Skrzywił się, słysząc coraz to bardziej donośne odgłosy walki. Wydał z siebie przeciągłe westchnięcie. Wydawało mu się, że mignęła mu tam charakterystyczną barwę munduru Brygadzistów. Najwyższy czas. Ciekawe, ile się zbierali ze wkroczeniem do akcji. Kto wie, może nawet uda im się ująć parę osób, zanim się rozpierzchną po bocznych uliczkach lub dosłownie rozpłynął w powietrzu, aby po chwili zmaterializować się wiele kilometrów stąd?
— Ta. Z-zauważyłem — skomentował, prostując plecy w geście obronnym na niezbyt przyjemną odzywkę obcego mężczyzny. Nie odpowiedział na nią jednak ani też nie odwołał się do niej. Przerosła go ta sytuacja na wielu różnych poziomach, więc był w stanie zrozumieć, że ludzie reagowali różnie. — Najwyraźniej ktoś postanowił im pokazać, że t-to jednak nie jest ich miejsce. N-nic dziwnego, skoro nawet rząd n-n-nie wie, co z n-nimi zrobić.
Gdyby miał znaleźć dodatkowy powód wybuchu tych zamieszek, to pomijając brak odpowiednich zabezpieczeń Ministerstwa Magii i organizatorów marszu, wskazałby właśnie to; nieudolność ludzi u władzy. Brak określonego stanowiska. Trzymali w niepewności zwolenników dopuszczenia charłaków do magicznej społeczności, ale też tych, którzy chcieli zamknąć przed nimi podwoje świata czarodziejów. A to sprawiało, że obie grupy się radykalizowały, sądząc, że mają przyzwolenie na „udowodnienie” swoich racji. Coś tu, kurwa, nie zdało egzaminu, pomyślał, opierając głowę o ścianę.
— M-można tak powiedzieć. — Parsknął cicho na słowa Sauriela, idąc w jego ślady i zsuwając się na chodnik. Poniekąd cieszył się, że trafił na kogoś, kto jednak myślał chociaż trochę krytycznie i nie szukał dodatkowych wrażeń, gdy jeszcze dochodził do siebie z jednego odlotu po zastrzyku adrenaliny.
Jakakolwiek siła wyższa nie sprawowała nad nim pieczy, tak dzisiaj zdecydowanie się nie popisała, zmuszając go do tego, aby znalazł się dzisiaj w samym środku protestu. A przecież nawet nie był nim zainteresowany. Nie musiał widzieć go na własne oczy, nie chciał go doświadczać, a najchętniej o wszelkiego rodzaju rewelacjach dowiedziałby się z pierwszych stron gazet lub z radia. Wbił wzrok w paczkę papierosów.
— Palę — potwierdził szybkim skinieniem głowy. Nie należał do osób, które na wszelki wypadek noszą przy sobie paczkę fajek, ale zdarzało mu się po nie czasami sięgać, jeśli była ku temu okazja. Zazwyczaj przy okazji jakichś imprez lub spotkań towarzyskich, jednak biorąc pod uwagę okoliczności, nie miał zamiaru odmawiać oferty.
Jeśli Sauriel postanowił podzielić się z nim papierosem, Cameron przyjął go i odpalił za pomocą własnej różdżki, cedząc przez zęby odpowiednią inkantację. Wciągnął dym głęboko do płuc i przymknął na moment oczy, pozwalając, aby błogość rozlała się po jego ciele. Wiedział, że to poniekąd trucizna, ale przecież był młody. Szybko nie umrze. Chyba. Jeśli będzie miał szczęście.
— Jestem Cameron — wypalił nagle, puszczając strużkę dymu w kierunku, z którego przybyli. — Masz jakieś imię, czy wolisz, żebym mówił na Ciebie — Zmarszczył na moment brwi, próbując sobie przypomnieć dokładne określenie — Aniołem stróżem? T-tak trochę ocaliłeś mi dupę.