29.01.2025, 04:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2025, 04:15 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Morpheus - stwierdził krótko, nie pozwalając sobie na żadną wyraźniejszą reakcję na wspomnienie o Longbottomach. - Mają Morpheusa - nawet nie drgnęła mu przy tym powieka, nawet jeśli spotkanie z tym człowiekiem zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych ani najbardziej udanych, przynajmniej w oczach Greengrassa. - Jasnowidz. Czy tam prekognita. On na pewno w dalszym ciągu pracuje dla Departamentu Tajemnic. Był u nas w połowie sierpnia - zakończył, mając nadzieję urwać temat właśnie na tym przelotnym napomknieniu, niczym więcej, bo zdecydowanie nie chciał wdawać się teraz w kolejne przesłuchania, co, jak i dlaczego.
Wystarczyło, że w głosie Ambroisa brzmiała ta bardzo charakterystyczna nuta mówiąca nie ufam gościowi znacznie bardziej niż mogłyby to powiedzieć jakiekolwiek słowa. Niby wymienili się wtedy kilkoma całkiem przydatnymi uwagami, o których jeszcze nie miał okazji wspomnieć swoim towarzyszom, ale to zdecydowanie nie był moment, by to robić.
Teraz rozmawiali o czymś innym. Być może w pewnym sensie powiązanym ze sprawą tamtej ministralnej wizyty. Tego Roise nie mógł całkowicie wykluczyć, lecz jednocześnie naprawdę nie widziało mu się teraz prowadzenie monologów na miarę przyjaciela. Cornelius zawsze był z nich tym, który mówił więcej. Z biegiem lat to nie tylko nie uległo zmianie, lecz wręcz się wyostrzyło. Szczególnie teraz, gdy Greengrass czuł się przytłoczony przez rzeczywistość.
Być może nie tak bardzo jak nieco ponad rok wcześniej, gdy było z nim naprawdę źle. Wtedy zaliczył zjazd niemalże na sam dół, na dno głębokiego bagna, w którym się znalazł... ...na własne życzenie, czyż nie?
Jakże ironiczne to było, bo przecież na tym etapie życia pragnął już tylko spokoju i stabilności. Ustatkowania się, tym razem całkowicie oficjalnie i zgodnie z przyjętymi normami. Wycofania się z większości śliskich akcji. Zadbania o dom, swoją kobietę... ... swoją żonę. Stworzenia więcej niżeli wyłącznie dwuosobowej rodziny. Posiadania dzieci. Dwójki, może trójki pąkli.
Nagłe znalezienie się z powrotem na początku. Tam, gdzie był wiele lat wstecz, wtedy jeszcze zupełnie gardząc tym wszystkim i podejmując kolejne głupie decyzje z myślą, że nigdy tego nie zechce. Nieoczekiwane cofnięcie się we wszystkim, co napawało go szczęściem, co było dla niego istotniejsze nawet od niego. Niemalże całe życie wstecz.
Nie podłamał się. Nie. Nie można było tego określić w ten sposób. Nie załamał się. Nie złamało go to. Nie. To niemalże wepchnęło go za Zasłonę. I nawet jeśli już nie myślał w tamten sposób, czasami w dalszym ciągu zdarzało mu się wracać pamięcią do tamtych ponurych chwil pozbawionych jakiegokolwiek poczucia sprawczości. Wrażenia wszechogarniającego bezsensu. Podszeptów głębi umysłu mówiących mu, że dla niego historia już się zakończyła.
Przetrwał. Podniósł się. Wstał. W teorii powrócił do życia, stając stabilnie na nogach. Nie czuł już tamtej emocjonalnej pustki, ale nie mógł też powiedzieć, że go to nie zmieniło. Nie był już tym samym człowiekiem. Nieważne, że przez większość czasu zachowywał się niemalże tak samo. W końcu potrafił sprawiać pozory, czyż nie?
Nie zamierzał nigdy więcej poruszać tego tematu. Nawet wtedy, kiedy kolejny raz stanąłby w obliczu przeprowadzenia tak bardzo podobnej rozmowy dotyczącej powoli rodzących się w nim planów wyjazdu z kraju, gdy tylko to wszystko się skończy. Kiedy kwestia widm w Kniei będzie za nimi. Dokładnie tak jak to było w przypadku dopplegangera, w co Ambroise naprawdę próbował wierzyć. Nawet pomimo wrażenia, że ta historia miała w sobie naprawdę wiele niezrozumiałych, mętnych elementów.
