28.01.2025, 17:15 ✶
Mimo że było zarówno przed sezonem, jak i po nim (idealnie pomiędzy mroźną zimą idealną na narty a słonecznym latem zapraszającym do długich górskich wędrówek) to w ten ciepły kwietniowy dzień Szczyrk dosłownie tętnił życiem. Miejscowość, w której się znaleźli nie była jeszcze znana z bycia górskim kurortem. Dopiero za kilka lat miała zyskać prawa miejskie, rozwijając się do takiego stopnia, aby przyciągać rzesze turystów spragnionych wypoczynku w otoczeniu malowniczych Beskidów. Obecnie wciąż jeszcze dało się w niej odczuć ten małomiasteczkowy, lekko wiejski klimat tak typowy dla mniej zaludnionych terenów w pobliżu gór ciągnących się na horyzoncie.
Tych, w które niechybnie zamierzali udać się za dzień czy dwa, aby spędzić znaczną część urlopu biwakując pośród dzikiej natury. Odkrywając kolejne miejsca, polując na lokalne magiczne stworzenia (choć w przypadku Ambroisa było to raczej niedomówienie - on nie miał w planach faktycznego rozwijania nieistniejących łowieckich zapędów) czy przyglądając się florze nieznanej na Wyspach Brytyjskich (tak, to już była jego działka). Obecnie wciąż jednak kręcili się po bardziej zamieszkanej okolicy, kompletując resztę przedmiotów przydatnych w głuszy.
Nic więc dziwnego, że prędzej czy później wręcz musieli (tak, abstrahując od tego, że nic nie musieli) znaleźć się na lokalnym targu organizowanym tu dwa razy w miesiącu. W miejscu, w którym panował naprawdę swojski klimat a upływ czasu zdawał się nie istnieć.
Było gorąco i duszno. Na horyzoncie zbierały się coraz ciemniejsze chmury sygnalizujące nadchodzącą burzę, ale w tym momencie to miejsce jeszcze w dalszym ciągu tętniło życiem.
Przekupki z nosami czerwonymi od słońca i rękami pełnymi towaru głośno wołały do przechodniów, zachwalając swoje produkty i usilnie próbując wykosić konkurencję, raz na jakiś czas wdając się w kłótnię między sobą. Od kolorowych chust na głowach po tradycyjne haftowane bluzki przyciągające wzrok kolorami i misternymi wzorami, każda z kobiet miała swój styl niemalże idealnie wpisujący się w górski krajobraz. Ich krzykliwe głosy przeplatały się z nawoływaniami mniej ekspresyjnych sprzedawców, którzy starali się przyciągnąć klientów do swoich stoisk, ale niemalże za każdym razem zostawali przekrzykiwani.
Kolorowe stragany pełne różnorodnych przedmiotów przyciągały wzrok. Ludzie kręcili się wokół nich, przystawali przy stoiskach, rozmawiali, targowali się z mniejszym lub większym powodzeniem. Oferowane przedmioty były różnorodne. Na straganach można było znaleźć dosłownie wszystko. Od starych garnków przez wyroby z drewna, lokalne wędliny i przetwory, odzież z minionych lat, złotą i złotą biżuterię, kasety z muzyką, po wydmuszki wielkanocne.
W powietrzu unosiła się nuta nadciągającego deszczu, zapach smażonych pierogów i świeżo pieczonego chleba, woń kwaśnej kawy i bardzo charakterystyczny smród tanich papierosów przemycanych przez granicę w iście hurtowych ilościach. Tych znajdujących się teraz pod drewnianymi stołami przykrytymi ceratami i mniej nielegalnymi towarami.
- Pasuje do ciebie - odezwał się na tyle głośno, by dźwięk jego głosu przebił się przez otaczający ich hałas.
Miał na myśli niebieską chustkę w kwiatowo-ludowe wzory spoczywającą na ramionach jego dziewczyny. Tę, którą teraz poprawił wolną ręką, przystając na chwilę w miejscu i niespiesznie przesuwając przy tym opuszkami po obojczykach Geraldine. Posyłając dziewczynie szeroki uśmiech i kolejny raz rozglądając się po okolicy.
