28.01.2023, 20:10 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.01.2023, 20:17 przez Castiel Flint.)
Nie zostało nic innego jak roześmiać się z tak kuriozalnej sytuacji. Nawalili przy banalnie prostej czynności wymagającej jedynie różdżki i odrobiny skupienia. Rozproszył się przez to, że od tygodnia nie przebywał wśród ludzi i zaczynał dziczeć. Stękał bowiem do jego mózgu docierało dużo bodźców, głównie związanych z dosyć solidną paniką układu nerwowego. Bolało, dużo bolało ale najbardziej głowa. Odnosił wrażenie, że to dwóch Julesów na nim leży - jeden przyłożył czołem w jego brodę a drugi łokciem w żebra. Stłumił parsknięcie bardziej czując niż widząc jak ten przykłada głową o nogę stołu próbując przy tym wstać. O Merlinie, zabija drugą osobę i to leżąc pod nią. Interesujące!
- Uff, to dobrze. Aleś ty ciężki. - tak sobie gawędzili bo nie mieli za bardzo sposobności aby się przemieścić. - Weź to włosy ze mnie. - łaskotały go po policzku i wpadały do ust kiedy tak się na nim wiercił. Mógłby już sobie spokojnie dogorywać bez tego zbędnego kręcenia się. To Castiel trzymał na sobie ten cały ciężar Juliena, połamanego stołu, drzazg, drewnianych nóg i zranionej męskiej dumy.
- Jules... ja rozumiem sytuację ale weź mnie nie macaj. - poprosił szeptem, mając nadzieję, że Brenna tego nie usłyszy. Kiedy ten zaczął się chichrać to Castiel w odwecie jęknął i aż podniósł rękę, łapiąc go za łokieć, odkrywając przy okazji, że kończyny ma wszystkie. Słysząc jednak słowa Brenny momentalnie na jego policzkach pojawiły się czerwone plamy, rozrastające się wartko do uszu i szyi. Tak zawstydzony jeszcze nigdy nie był... i to w miejscu publicznym! Może jeśli poprosi to nie będą wyciągać go spod tego stołu? Chętnie tu zostanie do momentu aż wszyscy sobie nie pójdą.
- Brenna. - syknął przez zaciśnięte zęby, mając nadzieję, że ta zrozumie tę nutę nagany w jego zbolałym głosie. Z dwojga złego cieszył się, że jeszcze go nie odkopano; ma chwilę czasu na względnie prywatne zawstydzanie się. Nie spodziewał się po Brennie takich słów... to było... aż brakowało mu na to określenia. Do jego uszu dobiegły inne różne głosy, pospieszne kroki i gdy tak przekręcił głowę by kasłać sobie w ramię to oczywiście zauważył winowajcę - stopy Nory Figg odziane w wysokei obcasy. Z tej perspektywy dostrzegał, że absolutnie nie zapadają się w miękkiej trawie. Jak ona to robi? Nosi takie śmiercionośne buty i jeszcze żyje...
- Ej, mam prośbę. - zawołał głośniej, zapewne wpędzając bębenki uszne Juliena we wstrząs. - Nie chcę wam przeszkadzać ale to wszystko leży NA MNIE. Mógłby ktoś pomóc Brenn zanim Julien wbije mi łokieć w wątrobę? - zapytał tak luźno, jakby naprawdę nie chciał im przeszkadzać. W końcu wzięli się do pracy i zaczynał widzieć więcej. Taktownie odwracał wzrok od nóg Nory Figg aby nie kusić losu. W okolicy było jeszcze dużo gałęzi, które mogły na nich spaść. Nie wiedział ile czasu minęło ale w końcu napór zelżał i ktoś zsunął z niego Juliena, a może sam go z siebie zrzucił na bok? Nie miał sił się podnieść, a więc leżał. O ile nic materialnego już go nie przygniatało, tak zawstydzenie nie pozwalało się oderwać tak łatwo od podłoża.
- Dzięki. - wymamrotał kiedy mógł się już ruszyć. Ręce miał usiane w drzazgach, jedna na drugiej. Na czole rósł ogromny guz a na potylicy sączyło się trochę krwi. Czerwono- blade lica i nieogarniający wzrok idealnie komponował się z tym obrazkiem rozpaczy. Parę wdechów później usiadł ale nie był pewien czy o własnych siłach czy ktoś przypadkowo nie pomógł mu wyprostować tułowia. Powiódł wzrokiem po zbiegowisku, nie potrafiąc odnaleźć spojrzeniem Brenny stojącej naprzeciwko.
- Oficjalnie wszystko jest w porządku, nieoficjalnie dałbym tak osiem i trzy czwarte. - odparł do głosu Longbottom i pomimo zawrotów głowy postanowił się podnieść; ledwie stanął o własnych nogach a zachwiał się, wpadając na Theona i przytrzymując się hojnie jego ramienia.
- Oj, przepraszam. Daj mi chwilę, zaraz przestanę widzieć podwójnie. - śmiał przypuszczać, że miał sporo szczęścia skoro nic nie miał złamanego. Fergus nigdy w życiu mu nie uwierzy w to, co się tutaj działo. Jeśli Theon go nie odepchnie to za parę minut powinien odzyskać zdolność utrzymania równowagi.