Tak czy inaczej, tym razem prawdopodobnie faktycznie zamierzał to zrobić. Prędzej czy później. Nie robiąc z tego jednak żadnej ponurej metafory. Już nie. Mimo to wiedział, że takie podejrzenie padnie. I gdy to się stanie, nie zamierzał być zaskoczony.
Prawdę mówiąc ostatnio coraz mniej było w stanie wywołać w nim głęboki szok. Przynajmniej od czasu tamtej nocnej wizyty w głuszy, o której nie powiedział niemalże nikomu. To była jego tajemnica. Jego, Roselyn i Samuela. Od dwóch dni również Riny, bowiem nie zamierzał tego przed nią ukrywać.
Ufał Corio jak mało komu, ale w tym wypadku milczał. Mówienie o tym ten jeden raz podczas burzy na ganku w Piaskownicy było dostatecznie trudne. Nie chciał tego robić po raz kolejny. Wracać do tych samym wspomnień i uczuć, w których mimowolnie starał się obecnie nie pogrążyć. Wystarczyło, że mieli nie jeden a dwa problemy. Nie potrzebowali trzeciego, tylko jasnego osądu i logicznego planu.
Israak? Israak go nie przekonywał. To nie tak, że Roise miał problem ze wszystkimi przyjaciółmi Yaxleyówy. Bliższymi czy dalszymi. Obojętnie. Nie. To tak nie działało, jednakże kiedy już kogoś nie tolerował, robił to raczej w jawny dla niej sposób. Niekoniecznie zawsze emanował tym podejściem na tę osobę... ...no, dobrze - na tego faceta, gościa, mężczyznę, typa. O nich się rozchodziło a było ich naprawdę wielu dookoła jego dziewczyny.
Ufał jej. Tego także nie dało się podważyć. Ufał jej praktycznie bezgranicznie. Za to tym wszystkim kolesiom i ich intencjom? No kurwa nie. Sam był facetem. Przez kilka miesięcy nawet jej całkowicie platonicznym najlepszym przyjacielem. Od samego początku pragnącym znaleźć się z nią nago w łóżku. Tak właściwie to nawet niekoniecznie dosłownie w łóżku, nie miał tu zbyt wygórowanych oczekiwań.
Przyjaźń damsko-męska być może rzeczywiście gdzieś tam istniała. W tych nielicznych momentach, gdy zakrawała już praktycznie o niemalże rodzinną więź. Bycie dla siebie niemalże rodzeństwem. Wtedy tak. Jasne. Był to jednak dosłownie promil wszystkich przypadków.
A Geraldine? Była cholernie atrakcyjna, inteligentna, dobrze urodzona, zamożna - miała w sobie wszystkie najbardziej pożądane elementy. No, może poza cichą i nieśmiałą pokorą, ale akurat ten pazur zazwyczaj przyciągał płeć przeciwną. Zwłaszcza, gdy w grę wchodziły płomienne romanse, nie budowanie stałych związków małżeńskich.
Poza tym sama powiedziała słowo-klucz. Dziennikarz. Isaac był cholernym dziennikarzem. Czy należało dodać coś więcej?
- Wiecie, co sądzę. Corio ma rację. Bagshot to ostateczność. Tak samo Longbottom - stwierdził w dalszym ciągu oszczędzając słowa.
Alternatywy? Jakie mieli alternatywy? Sytuacja była skomplikowana i wymagała naprawdę szybkiego działania. Postępowania w bardzo przemyślany, ale także sprawny sposób. Nie czekania bezmyślnie na szansę, tylko stworzenia jej sobie samym.
Ambroise zamyślił się na tyle, że przelatujący sztylet niemalże nie przykuł jego uwagi. Za to ta początkowa wymiana zdań? Szczególnie słowa Corneliusa? Tu już na moment rozszerzyły mu się powieki. Przejechał językiem po zębach, parokrotnie kląskając o podniebienie.
