27.01.2025, 23:31 ✶
Roselyn nie była przeziębiona, lecz miała wrażenie, że chłód, który przeciął jej serce, na zawsze się w nim rozgościł. Rozlewał się po całym jej ciele jak rzeka, krążył w żyłach i sprawiał, że czerwona, gorąca krew stygła i zmieniała się w górski potok na samym szczycie.
- Tak późnym wieczorem? Gdzie twoje maniery, Borgin? - zapytała, ściągając gniewnie brwi. Jeżeli była martwa w środku przez ten cały czas, to paradoksalnie właśnie on, Anthony Ian Borgin, sprawił, że życie na nowo wstąpiło w jej ciało. Blade policzki nawet pokryły się delikatnym rumieńcem, chociaż był to zapewne rumieniec złości. Aczkolwiek nie było to pewne, bo przecież gdy pozwolił się chwycić, a potem sam skrócił dystans, to na twarzy Roselyn pojawiło się zawahanie.
Anthony był okropnym, okropnym dupkiem i ta wstawka o wciąganiu w krzaki nie była zupełnie potrzebna. A jednak ona, mimo że naprawdę miała głęboko w poważaniu każdego faceta na ziemi, nie była ślepa. Był przystojny, na dodatek bardzo ładnie pachniał, a buta i arogancja tylko dodawały mu uroku. Zwykle to ona grała pierwsze skrzypce, nie pozwalając nikomu na zbliżenie się bliżej niż wyciągnięcie ręki. Żeby ktokolwiek mógł ją złapać za dłoń i ucałować jej grzbiet, musiał się nalatać, najczęściej robiąc rzeczy, które były dla Greengrassówny ważne. Nie upokarzała amantów, lecz wykorzystywała ich do tego, by samej piąć się coraz wyżej i wyżej. A teraz... Teraz to wszystko zostało wytrącone z jej drobnych dłoni, bo Anthony wcale się nie bał i wcale nie zamierzał biegać za patykiem, który mu rzucała. Może dlatego, że na razie nie ośmieliła się jeszcze tego patyka rzucić - wiedział za dużo, widział ją w sytuacji, która mogła ją pogrążyć kompletnie. Hamowała się, chociaż z trudem.
- Na żadne schadzki nie chodzę, mój drogi. Takich jak ty trzymam w szklarni i regularnie odwiedzam ich w nocy, żeby pozwolić im ogrzać się w moim blasku - odpowiedziała dość butnie, chociaż wyprowadzona z równowagi tą bliskością i dotykiem palnęła byle co. Mogła mu przecież skłamać że owszem, ma kogoś i żeby spierdalał, bo jest umówiona. Albo że woli kobiety. A zamiast tego posłużyła się tak jawnym sarkazmem, że nawet przedszkolak by go wyczuł.
Gdy się nachylił, lekko odchyliła głowę. Jakby spodziewała się, że będzie próbował powtórzyć to, co zrobiła gdy podarował jej pierścionek. Nie chciała żadnych zbliżeń, szczególnie jeżeli byli sami. Zamiast go jednak odepchnąć, po prostu odwróciła głowę, tak by uchronić usta przed zbytnią bliskością z ustami Anthony'ego. Głowę odwróciła, ale lekkiego drżenia nie mogła ukryć, a pojawiło się ono w chwili, gdy nos musnął jej policzek. Na moment straciła rytm w tym tańcu. Potknęła się w niedopowiedzeniach, pomyliła kroki i tylko dzięki temu mógł złożyć pocałunek na czubku jej głowy. Wcale go nie chciała - był bezczelny, arogancki i... Naprawdę bezczelny! Nie potrzebowała go, nie potrzebowała żadnego mężczyzny w swoim życiu. Ani Borgina, ani Greengrasa, ani Longbottoma. Nikogo. Sama sobie jest sterem, żeglarzem, okrętem i masztem, czy jak to szło.
A jednak zawahała się i Anthony mógł spokojnie sam się od niej odsunąć. Zupełnie tak, jakby skamieniała, jakby była sarną, która zobaczyła światła nadjeżdżającego samochodu.
- Dlaczego miałabym marnować energię na ciebie? - zapytała, odzyskując rezon. Odsunął się odrobinę, przerwał tę gęstniejącą atmosferę swoim plecakiem i kolejnymi słowami. Mogła na nowo odetchnąć i złapać oddech. Ale naprawdę potrzebowała odetchnąć. Anthony był... Był okropny pod wieloma względami, ale nie był związany z tym wszystkim, co ją ostatnio otaczało. Nie był związany z Knieją, a był z Ministerstwem. Może to była jej nadzieja? - Masz pięć sekund na wymyślenie, gdzie mnie zabierzesz.
Powiedziała w końcu, chowając dłonie za plecami. Dla kontrastu dla swoich wcześniejszych słów - teraz uśmiechnęła się pięknie, filuternie wręcz. Przecież może zapytać go, jak ma się sprawa z Knieją, co się dzieje w Ministerstwie i... Czy może nie zna kogoś, kto mógłby im pomóc mniej oficjalną drogą.
