27.01.2025, 23:43 ✶
Czy miał z tym jakiś problem? Gdyby się zastanowił, pewnie mógłby jakiś wymyślić. Na poczekaniu wyciągnąć coś z dupy, byleby tylko mieć ostatnie słowo. Szczególnie w chwili takiej jak ta, gdy częściowo zaczął mu wracać dobry nastrój.
- Nie. Chyba tym razem ci uwierzę. W końcu jesteś ekspertem - nie wzruszył ramionami tylko dlatego, że to całe trząchanie głową i wcześniejsze wściekłe prace ogrodowe sprawiły, że jeszcze chwila i prawdopodobnie miał całkowicie paść na trawę tuż obok dziewczyny.
Dopiero siadając na ziemi tuż obok niej zdał sobie sprawę z przeforsowania. Z napiętych, choć całe szczęście nie drżących mięśni. Z palców, których nawet nie próbował obecnie zginąć. Z bólu w łydkach i z tyłu pleców. Już wcześniej poobijanych w wyniku ich pijackich wyskoków.
Czuł, że w tej chwili mógłby tak po prostu położyć się wśród wysokich źdźbeł, być może wsuwając sobie jedno między zęby. Przygarniając do siebie swoją dziewczynę, bo nawet jeśli teraz w dalszym ciągu było mu całkowicie ciepło, wiatr wkrótce miał to zmienić. A przecież dzień był zbyt ładny, aby chować się z tego powodu do domu, prawda?
Dostrzegł to już wcześniej. Może nie z samego rana, bowiem wtedy cierpiał z powodu kaca. Być może nie podczas wędrówki w Lesie Wisielców. Przez moment wtedy, kiedy wrócili do Whitby. Tak, wtedy na kilka chwil czuł się całkiem nieźle, miał naprawdę dobry humor i był skory do niewielkich ustępstw względem tego, czego miał nigdy nie robić.
Tyle tylko, że później niemal momentalnie tego pożałował. Zgodnie z tym, co sobie deklarowali, nie starał się dawać Yaxleyównie forów ani taryfy ulgowej, jednak kopiąc w ogródku zorientował się, że mimowolnie w dalszym ciągu to zrobił. Gdyby całkowicie oplótł ją wtedy jeżynami, nie zatrzymując ich w połowie łydek dziewczyny, być może miałby większe szanse powodzenia.
Nieświadomie popełnił błąd, pozwalając sobie na to, żeby się rozproszyć. Pierwszy, drugi, trzeci raz. Doskonale wiedział, że to był wyjątek potwierdzający regułę. W końcu był pewien, że Rina nigdy świadomie nie próbowałaby go skrzywdzić, że mógł jej zaufać, że to miał być jednorazowy wyskok. Pojedyńcze towarzyskie starcie, nic więcej. Nie był na nią w żaden sposób zły, bo to nie ona sprawiła, że sytuacja obróciła się w taki a nie inny sposób. On sam podejmował własne decyzje. To on odpowiadał za te nieudane zaklęcia, za wszystkie kolejne potknięcia.
To on był odpowiedzialny za to, co się stało. Za to, co działo się od tamtego czerwcowego późnego popołudnia. Kręcili się wokół siebie przez ponad dwa miesiące. Nieczęsto, raczej unikając kontaktu, jednak zdecydowanie częściej niż przez wszystkie wcześniejsze miesiące. Myślał o niej, o nich, o tym wszystkim, co w każdym innym życiu mogłoby być tak po prostu kolejnym idealnym końcem lata.
Spędzaniem długich godzin leżąc pośród wrzosów na wrzosowisku. Teraz we własnym ogródku, wystawiając twarze ku słońcu. Kolejny raz nie stroniąc od tego instynktownego poszukiwania dotyku. Nim się obejrzał, znalazł się tuż nad nią, chłonąc wzrokiem rumieniec na jej policzkach i błysk w oczach. W tej całej zieleni. W kolorach natury. W brązie, czerni i złocie piasku, czasami przyznawał sobie, że to ten rodzaj błękitu był jego ulubionym kolorem. Wcale nie głęboki odcień leśnego poszycia, tylko ten jasny niebieski poprzetykany dziesiątkami refleksów.
Gdyby tylko mogli znów być tacy.
Tacy jacy?
Tacy młodzi, beztroscy, zakochani? Pozbawieni wszelkich sztucznych barier? Pozwalający granicom zatrzeć się, jak wtedy sądzili - bezpowrotnie? Mając przed sobą świetlaną przyszłość, spoglądając na świat przez różowe okulary przeciwsłoneczne? Z niewielkim plecakiem, jedną torbą i masą przedmiotów pożyczonych z tego samego domu, którego bryłę mogli dostrzec kątem oka, gdyby tylko patrzyli na cokolwiek prócz siebie nawzajem.