- A gdyby podczepić to pod sprawę? Nie pod Iteti - posłał jednoznaczne, bardzo wymowne spojrzenie w kierunku Lestrange'a; obaj wiedzieli, czemu nie. - Pod coś innego. Sam mówiłeś, że zdarza się wam korzystać z myślodsiewni. Gdyby zaistniała wyższa konieczności sprawdzenia kilku wspomnień? - Mogłoby się obejść bez Bagshotów, Longbottomów i innych takich.
Ale ewidentnie nie bez dramatów, jakie już zaczęły się pojawiać. Nawet nie musiał otwierać ust, żeby znaleźć się na linii ognia. Wystarczyło kilka spojrzeń i parę słów z obu stron, żeby rozpętała się afera.
- Wyśmienicie - syknął pod nosem; bardziej do siebie niż do kogokolwiek, przynajmniej zanim ostatecznie otworzył usta. - Mnie w to kurwa nie mieszaj. Nie odpowiadam za to, co ci powiedziała a co nie. Nie jestem pierdoloną sową ani nie latam z jęzorem na wierzchu, wyciągając czyjeś dramaty - przypomniał w razie, gdyby ktokolwiek o tym zapomniał.
Nie skomentował kwestii jego rzekomych jazd, zamiast tego posyłając Corneliusowi ostre ostrzegawcze spojrzenie, które zaraz ponownie przeniosło się ku drugiej stronie tego jebanego konfliktu.
- Zajebiście doceniony. Wkrótce się odmelduje, bez obaw, nie przyczepił się na stałe. Do usług - skwitował burknięciem słowa Geraldine, nie pozwalając sobie na wiele więcej aniżeli wyłącznie posłanie jej nieprzejętego spojrzenia.
Nieprzejęcie lodowatego i oschłego, bo go to kurwa zabolało. Szczególnie po tym wszystkim, co stało się zeszłego wieczoru i w nocy. Po Cainie, po tym wszystkim, co starał się jej dawać, nie oczekując nic w zamian. No, może poza tym, by nie sprowadzała jego roli w sprawie do bycia ciężarem. Nie pogardziłby też odrobiną uznania jego wkładu, ale najwidoczniej za chuj nie mógł na to liczyć.
Kiedy przedstawiała to w taki a nie inny sposób, nawet jeśli wyłącznie na potrzebę ugłaskania Corneliusa, zdecydowanie nie brzmiała tak jak wtedy w Piaskownicy. Jeśli miał być ze sobą szczery (a tym razem chyba powinien, nieważne, że go to bolało) coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że już nie wrócą do Whitby. No, przynajmniej nie po to, aby spędzić tam ze sobą jeszcze trochę czasu.
Całkowicie niepotrzebnie zabierali tam zwierzęta. Niepotrzebnie robili plany na kolejne ruchy. Jasne, aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, z czego wynikał parszywy nastrój dziewczyny. To nie były wyłącznie widma. Nie był to też tylko Astaroth. Przeżyła naprawdę ciężką noc, nawet jeśli teraz o tym nie mówiła, przecież był tam wtedy tuż obok niej.
Tak jak prawdopodobnie powinien to robić w tej chwili. Siedząc obok Riny na kanapie. Z dłonią na jej kolanie, ich splecionymi palcami, policzkiem dziewczyny opartym mu o ramię. Planował to robić, nawet podświadomie, zmierzając tu z nią w siarczystym deszczu i wietrze. Tyle tylko, że wszystko nagle jeszcze bardziej się spierdoliło.
Miał swój udział w psychozie młodego Yaxleya? Nie wiedział. Podejrzewał, że raczej nie. Nawet jeśli krew, którą spożył Astaroth faktycznie pochodziła ze skażonego źródła, nie taki układ załatwił bratu Geraldine u Dziwnych Sióstr. A one zawsze dotrzymywały warunków. Słowo było dla nich świętością. Tyle tylko, że jedna z nich zamilkła już na wieki zaś druga rozpłynęła się w powietrzu.
Astaroth miał psychozę, w których Ambroise nie był mu aktualnie w stanie pomóc. Geraldine chyba wracała do etapu pałania do Roisa nienawiścią. Cornelius rzucał werbalnymi i niewerbalnymi groźbami wysrania się z najgorszego gówna odnośnie zeszłego roku, zadając mu te pytania o rzekome jazdy.