- Tak późnym wieczorem? Gdzie twoje maniery, Borgin? - zapytała, ściągając gniewnie brwi. Jeżeli była martwa w środku przez ten cały czas, to paradoksalnie właśnie on, Anthony Ian Borgin, sprawił, że życie na nowo wstąpiło w jej ciało. Blade policzki nawet pokryły się delikatnym rumieńcem, chociaż był to zapewne rumieniec złości. Aczkolwiek nie było to pewne, bo przecież gdy pozwolił się chwycić, a potem sam skrócił dystans, to na twarzy Roselyn pojawiło się zawahanie.
Anthony był okropnym, okropnym dupkiem i ta wstawka o wciąganiu w krzaki nie była zupełnie potrzebna. A jednak ona, mimo że naprawdę miała głęboko w poważaniu każdego faceta na ziemi, nie była ślepa. Był przystojny, na dodatek bardzo ładnie pachniał, a buta i arogancja tylko dodawały mu uroku. Zwykle to ona grała pierwsze skrzypce, nie pozwalając nikomu na zbliżenie się bliżej niż wyciągnięcie ręki. Żeby ktokolwiek mógł ją złapać za dłoń i ucałować jej grzbiet, musiał się nalatać, najczęściej robiąc rzeczy, które były dla Greengrassówny ważne. Nie upokarzała amantów, lecz wykorzystywała ich do tego, by samej piąć się coraz wyżej i wyżej. A teraz... Teraz to wszystko zostało wytrącone z jej drobnych dłoni, bo Anthony wcale się nie bał i wcale nie zamierzał biegać za patykiem, który mu rzucała. Może dlatego, że na razie nie ośmieliła się jeszcze tego patyka rzucić - wiedział za dużo, widział ją w sytuacji, która mogła ją pogrążyć kompletnie. Hamowała się, chociaż z trudem.
- Na żadne schadzki nie chodzę, mój drogi. Takich jak ty trzymam w szklarni i regularnie odwiedzam ich w nocy, żeby pozwolić im ogrzać się w moim blasku - odpowiedziała dość butnie, chociaż wyprowadzona z równowagi tą bliskością i dotykiem palnęła byle co. Mogła mu przecież skłamać że owszem, ma kogoś i żeby spierdalał, bo jest umówiona. Albo że woli kobiety. A zamiast tego posłużyła się tak jawnym sarkazmem, że nawet przedszkolak by go wyczuł.
Gdy się nachylił, lekko odchyliła głowę. Jakby spodziewała się, że będzie próbował powtórzyć to, co zrobiła gdy podarował jej pierścionek. Nie chciała żadnych zbliżeń, szczególnie jeżeli byli sami. Zamiast go jednak odepchnąć, po prostu odwróciła głowę, tak by uchronić usta przed zbytnią bliskością z ustami Anthony'ego. Głowę odwróciła, ale lekkiego drżenia nie mogła ukryć, a pojawiło się ono w chwili, gdy nos musnął jej policzek. Na moment straciła rytm w tym tańcu. Potknęła się w niedopowiedzeniach, pomyliła kroki i tylko dzięki temu mógł złożyć pocałunek na czubku jej głowy. Wcale go nie chciała - był bezczelny, arogancki i... Naprawdę bezczelny! Nie potrzebowała go, nie potrzebowała żadnego mężczyzny w swoim życiu. Ani Borgina, ani Greengrasa, ani Longbottoma. Nikogo. Sama sobie jest sterem, żeglarzem, okrętem i masztem, czy jak to szło.
A jednak zawahała się i Anthony mógł spokojnie sam się od niej odsunąć. Zupełnie tak, jakby skamieniała, jakby była sarną, która zobaczyła światła nadjeżdżającego samochodu.
- Dlaczego miałabym marnować energię na ciebie? - zapytała, odzyskując rezon. Odsunął się odrobinę, przerwał tę gęstniejącą atmosferę swoim plecakiem i kolejnymi słowami. Mogła na nowo odetchnąć i złapać oddech. Ale naprawdę potrzebowała odetchnąć. Anthony był... Był okropny pod wieloma względami, ale nie był związany z tym wszystkim, co ją ostatnio otaczało. Nie był związany z Knieją, a był z Ministerstwem. Może to była jej nadzieja? - Masz pięć sekund na wymyślenie, gdzie mnie zabierzesz.
Powiedziała w końcu, chowając dłonie za plecami. Dla kontrastu dla swoich wcześniejszych słów - teraz uśmiechnęła się pięknie, filuternie wręcz. Przecież może zapytać go, jak ma się sprawa z Knieją, co się dzieje w Ministerstwie i... Czy może nie zna kogoś, kto mógłby im pomóc mniej oficjalną drogą.