28.01.2025, 15:37 ✶
Parsknął pod nosem, potrząsając głową i posyłając Geraldine niedowierzające spojrzenie.
- Od kiedy hołdujesz ostrożności? - Spytał niemalże od razu, kolejny raz prychając pod nosem.
No nie, jakoś tego nie widział. Te słowa, ta zgodność nie pasowała ani do niej, ani do niego.
Byli swobodni, jakby na chwilę zapomnieli o przeszłości i problemach, które ich dzieliły. Opierając się na rękach, czuł miękką trawę pod dłońmi. Jego spojrzenie wędrowało po twarzy ukochanej. Jej oczy błyszczały, odbijając błękit ostatnich dni letniego nieba. Nadchodziła jesień. Długa i ciemna, deszczowa, samotna.
Wiedział, że ta chwila mogła być ich ostatnią. Nie wyznaczyli sobie tej granicy, nie ustalili, ile czasu zamierzali jeszcze spędzić w Piaskownicy, jednak Ambroise podświadomie wiedział, że im dłużej tu pozostawali, tym ciężej miało być im powrócić do rzeczywistości. A przecież musieli to zrobić.
Nawet jeśli w tym momencie było dobrze, lato miało odejść. Już wkrótce musiała zastąpić je jesienna szarówka, ponura nowa normalność. Nie mogli pozostać tu zawieszeni w tej chwili.
Więc chciał, by była wyjątkowa, by na zawsze została w ich pamięci, choć wciąż miał wrażenie, że to, co robią, nie jest do końca właściwe. Nic, co działo się między nimi od ostatnich już niemalże dwóch lat nie było słuszne. Nie tak powinni spędzać życie. Chciał móc cieszyć się tymi błogimi godzinami przez wszystkie kolejne lata, do usranej śmierci, ale w głębi duszy wiedział, że to niemożliwe.
Nachylał się coraz bardziej, jego długie włosy smagały jej delikatny dekolt. Sunął wargami po miękkiej skórze Riny. Raz, drugi, trzeci... ...zasypał ją deszczem niewielkich, zaczepnych pocałunków mających wywołać u niej jeszcze wyraźniejszy rumieniec. W końcu to mu zarzucała, prawda? Całkiem słusznie. Lubił patrzeć na jej zaróżowione policzki i plamy pąsu na dekolcie.
Dzięki temu mógł poddać się temu, co ich teraz łączyło. Przypominał sobie jak kiedyś spędzali tu dni, odkrywając siebie nawzajem. Tamto wczesne lato... ...cztery dni pełne obietnic i marzeń, wróciło do niego z tak zaskakującą siłą, że nie potrafił oprzeć się własnym pragnieniom. Tym bardziej, że ona też tego chciała.
- No nie wiem? Nie widzi mi się osobiste badanie tego tematu? - Zamrugał raz czy dwa, wykrzywiając wargi w znaczącym uśmiechu i uderzając językiem o podniebienie. - Czasami odnosiłem wrażenie, że Thomas może wiedzieć o tym ciut więcej. Albo twój jakże uroczy przyjaciel, on na pewno jest cieplutki. Mięciutka, cieplutka... ...kluseczka - tak, nie był zbyt poważny, ale czego można było oczekiwać po niewychowanym Yetim, nie?
Zaraz zresztą całkowicie olał temat. Zupełnie tak jak ich miękki znajomek ewidentnie przez większość czasu chciał olać ich. Roise nie zamierzał poświęcać mu już jakiejkolwiek myśli. Wystarczyło, że rzucił temat, jednocześnie kolejny raz obdarzając dziewczynę mrukliwym burknięciem i potrząsając głową.
- Mhm - tak, zdecydowanie wyrażał aprobatę wobec planu badawczego.
Lgnęli ku sobie. To było tak samo słuszne jak i posrane. Szczególnie że pojawili się tutaj zaledwie kilka minut po jednym z najbardziej traumatycznych momentów, jakie prawdopodobnie już na zawsze miały wyryć się w umyśle Greengrassa. Wtedy w tamtej jaskini nie obawiał się o siebie. Nie bał się o własne życie, paradoksalnie nawet w momencie, w którym doppleganger wyciągnął ku niemu swoje macki. Bał się o nią. O Geraldine. Nie chciał jej stracić... ...miał ją stracić. Momentami czuł się tak, jakby kolejny raz musiał podejmować tamtą decyzję.