Gdyby miał nóż czy tam sztylet, prawdopodobnie też pierdolnąłby nim w ścianę, nawet jeśli nie tak pokazowo jak to zrobiła Yaxleyówna. Zamiast tego podstawił jej swoją pustą szklankę.
Problemy z komunikacją? Jakie problemy z komunikacją? Wiedziała, żeby mu polać. A Cornelius, żeby się zamknąć. Przynajmniej z ich prywatnymi sprawami.
Wystarczyło, że w głosie Ambroisa brzmiała ta bardzo charakterystyczna nuta mówiąca nie ufam gościowi znacznie bardziej niż mogłyby to powiedzieć jakiekolwiek słowa. Niby wymienili się wtedy kilkoma całkiem przydatnymi uwagami, o których jeszcze nie miał okazji wspomnieć swoim towarzyszom, ale to zdecydowanie nie był moment, by to robić.
Teraz rozmawiali o czymś innym. Być może w pewnym sensie powiązanym ze sprawą tamtej ministralnej wizyty. Tego Roise nie mógł całkowicie wykluczyć, lecz jednocześnie naprawdę nie widziało mu się teraz prowadzenie monologów na miarę przyjaciela. Cornelius zawsze był z nich tym, który mówił więcej. Z biegiem lat to nie tylko nie uległo zmianie, lecz wręcz się wyostrzyło. Szczególnie teraz, gdy Greengrass czuł się przytłoczony przez rzeczywistość.
Być może nie tak bardzo jak nieco ponad rok wcześniej, gdy było z nim naprawdę źle. Wtedy zaliczył zjazd niemalże na sam dół, na dno głębokiego bagna, w którym się znalazł... ...na własne życzenie, czyż nie?
Jakże ironiczne to było, bo przecież na tym etapie życia pragnął już tylko spokoju i stabilności. Ustatkowania się, tym razem całkowicie oficjalnie i zgodnie z przyjętymi normami. Wycofania się z większości śliskich akcji. Zadbania o dom, swoją kobietę... ... swoją żonę. Stworzenia więcej niżeli wyłącznie dwuosobowej rodziny. Posiadania dzieci. Dwójki, może trójki pąkli.
Nagłe znalezienie się z powrotem na początku. Tam, gdzie był wiele lat wstecz, wtedy jeszcze zupełnie gardząc tym wszystkim i podejmując kolejne głupie decyzje z myślą, że nigdy tego nie zechce. Nieoczekiwane cofnięcie się we wszystkim, co napawało go szczęściem, co było dla niego istotniejsze nawet od niego. Niemalże całe życie wstecz.
Nie podłamał się. Nie. Nie można było tego określić w ten sposób. Nie załamał się. Nie złamało go to. Nie. To niemalże wepchnęło go za Zasłonę. I nawet jeśli już nie myślał w tamten sposób, czasami w dalszym ciągu zdarzało mu się wracać pamięcią do tamtych ponurych chwil pozbawionych jakiegokolwiek poczucia sprawczości. Wrażenia wszechogarniającego bezsensu. Podszeptów głębi umysłu mówiących mu, że dla niego historia już się zakończyła.
Przetrwał. Podniósł się. Wstał. W teorii powrócił do życia, stając stabilnie na nogach. Nie czuł już tamtej emocjonalnej pustki, ale nie mógł też powiedzieć, że go to nie zmieniło. Nie był już tym samym człowiekiem. Nieważne, że przez większość czasu zachowywał się niemalże tak samo. W końcu potrafił sprawiać pozory, czyż nie?
Nie zamierzał nigdy więcej poruszać tego tematu. Nawet wtedy, kiedy kolejny raz stanąłby w obliczu przeprowadzenia tak bardzo podobnej rozmowy dotyczącej powoli rodzących się w nim planów wyjazdu z kraju, gdy tylko to wszystko się skończy. Kiedy kwestia widm w Kniei będzie za nimi. Dokładnie tak jak to było w przypadku dopplegangera, w co Ambroise naprawdę próbował wierzyć. Nawet pomimo wrażenia, że ta historia miała w sobie naprawdę wiele niezrozumiałych, mętnych elementów.
Tak czy inaczej, tym razem prawdopodobnie faktycznie zamierzał to zrobić. Prędzej czy później. Nie robiąc z tego jednak żadnej ponurej metafory. Już nie. Mimo to wiedział, że takie podejrzenie padnie. I gdy to się stanie, nie zamierzał być zaskoczony.