- Stół wybuchł nam w powietrzu. Bren, może rzuciłabyś okiem na resztę, jeśli coś z nich zostało... - miał nadzieję, że Julien poprze jego wersję wydarzeń. Nie mówił pełnej prawdy, przedstawiał tę, która ich najmniej obciążała w oczach zbiorowiska osób.
- Uff, to dobrze. Aleś ty ciężki. - tak sobie gawędzili bo nie mieli za bardzo sposobności aby się przemieścić. - Weź to włosy ze mnie. - łaskotały go po policzku i wpadały do ust kiedy tak się na nim wiercił. Mógłby już sobie spokojnie dogorywać bez tego zbędnego kręcenia się. To Castiel trzymał na sobie ten cały ciężar Juliena, połamanego stołu, drzazg, drewnianych nóg i zranionej męskiej dumy.
- Jules... ja rozumiem sytuację ale weź mnie nie macaj. - poprosił szeptem, mając nadzieję, że Brenna tego nie usłyszy. Kiedy ten zaczął się chichrać to Castiel w odwecie jęknął i aż podniósł rękę, łapiąc go za łokieć, odkrywając przy okazji, że kończyny ma wszystkie. Słysząc jednak słowa Brenny momentalnie na jego policzkach pojawiły się czerwone plamy, rozrastające się wartko do uszu i szyi. Tak zawstydzony jeszcze nigdy nie był... i to w miejscu publicznym! Może jeśli poprosi to nie będą wyciągać go spod tego stołu? Chętnie tu zostanie do momentu aż wszyscy sobie nie pójdą.
- Brenna. - syknął przez zaciśnięte zęby, mając nadzieję, że ta zrozumie tę nutę nagany w jego zbolałym głosie. Z dwojga złego cieszył się, że jeszcze go nie odkopano; ma chwilę czasu na względnie prywatne zawstydzanie się. Nie spodziewał się po Brennie takich słów... to było... aż brakowało mu na to określenia. Do jego uszu dobiegły inne różne głosy, pospieszne kroki i gdy tak przekręcił głowę by kasłać sobie w ramię to oczywiście zauważył winowajcę - stopy Nory Figg odziane w wysokei obcasy. Z tej perspektywy dostrzegał, że absolutnie nie zapadają się w miękkiej trawie. Jak ona to robi? Nosi takie śmiercionośne buty i jeszcze żyje...
- Ej, mam prośbę. - zawołał głośniej, zapewne wpędzając bębenki uszne Juliena we wstrząs. - Nie chcę wam przeszkadzać ale to wszystko leży NA MNIE. Mógłby ktoś pomóc Brenn zanim Julien wbije mi łokieć w wątrobę? - zapytał tak luźno, jakby naprawdę nie chciał im przeszkadzać. W końcu wzięli się do pracy i zaczynał widzieć więcej. Taktownie odwracał wzrok od nóg Nory Figg aby nie kusić losu. W okolicy było jeszcze dużo gałęzi, które mogły na nich spaść. Nie wiedział ile czasu minęło ale w końcu napór zelżał i ktoś zsunął z niego Juliena, a może sam go z siebie zrzucił na bok? Nie miał sił się podnieść, a więc leżał. O ile nic materialnego już go nie przygniatało, tak zawstydzenie nie pozwalało się oderwać tak łatwo od podłoża.
- Dzięki. - wymamrotał kiedy mógł się już ruszyć. Ręce miał usiane w drzazgach, jedna na drugiej. Na czole rósł ogromny guz a na potylicy sączyło się trochę krwi. Czerwono- blade lica i nieogarniający wzrok idealnie komponował się z tym obrazkiem rozpaczy. Parę wdechów później usiadł ale nie był pewien czy o własnych siłach czy ktoś przypadkowo nie pomógł mu wyprostować tułowia. Powiódł wzrokiem po zbiegowisku, nie potrafiąc odnaleźć spojrzeniem Brenny stojącej naprzeciwko.
- Oficjalnie wszystko jest w porządku, nieoficjalnie dałbym tak osiem i trzy czwarte. - odparł do głosu Longbottom i pomimo zawrotów głowy postanowił się podnieść; ledwie stanął o własnych nogach a zachwiał się, wpadając na Theona i przytrzymując się hojnie jego ramienia.
- Oj, przepraszam. Daj mi chwilę, zaraz przestanę widzieć podwójnie. - śmiał przypuszczać, że miał sporo szczęścia skoro nic nie miał złamanego. Fergus nigdy w życiu mu nie uwierzy w to, co się tutaj działo. Jeśli Theon go nie odepchnie to za parę minut powinien odzyskać zdolność utrzymania równowagi.
- Stół wybuchł nam w powietrzu. Bren, może rzuciłabyś okiem na resztę, jeśli coś z nich zostało... - miał nadzieję, że Julien poprze jego wersję wydarzeń. Nie mówił pełnej prawdy, przedstawiał tę, która ich najmniej obciążała w oczach zbiorowiska osób.