Teraz po półtora roku osobno znajdowali się tuż obok siebie. Zawieszeni w tej samej chwili, próbując dać sobie szansę na pożegnanie się we właściwy sposób. Jednak to, co się działo nie przypominało pożegnania. Nachylał się nad nią, zamykając ją w potrzasku. Nie przestawał jej zaczepiać. Jego wilgotne kosmyki muskały jej zaróżowiony dekolt, wargi ogarniały go ciepłym oddechem. Nie spieszył się. To były delikatne pieszczoty. Takie, które wywoływały dreszcze na jej skórze.
Zamknął oczy na chwilę, czując jak jego dłonie bezwiednie powoli przesuwają się wzdłuż ciała dziewczyny, zaczynając podwijać jej długą letnią sukienkę. Wspomnienia wracały jak fala, nie potrafił się im oprzeć. Kiedyś robili to wiele razy, całkowicie pewni, że tak będzie już zawsze. Na zawsze. Spędzali czas w ogrodzie, na plaży. Tamtego lata i każdego następnego poznając się od każdej strony, budując dom, wspólną przyszłość.
Teraz po półtora roku osobno znów odnajdowali się w tej samej przestrzeni, w tym samym ogrodzie, gdzie wszystko się zaczęło. Podwijał sukienkę Geraldine, jego dłonie przesuwały się wzdłuż jej ciała. Znowu czuli się młodzi i wolni. Każdy pocałunek, każdy dotyk sprawiał, że zapominali o wszystkim innym. To była ich chwila, ich świat.
A jednak kiedy usłyszał jej słowa, jego serce na moment zamarło. Nie chciał spierdolić tego, co między nimi istniało. Nie chciał myśleć o tym, że to było tylko złudzenie, chwila wyrwana przeszłości. Tak samo jak o przyszłości, w której nie mieli już budzić się obok siebie. Leżeć plackiem w ogrodzie, patrząc na siebie nawzajem zamiast w niebo. Kąpać się w lodowatym morzu, rzucając sobie kolejne wyzwania tylko po to, aby porzucić je w połowie drogi, obejmując się ramionami. Będąc blisko, naprawdę blisko. Nie tylko cieleśnie, lecz także mentalnie.
Wcale nie pragnął wracać do tego jak wyglądało ich, jego życie przed czerwcem tego roku. Każde spotkanie, urodziny Fabiana, nieprzewidziane okoliczności towarzyskie tylko pogłębiały jego frustrację. Nie chciał, by ich interakcje stawały się coraz rzadsze, coraz bardziej obce aż do momentu, w którym zaczęłaby układać sobie życie w sposób, w którym nie byłoby już dla niego żadnego miejsca, żadnej nadziei. Tak jak wtedy, gdy mylnie założył, że plotki o niej i Longbottomie były prawdą. Chciał widzieć ją szczęśliwą, ale nie przy kimś innym. Był egoistą, wiedział o tym, ale pragnienie bycia jedynym mężczyzną, na którego patrzyła w ten sposób było silniejsze od rozsądku.
Zamknął oczy na moment, próbując znaleźć w sobie spokój, a gdy je otworzył, spojrzał na nią z determinacją. Kiwnął głową. Nie zamierzał się wycofywać. Zwłaszcza teraz, gdy usta Yaxleyówny były tak blisko, że miał ochotę złączyć je z własnymi. W tej chwili nie było miejsca na racjonalne myślenie. Chciał cieszyć się tym, co mieli. Niezależnie od konsekwencji.
- Odważnie, podoba mi się to - odmruknął na te słowa, porzucając jakiekolwiek zawahanie, nawet jeśli jednocześnie zatrzymał się na moment, gdy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały.
W jej oczach widział to samo pragnienie, które go wypełniało. Nie potrzebowali słów, by zrozumieć, co się dzieje. W tej chwili byli tylko dla siebie a świat na zewnątrz przestał istnieć. Wiedział, że to, co robił było nieodpowiednie, ale nie potrafił się powstrzymać. Chciał zapomnieć o wszystkim, co ich dzieliło. Chciał, by ta chwila była tylko ich, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Zatracił się w tym, co działo się między nimi. Tego chcieli, prawda?