Prawdę mówiąc ostatnio coraz mniej było w stanie wywołać w nim głęboki szok. Przynajmniej od czasu tamtej nocnej wizyty w głuszy, o której nie powiedział niemalże nikomu. To była jego tajemnica. Jego, Roselyn i Samuela. Od dwóch dni również Riny, bowiem nie zamierzał tego przed nią ukrywać.
Ufał Corio jak mało komu, ale w tym wypadku milczał. Mówienie o tym ten jeden raz podczas burzy na ganku w Piaskownicy było dostatecznie trudne. Nie chciał tego robić po raz kolejny. Wracać do tych samym wspomnień i uczuć, w których mimowolnie starał się obecnie nie pogrążyć. Wystarczyło, że mieli nie jeden a dwa problemy. Nie potrzebowali trzeciego, tylko jasnego osądu i logicznego planu.
Israak? Israak go nie przekonywał. To nie tak, że Roise miał problem ze wszystkimi przyjaciółmi Yaxleyówy. Bliższymi czy dalszymi. Obojętnie. Nie. To tak nie działało, jednakże kiedy już kogoś nie tolerował, robił to raczej w jawny dla niej sposób. Niekoniecznie zawsze emanował tym podejściem na tę osobę... ...no, dobrze - na tego faceta, gościa, mężczyznę, typa. O nich się rozchodziło a było ich naprawdę wielu dookoła jego dziewczyny.
Ufał jej. Tego także nie dało się podważyć. Ufał jej praktycznie bezgranicznie. Za to tym wszystkim kolesiom i ich intencjom? No kurwa nie. Sam był facetem. Przez kilka miesięcy nawet jej całkowicie platonicznym najlepszym przyjacielem. Od samego początku pragnącym znaleźć się z nią nago w łóżku. Tak właściwie to nawet niekoniecznie dosłownie w łóżku, nie miał tu zbyt wygórowanych oczekiwań.
Przyjaźń damsko-męska być może rzeczywiście gdzieś tam istniała. W tych nielicznych momentach, gdy zakrawała już praktycznie o niemalże rodzinną więź. Bycie dla siebie niemalże rodzeństwem. Wtedy tak. Jasne. Był to jednak dosłownie promil wszystkich przypadków.
A Geraldine? Była cholernie atrakcyjna, inteligentna, dobrze urodzona, zamożna - miała w sobie wszystkie najbardziej pożądane elementy. No, może poza cichą i nieśmiałą pokorą, ale akurat ten pazur zazwyczaj przyciągał płeć przeciwną. Zwłaszcza, gdy w grę wchodziły płomienne romanse, nie budowanie stałych związków małżeńskich.
Poza tym sama powiedziała słowo-klucz. Dziennikarz. Isaac był cholernym dziennikarzem. Czy należało dodać coś więcej?
- Wiecie, co sądzę. Corio ma rację. Bagshot to ostateczność. Tak samo Longbottom - stwierdził w dalszym ciągu oszczędzając słowa.
Alternatywy? Jakie mieli alternatywy? Sytuacja była skomplikowana i wymagała naprawdę szybkiego działania. Postępowania w bardzo przemyślany, ale także sprawny sposób. Nie czekania bezmyślnie na szansę, tylko stworzenia jej sobie samym.
Ambroise zamyślił się na tyle, że przelatujący sztylet niemalże nie przykuł jego uwagi. Za to ta początkowa wymiana zdań? Szczególnie słowa Corneliusa? Tu już na moment rozszerzyły mu się powieki. Przejechał językiem po zębach, parokrotnie kląskając o podniebienie.
- A gdyby podczepić to pod sprawę? Nie pod Iteti - posłał jednoznaczne, bardzo wymowne spojrzenie w kierunku Lestrange'a; obaj wiedzieli, czemu nie. - Pod coś innego. Sam mówiłeś, że zdarza się wam korzystać z myślodsiewni. Gdyby zaistniała wyższa konieczności sprawdzenia kilku wspomnień? - Mogłoby się obejść bez Bagshotów, Longbottomów i innych takich.