Nie chciał odrywać od niej spojrzenia. W tej chwili ponownie się uśmiechając. Zupełnie tak, jakby wydarzenia sprzed chwili nigdy nie miały miejsca. Jak gdyby kolejny raz pozwolili sobie cofnąć się do beztroski tamtego pierwszego lata. Chłodnej wody, której krople skrzyły się dookoła nich, osiadając wszędzie, gdzie tylko sięgnęły jego mokre, pozlepiane kosmyki. Rzeczywiście całkiem daleko. Faktycznie nawet teraz, gdy pozwijały się od soli i wilgoci, może w istocie trochę nazbyt długie.
Ale żeby znowu nazywać go yetim? Nigdy żadnego nie widział, ale mógłby przysiąc, że to nie był komplement. Nawet, gdy wypowiadała go z uśmiechem na ustach i błogim wyrazem twarzy. Zaczepiała go, więc czego innego mogła po nim oczekiwać?
Oczywiście, że odpłacił się pięknym za nadobne, czując nie lada satysfakcję z tej gęsiej skórki, jaka pojawiła się na przedramionach Geraldine pod okryciem ze swetra i sposobu, w który dziewczyna wzdrygnęła się, gdy załaskotał ją włosami. Nic, co by teraz powiedziała, nie mogło zmienić tego, że przez krótki moment znów zachowywał się tak, jakby nie było nikogo i niczego poza nimi.
- Wiesz, co mówią o wielkich stopach - mruknął zaczepnie, ani myśląc kończyć to zdanie, bo w międzyczasie jego usta znalazły się niepokojąco blisko dekoltu Geraldine.
Centymetr lub dwa niżej i musnąłby wargami jej skórę, w tej chwili jednak wyłącznie omiatając ją ciepłym oddechem. Uśmiechnął się pod nosem, ukrywając to pod kurtyną wilgotnych włosów. Teraz już nie tak mokrych jak jeszcze kilka chwil wcześniej. Zdecydowanie wysuszył je tym całym potrząsaniem głową, resztę miały załatwić słońce i ten całkiem przyjemnie chłodny wiatr, który zawierał na nich między krzewami.
- Mam cię - to były nieoczekiwane słowa, cichy pomruk wyszeptany niemalże z jednoczesnym dotknięciem ustami fragmentu opalonej skóry tuż pod szyją dziewczyny. - Dałaś się złapać - zakomunikował, nie kryjąc triumfu w tym kolejnym burknięciu, które jej zaserwował.
Co teraz?
- Nie. Chyba tym razem ci uwierzę. W końcu jesteś ekspertem - nie wzruszył ramionami tylko dlatego, że to całe trząchanie głową i wcześniejsze wściekłe prace ogrodowe sprawiły, że jeszcze chwila i prawdopodobnie miał całkowicie paść na trawę tuż obok dziewczyny.
Dopiero siadając na ziemi tuż obok niej zdał sobie sprawę z przeforsowania. Z napiętych, choć całe szczęście nie drżących mięśni. Z palców, których nawet nie próbował obecnie zginąć. Z bólu w łydkach i z tyłu pleców. Już wcześniej poobijanych w wyniku ich pijackich wyskoków.
Czuł, że w tej chwili mógłby tak po prostu położyć się wśród wysokich źdźbeł, być może wsuwając sobie jedno między zęby. Przygarniając do siebie swoją dziewczynę, bo nawet jeśli teraz w dalszym ciągu było mu całkowicie ciepło, wiatr wkrótce miał to zmienić. A przecież dzień był zbyt ładny, aby chować się z tego powodu do domu, prawda?
Dostrzegł to już wcześniej. Może nie z samego rana, bowiem wtedy cierpiał z powodu kaca. Być może nie podczas wędrówki w Lesie Wisielców. Przez moment wtedy, kiedy wrócili do Whitby. Tak, wtedy na kilka chwil czuł się całkiem nieźle, miał naprawdę dobry humor i był skory do niewielkich ustępstw względem tego, czego miał nigdy nie robić.
Tyle tylko, że później niemal momentalnie tego pożałował. Zgodnie z tym, co sobie deklarowali, nie starał się dawać Yaxleyównie forów ani taryfy ulgowej, jednak kopiąc w ogródku zorientował się, że mimowolnie w dalszym ciągu to zrobił. Gdyby całkowicie oplótł ją wtedy jeżynami, nie zatrzymując ich w połowie łydek dziewczyny, być może miałby większe szanse powodzenia.