Zdecydowanym ruchem podciągnął jej sukienkę jeszcze wyżej, jego dłonie znalazły się na jej nogach. Jednocześnie przesunął się po trawie, by znaleźć się już nie częściowo obok a całkowicie nad Geraldine. Oparł się na niej, obejmując dłońmi odsłonięte kolana. Usta Ambroisa znów znalazły się blisko jej skóry, jeszcze przez chwilę składając tamte drobne muśnięcia w okolicach szyi dziewczyny.
Powoli, bardzo powoli, niespiesznie skierował pocałunki niżej. Przez odsłonięty fragment skóry między jej piersiami, po materiale sukienki, odrywając się wyłącznie na tak długo, ile zajęło mu wkradnięcie się pod podwinięty dół letniej kreacji. Uniósł kąciki ust, nie mogąc powstrzymać się przed tamtym teatralnym, dramatycznym burknięciem, szczególnie wtedy, gdy poczuł dreszcz przebiegający przez ciało ukochanej.
To wystarczyło, by zanurzył się pod sukienką, pochylając się, by przenieść pocałunki w okolice pępka Yaxleyówny. Zaczął przesuwać wargami wzdłuż jej brzucha, z każdym muśnięciem przenosząc się coraz niżej. Chciał dać się ponieść, zapomnieć o wszystkim innym. Jej zapach, jej ciepło, wszystko to sprawiało, że zapominał o świecie zewnętrznym.
Jego dotyk był delikatny, ale zdecydowany zaś smagnięcia włosów - niereformowalnie łaskoczące. Muskał jej brzuch, wodząc po nim językiem, coraz bardziej się zniżając. Pragnął, by ta chwila trwała wiecznie. To była ich chwila, moment, w którym mogli być sobą. Ludźmi sprzed lat. Chciał tylko czerpać z tej intymności, z tej namiętności, która ich łączyła.
Zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia. Tak, nadal czuł, że ta chwila mogła być ich ostatnią, ale nie potrafił się tym przejmować. Tak, nadal wiedział, że prędzej czy później czekała ich trudna rozmowa, jednak w tym momencie nie chciał myśleć o niczym innym niż to, co się działo. Na razie skupiał się na tym, co było tu i teraz.
- Od kiedy hołdujesz ostrożności? - Spytał niemalże od razu, kolejny raz prychając pod nosem.
No nie, jakoś tego nie widział. Te słowa, ta zgodność nie pasowała ani do niej, ani do niego.
Byli swobodni, jakby na chwilę zapomnieli o przeszłości i problemach, które ich dzieliły. Opierając się na rękach, czuł miękką trawę pod dłońmi. Jego spojrzenie wędrowało po twarzy ukochanej. Jej oczy błyszczały, odbijając błękit ostatnich dni letniego nieba. Nadchodziła jesień. Długa i ciemna, deszczowa, samotna.
Wiedział, że ta chwila mogła być ich ostatnią. Nie wyznaczyli sobie tej granicy, nie ustalili, ile czasu zamierzali jeszcze spędzić w Piaskownicy, jednak Ambroise podświadomie wiedział, że im dłużej tu pozostawali, tym ciężej miało być im powrócić do rzeczywistości. A przecież musieli to zrobić.
Nawet jeśli w tym momencie było dobrze, lato miało odejść. Już wkrótce musiała zastąpić je jesienna szarówka, ponura nowa normalność. Nie mogli pozostać tu zawieszeni w tej chwili.
Więc chciał, by była wyjątkowa, by na zawsze została w ich pamięci, choć wciąż miał wrażenie, że to, co robią, nie jest do końca właściwe. Nic, co działo się między nimi od ostatnich już niemalże dwóch lat nie było słuszne. Nie tak powinni spędzać życie. Chciał móc cieszyć się tymi błogimi godzinami przez wszystkie kolejne lata, do usranej śmierci, ale w głębi duszy wiedział, że to niemożliwe.
Nachylał się coraz bardziej, jego długie włosy smagały jej delikatny dekolt. Sunął wargami po miękkiej skórze Riny. Raz, drugi, trzeci... ...zasypał ją deszczem niewielkich, zaczepnych pocałunków mających wywołać u niej jeszcze wyraźniejszy rumieniec. W końcu to mu zarzucała, prawda? Całkiem słusznie. Lubił patrzeć na jej zaróżowione policzki i plamy pąsu na dekolcie.
