraz mieli przejść, poruszyła się.
Kłody tego nie powinny robić, prawda?
Czego Eunice – oczywiście – nie zauważyła, głównie skoncentrowana na próbach niezarycia nosem w całym tym błocku.
496/1230