– Za mało w siebie wierzysz – to była jej diagnoza, chociaż był z niej żaden uzdrowiciel. Ale wystarczyło wykonać długie i uważne obserwacje i wtedy odpowiedzi same wskakiwały na miejsce. Wierzyła, że żeby zrywać tapetę, nie potrzeba było wpakować dużo siły w magię translokacji, ledwie drobne pociągnięcie, przecież ten klej nie mógł być aż tak mocny, chociaż ona przecież guzik się znała na remontach – za swój zapłaciła, po prostu brała udział w procesie decyzyjnym, a z magią wszystko można było bardzo przyspieszyć.
Jakie powinny być ściany? Victoria nie uważała się za jakiegoś wielkiego znawcę, chociaż już druga osoba prosiła ją o opinię odnośnie wnętrza. Ale to nie było takie trudne – rozejrzała się raz jeszcze, tym razem mrużąc odrobinę oczy, jakby to miało jej pomóc w procesie wyobrażania sobie różnych kolorów na ścianach, pasujących do ciemnego drewna na podłodze.
– Możesz pójść w brąz, dwie albo trzy ściany brązowe i jedna w ciepłym beżu, żeby to przełamać i nie było tak ciężko. Albo możesz spróbować taką głęboką zieleń, będzie się dobrze komponować z panelami. Kobalt albo czerwień też będą dobre, tylko nie zestawione ze sobą. Każdy z tych kolorów możesz łączyć z jakimś jaśniejszym brązem – nie była pewna, jakie kolory on by wolał, więc podała kilka opcji, które przyszły jej do głowy. – Albo fiolet, ale nie ostry, też będzie ładny – w zasadzie jako był jego ulubiony kolor? Pierwszym strzałem było, że czarny, bo to w czerń się ciągle ubierał, ale jedno z drugim mogło wcale nie iść w parze. – A jaki jest twój ulubiony kolor? – zapytała po chwili namysłu, bo… może to będzie najlepszy klucz. I moment na rozwianie tej chwilowej wątpliwości, która w niej narosła.
Uniosła wyżej brwi na to nagłe wyznanie – ach, więc jednak się teleportował. Jednak było wygodniej. Oczywiście, wiedziała, że będzie – nie wiedziała jak mogłaby żyć bez teleportacji, nawet jeśli nie była najprzyjemniejszym uczuciem na świecie. Ale do wszystkiego można się było przyzwyczaić. Sauriel też przywyknie. Na jej twarzy wykwitł uśmiech – i to był jedyny komentarz. Żadnego “a nie mówiłam?”.
– Liście dębu? Nic, zwiędłyby niedługo później. Dęby nie rosną z liści, tylko z żołędzi, które zrzucają – wytłumaczyła cierpliwie, nawet nie robiąc min na to, że w ogóle pomyślał, że drzewo może wyrosnąć z liścia. – To zwykły bluszcz, a nie żadna nekromantyczna pustynna mandragora – roześmiała się, pijąc do tego, co spotkało ją na jej pierwszym spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego na początku lipca. Nawet nie miała okazji mu o tym opowiedzieć, bo wtedy były te ich ciche dni po próbie samobójczej Sauriela, a dwa dni później ich zaręczyny zostały zerwane… i dopiero było cicho. – Sauriel junior – teraz już nie powstrzymała parsknięcia, ale grzecznie wzięła w ręce aparat, który sama mu kupiła i kazała mu się ładnie ustawić z tą roślinką. Wcześniej nigdy nie prosił jej o zdjęcie, więc można to było uznać za kolejny mały sukces. Odsunęła się, żeby ich razem dobrze złapać w kadrze i pokazać jak najmniej rudery... – Może usiądź – na kanapie – to chociaż ona będzie w jakimś centrum i zajmie większość zdjęcia. – Iiii… – nie zamierzała odliczać. Po prostu cyknęła to zdjęcie, gdy uznała, że to odpowiedni moment i za chwilę zostało wyplute przez aparat. Nie rozumiała jak mugole mogli żyć z tymi swoimi statycznymi zdjęciami. – Nooo! Mówiłam że do siebie pasujecie – odparła, złapawszy zdjęcie.