Nieświadomie popełnił błąd, pozwalając sobie na to, żeby się rozproszyć. Pierwszy, drugi, trzeci raz. Doskonale wiedział, że to był wyjątek potwierdzający regułę. W końcu był pewien, że Rina nigdy świadomie nie próbowałaby go skrzywdzić, że mógł jej zaufać, że to miał być jednorazowy wyskok. Pojedyńcze towarzyskie starcie, nic więcej. Nie był na nią w żaden sposób zły, bo to nie ona sprawiła, że sytuacja obróciła się w taki a nie inny sposób. On sam podejmował własne decyzje. To on odpowiadał za te nieudane zaklęcia, za wszystkie kolejne potknięcia.
To on był odpowiedzialny za to, co się stało. Za to, co działo się od tamtego czerwcowego późnego popołudnia. Kręcili się wokół siebie przez ponad dwa miesiące. Nieczęsto, raczej unikając kontaktu, jednak zdecydowanie częściej niż przez wszystkie wcześniejsze miesiące. Myślał o niej, o nich, o tym wszystkim, co w każdym innym życiu mogłoby być tak po prostu kolejnym idealnym końcem lata.
Spędzaniem długich godzin leżąc pośród wrzosów na wrzosowisku. Teraz we własnym ogródku, wystawiając twarze ku słońcu. Kolejny raz nie stroniąc od tego instynktownego poszukiwania dotyku. Nim się obejrzał, znalazł się tuż nad nią, chłonąc wzrokiem rumieniec na jej policzkach i błysk w oczach. W tej całej zieleni. W kolorach natury. W brązie, czerni i złocie piasku, czasami przyznawał sobie, że to ten rodzaj błękitu był jego ulubionym kolorem. Wcale nie głęboki odcień leśnego poszycia, tylko ten jasny niebieski poprzetykany dziesiątkami refleksów.
Gdyby tylko mogli znów być tacy.
Tacy jacy?
Tacy młodzi, beztroscy, zakochani? Pozbawieni wszelkich sztucznych barier? Pozwalający granicom zatrzeć się, jak wtedy sądzili - bezpowrotnie? Mając przed sobą świetlaną przyszłość, spoglądając na świat przez różowe okulary przeciwsłoneczne? Z niewielkim plecakiem, jedną torbą i masą przedmiotów pożyczonych z tego samego domu, którego bryłę mogli dostrzec kątem oka, gdyby tylko patrzyli na cokolwiek prócz siebie nawzajem.
Nie chciał odrywać od niej spojrzenia. W tej chwili ponownie się uśmiechając. Zupełnie tak, jakby wydarzenia sprzed chwili nigdy nie miały miejsca. Jak gdyby kolejny raz pozwolili sobie cofnąć się do beztroski tamtego pierwszego lata. Chłodnej wody, której krople skrzyły się dookoła nich, osiadając wszędzie, gdzie tylko sięgnęły jego mokre, pozlepiane kosmyki. Rzeczywiście całkiem daleko. Faktycznie nawet teraz, gdy pozwijały się od soli i wilgoci, może w istocie trochę nazbyt długie.
Ale żeby znowu nazywać go yetim? Nigdy żadnego nie widział, ale mógłby przysiąc, że to nie był komplement. Nawet, gdy wypowiadała go z uśmiechem na ustach i błogim wyrazem twarzy. Zaczepiała go, więc czego innego mogła po nim oczekiwać?
Oczywiście, że odpłacił się pięknym za nadobne, czując nie lada satysfakcję z tej gęsiej skórki, jaka pojawiła się na przedramionach Geraldine pod okryciem ze swetra i sposobu, w który dziewczyna wzdrygnęła się, gdy załaskotał ją włosami. Nic, co by teraz powiedziała, nie mogło zmienić tego, że przez krótki moment znów zachowywał się tak, jakby nie było nikogo i niczego poza nimi.
- Wiesz, co mówią o wielkich stopach - mruknął zaczepnie, ani myśląc kończyć to zdanie, bo w międzyczasie jego usta znalazły się niepokojąco blisko dekoltu Geraldine.
Centymetr lub dwa niżej i musnąłby wargami jej skórę, w tej chwili jednak wyłącznie omiatając ją ciepłym oddechem. Uśmiechnął się pod nosem, ukrywając to pod kurtyną wilgotnych włosów. Teraz już nie tak mokrych jak jeszcze kilka chwil wcześniej. Zdecydowanie wysuszył je tym całym potrząsaniem głową, resztę miały załatwić słońce i ten całkiem przyjemnie chłodny wiatr, który zawierał na nich między krzewami.
- Mam cię - to były nieoczekiwane słowa, cichy pomruk wyszeptany niemalże z jednoczesnym dotknięciem ustami fragmentu opalonej skóry tuż pod szyją dziewczyny. - Dałaś się złapać - zakomunikował, nie kryjąc triumfu w tym kolejnym burknięciu, które jej zaserwował.
Co teraz?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down