Ale ewidentnie nie bez dramatów, jakie już zaczęły się pojawiać. Nawet nie musiał otwierać ust, żeby znaleźć się na linii ognia. Wystarczyło kilka spojrzeń i parę słów z obu stron, żeby rozpętała się afera.
- Wyśmienicie - syknął pod nosem; bardziej do siebie niż do kogokolwiek, przynajmniej zanim ostatecznie otworzył usta. - Mnie w to kurwa nie mieszaj. Nie odpowiadam za to, co ci powiedziała a co nie. Nie jestem pierdoloną sową ani nie latam z jęzorem na wierzchu, wyciągając czyjeś dramaty - przypomniał w razie, gdyby ktokolwiek o tym zapomniał.
Nie skomentował kwestii jego rzekomych jazd, zamiast tego posyłając Corneliusowi ostre ostrzegawcze spojrzenie, które zaraz ponownie przeniosło się ku drugiej stronie tego jebanego konfliktu.
- Zajebiście doceniony. Wkrótce się odmelduje, bez obaw, nie przyczepił się na stałe. Do usług - skwitował burknięciem słowa Geraldine, nie pozwalając sobie na wiele więcej aniżeli wyłącznie posłanie jej nieprzejętego spojrzenia.
Nieprzejęcie lodowatego i oschłego, bo go to kurwa zabolało. Szczególnie po tym wszystkim, co stało się zeszłego wieczoru i w nocy. Po Cainie, po tym wszystkim, co starał się jej dawać, nie oczekując nic w zamian. No, może poza tym, by nie sprowadzała jego roli w sprawie do bycia ciężarem. Nie pogardziłby też odrobiną uznania jego wkładu, ale najwidoczniej za chuj nie mógł na to liczyć.
Kiedy przedstawiała to w taki a nie inny sposób, nawet jeśli wyłącznie na potrzebę ugłaskania Corneliusa, zdecydowanie nie brzmiała tak jak wtedy w Piaskownicy. Jeśli miał być ze sobą szczery (a tym razem chyba powinien, nieważne, że go to bolało) coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że już nie wrócą do Whitby. No, przynajmniej nie po to, aby spędzić tam ze sobą jeszcze trochę czasu.
Całkowicie niepotrzebnie zabierali tam zwierzęta. Niepotrzebnie robili plany na kolejne ruchy. Jasne, aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, z czego wynikał parszywy nastrój dziewczyny. To nie były wyłącznie widma. Nie był to też tylko Astaroth. Przeżyła naprawdę ciężką noc, nawet jeśli teraz o tym nie mówiła, przecież był tam wtedy tuż obok niej.
Tak jak prawdopodobnie powinien to robić w tej chwili. Siedząc obok Riny na kanapie. Z dłonią na jej kolanie, ich splecionymi palcami, policzkiem dziewczyny opartym mu o ramię. Planował to robić, nawet podświadomie, zmierzając tu z nią w siarczystym deszczu i wietrze. Tyle tylko, że wszystko nagle jeszcze bardziej się spierdoliło.
Miał swój udział w psychozie młodego Yaxleya? Nie wiedział. Podejrzewał, że raczej nie. Nawet jeśli krew, którą spożył Astaroth faktycznie pochodziła ze skażonego źródła, nie taki układ załatwił bratu Geraldine u Dziwnych Sióstr. A one zawsze dotrzymywały warunków. Słowo było dla nich świętością. Tyle tylko, że jedna z nich zamilkła już na wieki zaś druga rozpłynęła się w powietrzu.
Astaroth miał psychozę, w których Ambroise nie był mu aktualnie w stanie pomóc. Geraldine chyba wracała do etapu pałania do Roisa nienawiścią. Cornelius rzucał werbalnymi i niewerbalnymi groźbami wysrania się z najgorszego gówna odnośnie zeszłego roku, zadając mu te pytania o rzekome jazdy.
Gdyby miał nóż czy tam sztylet, prawdopodobnie też pierdolnąłby nim w ścianę, nawet jeśli nie tak pokazowo jak to zrobiła Yaxleyówna. Zamiast tego podstawił jej swoją pustą szklankę.
Problemy z komunikacją? Jakie problemy z komunikacją? Wiedziała, żeby mu polać. A Cornelius, żeby się zamknąć. Przynajmniej z ich prywatnymi sprawami.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down