Dzięki temu mógł poddać się temu, co ich teraz łączyło. Przypominał sobie jak kiedyś spędzali tu dni, odkrywając siebie nawzajem. Tamto wczesne lato... ...cztery dni pełne obietnic i marzeń, wróciło do niego z tak zaskakującą siłą, że nie potrafił oprzeć się własnym pragnieniom. Tym bardziej, że ona też tego chciała.
- No nie wiem? Nie widzi mi się osobiste badanie tego tematu? - Zamrugał raz czy dwa, wykrzywiając wargi w znaczącym uśmiechu i uderzając językiem o podniebienie. - Czasami odnosiłem wrażenie, że Thomas może wiedzieć o tym ciut więcej. Albo twój jakże uroczy przyjaciel, on na pewno jest cieplutki. Mięciutka, cieplutka... ...kluseczka - tak, nie był zbyt poważny, ale czego można było oczekiwać po niewychowanym Yetim, nie?
Zaraz zresztą całkowicie olał temat. Zupełnie tak jak ich miękki znajomek ewidentnie przez większość czasu chciał olać ich. Roise nie zamierzał poświęcać mu już jakiejkolwiek myśli. Wystarczyło, że rzucił temat, jednocześnie kolejny raz obdarzając dziewczynę mrukliwym burknięciem i potrząsając głową.
- Mhm - tak, zdecydowanie wyrażał aprobatę wobec planu badawczego.
Lgnęli ku sobie. To było tak samo słuszne jak i posrane. Szczególnie że pojawili się tutaj zaledwie kilka minut po jednym z najbardziej traumatycznych momentów, jakie prawdopodobnie już na zawsze miały wyryć się w umyśle Greengrassa. Wtedy w tamtej jaskini nie obawiał się o siebie. Nie bał się o własne życie, paradoksalnie nawet w momencie, w którym doppleganger wyciągnął ku niemu swoje macki. Bał się o nią. O Geraldine. Nie chciał jej stracić... ...miał ją stracić. Momentami czuł się tak, jakby kolejny raz musiał podejmować tamtą decyzję.
Teraz po półtora roku osobno znajdowali się tuż obok siebie. Zawieszeni w tej samej chwili, próbując dać sobie szansę na pożegnanie się we właściwy sposób. Jednak to, co się działo nie przypominało pożegnania. Nachylał się nad nią, zamykając ją w potrzasku. Nie przestawał jej zaczepiać. Jego wilgotne kosmyki muskały jej zaróżowiony dekolt, wargi ogarniały go ciepłym oddechem. Nie spieszył się. To były delikatne pieszczoty. Takie, które wywoływały dreszcze na jej skórze.
Zamknął oczy na chwilę, czując jak jego dłonie bezwiednie powoli przesuwają się wzdłuż ciała dziewczyny, zaczynając podwijać jej długą letnią sukienkę. Wspomnienia wracały jak fala, nie potrafił się im oprzeć. Kiedyś robili to wiele razy, całkowicie pewni, że tak będzie już zawsze. Na zawsze. Spędzali czas w ogrodzie, na plaży. Tamtego lata i każdego następnego poznając się od każdej strony, budując dom, wspólną przyszłość.
Teraz po półtora roku osobno znów odnajdowali się w tej samej przestrzeni, w tym samym ogrodzie, gdzie wszystko się zaczęło. Podwijał sukienkę Geraldine, jego dłonie przesuwały się wzdłuż jej ciała. Znowu czuli się młodzi i wolni. Każdy pocałunek, każdy dotyk sprawiał, że zapominali o wszystkim innym. To była ich chwila, ich świat.
A jednak kiedy usłyszał jej słowa, jego serce na moment zamarło. Nie chciał spierdolić tego, co między nimi istniało. Nie chciał myśleć o tym, że to było tylko złudzenie, chwila wyrwana przeszłości. Tak samo jak o przyszłości, w której nie mieli już budzić się obok siebie. Leżeć plackiem w ogrodzie, patrząc na siebie nawzajem zamiast w niebo. Kąpać się w lodowatym morzu, rzucając sobie kolejne wyzwania tylko po to, aby porzucić je w połowie drogi, obejmując się ramionami. Będąc blisko, naprawdę blisko. Nie tylko cieleśnie, lecz także mentalnie.