Drugą ręką w dalszym ciągu trzymał lewą dłoń Yaxleyówny, nie chcąc zgubić jej w tłumie. Nawet jeśli oboje bez problemu szybko by się odnaleźli, ani myślał jej puścić. Ich palce były splecione a Ambroise odczuwał przyjemność płynącą z tego prostego gestu. Miał doskonały humor.
Tych, w które niechybnie zamierzali udać się za dzień czy dwa, aby spędzić znaczną część urlopu biwakując pośród dzikiej natury. Odkrywając kolejne miejsca, polując na lokalne magiczne stworzenia (choć w przypadku Ambroisa było to raczej niedomówienie - on nie miał w planach faktycznego rozwijania nieistniejących łowieckich zapędów) czy przyglądając się florze nieznanej na Wyspach Brytyjskich (tak, to już była jego działka). Obecnie wciąż jednak kręcili się po bardziej zamieszkanej okolicy, kompletując resztę przedmiotów przydatnych w głuszy.
Nic więc dziwnego, że prędzej czy później wręcz musieli (tak, abstrahując od tego, że nic nie musieli) znaleźć się na lokalnym targu organizowanym tu dwa razy w miesiącu. W miejscu, w którym panował naprawdę swojski klimat a upływ czasu zdawał się nie istnieć.
Było gorąco i duszno. Na horyzoncie zbierały się coraz ciemniejsze chmury sygnalizujące nadchodzącą burzę, ale w tym momencie to miejsce jeszcze w dalszym ciągu tętniło życiem.
Przekupki z nosami czerwonymi od słońca i rękami pełnymi towaru głośno wołały do przechodniów, zachwalając swoje produkty i usilnie próbując wykosić konkurencję, raz na jakiś czas wdając się w kłótnię między sobą. Od kolorowych chust na głowach po tradycyjne haftowane bluzki przyciągające wzrok kolorami i misternymi wzorami, każda z kobiet miała swój styl niemalże idealnie wpisujący się w górski krajobraz. Ich krzykliwe głosy przeplatały się z nawoływaniami mniej ekspresyjnych sprzedawców, którzy starali się przyciągnąć klientów do swoich stoisk, ale niemalże za każdym razem zostawali przekrzykiwani.
Kolorowe stragany pełne różnorodnych przedmiotów przyciągały wzrok. Ludzie kręcili się wokół nich, przystawali przy stoiskach, rozmawiali, targowali się z mniejszym lub większym powodzeniem. Oferowane przedmioty były różnorodne. Na straganach można było znaleźć dosłownie wszystko. Od starych garnków przez wyroby z drewna, lokalne wędliny i przetwory, odzież z minionych lat, złotą i złotą biżuterię, kasety z muzyką, po wydmuszki wielkanocne.
W powietrzu unosiła się nuta nadciągającego deszczu, zapach smażonych pierogów i świeżo pieczonego chleba, woń kwaśnej kawy i bardzo charakterystyczny smród tanich papierosów przemycanych przez granicę w iście hurtowych ilościach. Tych znajdujących się teraz pod drewnianymi stołami przykrytymi ceratami i mniej nielegalnymi towarami.
- Pasuje do ciebie - odezwał się na tyle głośno, by dźwięk jego głosu przebił się przez otaczający ich hałas.
Miał na myśli niebieską chustkę w kwiatowo-ludowe wzory spoczywającą na ramionach jego dziewczyny. Tę, którą teraz poprawił wolną ręką, przystając na chwilę w miejscu i niespiesznie przesuwając przy tym opuszkami po obojczykach Geraldine. Posyłając dziewczynie szeroki uśmiech i kolejny raz rozglądając się po okolicy.
Drugą ręką w dalszym ciągu trzymał lewą dłoń Yaxleyówny, nie chcąc zgubić jej w tłumie. Nawet jeśli oboje bez problemu szybko by się odnaleźli, ani myślał jej puścić. Ich palce były splecione a Ambroise odczuwał przyjemność płynącą z tego prostego gestu. Miał doskonały humor.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down