Dla niej sięgnięcie po magię było naturalne jak oddychanie. Była nią otoczona od zawsze, jako dziecko oglądała, jak używa jej ojciec, matka, ciotki i wujkowie, a nawet skrzaty w ich rodzinnym domu. Nie sięgnięcie po nią w pierwszej kolejności wydawało się być takie… Jakby brakowało jej ręki – była jej przedłużeniem, kolejną częścią ciała, którą miała od urodzenia, nawet jeśli jako dziecko z magii nie korzystała, a przynajmniej nie świadomie. Bo oczywiście przejawiała jakieś tam magiczne zdolności, pamiętała, że jej rodzice bardzo się cieszyli, kiedy wszystkie jabłka w sadzie spadły na ziemię, a szkło w drzwiach tarasowych zbiło się w momencie, kiedy zaczęła płakać.
Nie dało się zaprzeczyć, że mieli różne spojrzenia na świat, bo i różne odebrali wychowanie, różne mieli też doświadczenia. Victoria nie uważała się za optymistkę, a tam gdzie za taką uważał ją Sauriel… Cóż, kto tu był optymistą? To on nie przyjmował do wiadomości, że umiera, że jej czas może być policzony tylko dlatego, że zupełnie nieświadomie weszła do Limbo. To ona wtedy widziała świat i życie w czarnych barwach, a nie on. Tam, gdzie jej brakowało sił – był Sauriel. Tam, gdzie jemu ich brakowało – była ona. Może i czasami trudno było o zrozumienie, ale starali się i szło to coraz lepiej.
– Nie, odpada – odparła od razu i machnęła ręką, kiedy tak rzucił, że się porzyga od żółtego pokoju. Żółty był… Zaskoczeniem. Ale może nie aż tak wielkim? Kiedy była w żółtej sukience, to jakby patrzył na nią częściej niż zazwyczaj. W żółtej sukience, której nie umiała ściągnąć. – Chociaż… wiesz, jakby taki miodowy użyć jako akcentu gdzieś, ale absolutnie nie cały pokój ani ścianę – czarnego to nie brała nawet po uwagę, nie nadawało się to na ściany, a już zwłaszcza nie w takim domu. – Fioletowy? Absolutnie – czemu miał być niby pedalski? Nie musiała jednak długo czekać na odpowiedź, bo jej ciekawość Sauriel zaspokoił bardzo szybko, co spotkało się z jej uniesioną brwią. – Myślisz chyba o purpurze, a ja o czymś mniej… intensywnym, w bardziej chłodnym odcieniu. Pasowałby do drewna. A jak ty to widzisz? Może faktycznie pójdź w te brązy, będą bardziej neutralne i łatwiej będzie dopasować wszystko inne – u niej też były brązy… ale mogły ginąć pod ilością roślin, jakie trzymała w domu. W domu, który nazywał się bluszczową kamienicą – kolejny symbol.
– Ależ… na pustyni też są rośliny. Sukulenty, kaktusy, palmy… Mandragora też ma swoją pustynną odmianę. Na początku lipca badałam taką, tylko że ona jeszcze została w jakiś sposób zmodyfikowana za pomocą nekromancji i próbowała zeżreć druga mandragorę – uniosła dłoń, by odsunąć na plecy włosy, które zdążyły jej się zsunąć przez ramię. Nawet nie potrafiła powiedzieć kiedy urosły jej takie długie.
Uśmiechnęła się do zdjęcia, a Sauriel z fotografii mrugnął do niej, nim ten rzeczywisty zabrał je jej tylko po to, by zaraz znowu trafiło w jej dłonie. Napis wyrósł ot tak, wystarczyło tylko, ze Sauriel machnął dłonią – i dlaczego on tej magii nie wykorzystywał tam ciągle, skoro nawet nie musiał sięgać po różdżkę, to było poza nią. Ona była w nim jeszcze bardziej, bardziej pierwotna, na zawołanie. Uśmiechnęła się, kiedy przeczytała napis i nawet podniosła spojrzenie na Rookwooda. – Roślinka ma teraz imię na V? – zaczepiła go, ale nie czekając na odpowiedź, odwróciła zdjęcie, by wpatrzeć się w siedzącego na kanapie Sauriela i jego nowego kolegę bluszcza.