Wcale nie pragnął wracać do tego jak wyglądało ich, jego życie przed czerwcem tego roku. Każde spotkanie, urodziny Fabiana, nieprzewidziane okoliczności towarzyskie tylko pogłębiały jego frustrację. Nie chciał, by ich interakcje stawały się coraz rzadsze, coraz bardziej obce aż do momentu, w którym zaczęłaby układać sobie życie w sposób, w którym nie byłoby już dla niego żadnego miejsca, żadnej nadziei. Tak jak wtedy, gdy mylnie założył, że plotki o niej i Longbottomie były prawdą. Chciał widzieć ją szczęśliwą, ale nie przy kimś innym. Był egoistą, wiedział o tym, ale pragnienie bycia jedynym mężczyzną, na którego patrzyła w ten sposób było silniejsze od rozsądku.
Zamknął oczy na moment, próbując znaleźć w sobie spokój, a gdy je otworzył, spojrzał na nią z determinacją. Kiwnął głową. Nie zamierzał się wycofywać. Zwłaszcza teraz, gdy usta Yaxleyówny były tak blisko, że miał ochotę złączyć je z własnymi. W tej chwili nie było miejsca na racjonalne myślenie. Chciał cieszyć się tym, co mieli. Niezależnie od konsekwencji.
- Odważnie, podoba mi się to - odmruknął na te słowa, porzucając jakiekolwiek zawahanie, nawet jeśli jednocześnie zatrzymał się na moment, gdy ich spojrzenia ponownie się skrzyżowały.
W jej oczach widział to samo pragnienie, które go wypełniało. Nie potrzebowali słów, by zrozumieć, co się dzieje. W tej chwili byli tylko dla siebie a świat na zewnątrz przestał istnieć. Wiedział, że to, co robił było nieodpowiednie, ale nie potrafił się powstrzymać. Chciał zapomnieć o wszystkim, co ich dzieliło. Chciał, by ta chwila była tylko ich, niezależnie od tego, co przyniesie przyszłość. Zatracił się w tym, co działo się między nimi. Tego chcieli, prawda?
Zdecydowanym ruchem podciągnął jej sukienkę jeszcze wyżej, jego dłonie znalazły się na jej nogach. Jednocześnie przesunął się po trawie, by znaleźć się już nie częściowo obok a całkowicie nad Geraldine. Oparł się na niej, obejmując dłońmi odsłonięte kolana. Usta Ambroisa znów znalazły się blisko jej skóry, jeszcze przez chwilę składając tamte drobne muśnięcia w okolicach szyi dziewczyny.
Powoli, bardzo powoli, niespiesznie skierował pocałunki niżej. Przez odsłonięty fragment skóry między jej piersiami, po materiale sukienki, odrywając się wyłącznie na tak długo, ile zajęło mu wkradnięcie się pod podwinięty dół letniej kreacji. Uniósł kąciki ust, nie mogąc powstrzymać się przed tamtym teatralnym, dramatycznym burknięciem, szczególnie wtedy, gdy poczuł dreszcz przebiegający przez ciało ukochanej.
To wystarczyło, by zanurzył się pod sukienką, pochylając się, by przenieść pocałunki w okolice pępka Yaxleyówny. Zaczął przesuwać wargami wzdłuż jej brzucha, z każdym muśnięciem przenosząc się coraz niżej. Chciał dać się ponieść, zapomnieć o wszystkim innym. Jej zapach, jej ciepło, wszystko to sprawiało, że zapominał o świecie zewnętrznym.
Jego dotyk był delikatny, ale zdecydowany zaś smagnięcia włosów - niereformowalnie łaskoczące. Muskał jej brzuch, wodząc po nim językiem, coraz bardziej się zniżając. Pragnął, by ta chwila trwała wiecznie. To była ich chwila, moment, w którym mogli być sobą. Ludźmi sprzed lat. Chciał tylko czerpać z tej intymności, z tej namiętności, która ich łączyła.
Zamknął oczy, pozwalając sobie na chwilę zapomnienia. Tak, nadal czuł, że ta chwila mogła być ich ostatnią, ale nie potrafił się tym przejmować. Tak, nadal wiedział, że prędzej czy później czekała ich trudna rozmowa, jednak w tym momencie nie chciał myśleć o niczym innym niż to, co się działo. Na razie skupiał się na tym, co było tu i teraz.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down