29.01.2025, 18:51 ✶
- Nie, nie zapomnę o niej - wzruszył ramionami, jednocześnie posyłając Yaxleyównie bardzo proste, niezmiernie luźne spojrzenie. - Niby nie od niej, ale nie da się ukryć, że to był pierwszy taki miły widok - pierwszy raz, kiedy zrzucili z siebie ubrania, zatracając się w sobie nawzajem, więc nic dziwnego, że o tym wspominał, prawda?
No cóż. Zdecydowanie nie mógł temu zaprzeczyć. Stwierdzenie, że nie, wcale, w ogóle już o tym nie pamięta nie wchodziło w grę, gdy sam poruszył ten temat. I poruszał go całkiem często. Naprawdę często jak na coś, czego zdjęcie zajęło im dosłownie kilka chwil, gdy już znaleźli się wyłącznie we dwoje. Uprzednio wyjaśniając sobie naglącą kwestię, przez którą w ogóle należało to zrobić.
To był obowiązek. To była konieczność. Ta sukienka, nawet jeśli doskonale na niej leżała, naprawdę nie zasługiwała na wyrazy uznania. Nigdy ich zresztą nie dostała. Była ohydna, toteż gdy nadarzała się sposobność wspomnienia o tym fakcie (ot tak w ramach prywatnej anegdotki; raz czy dwa do roku, może nieco częściej) Ambroise nie zamierzał sobie tego darować.
Tym bardziej, że wszystko wyłącznie uświetniało przekonanie, jakie wyrażała matka Geraldine. To był naprawdę niezły kit. W dodatku całkiem naturalny. Samoistnie nadarzająca się okazją do przyjęcia względnie dogodnej narracji.
Tak, tak. Ta suknia była ostatecznym impulsem. Tak, tak, Geraldine wyglądała w niej na tyle oszołamiająco, że nie mógł już dłużej ignorować rodzących się uczuć. Tak, tak, tych, które pojawiły się jeszcze w październiku sześćdziesiątego piątego, ale wtedy nie wypadało im się ku sobie mieć. Tak, tak, wysoka etyka zawodowa. Tak, tak, jakże doskonale, że teraz wszyscy byli już praktycznie rodziną, bo skoro w grę nie wchodziły umowy i galeony, to nie było w tym nic zdrożnego. Tak, tak, wspaniale się złożyło. Tak, tak, oczywiście. Tak, tak, to nie smocza ospa tylko zwykła alergia pokarmowa, najpewniej na skorupiaki w zupie. Swoją drogą pysznej.
Przynajmniej nie musieli już odpowiadać na te wszystkie zdecydowanie bardziej ukierunkowane pytania. Szczególnie po tamtym wybiegu z listopadem i lutym, które płynnie przerodziły się w grudzień i marzec, później styczeń i kwiecień.
Czas mijał, oni w dalszym ciągu trwali u swojego boku. Pojawiali się na obiadach, na świętach, na wszelkich innych uroczystościach. W końcu na tyle mocno zaznaczając trwałość i stabilność gruntu, na którym stoją, że pytania przestały padać.
Jak na ten moment nie zastąpiły ich żadne inne, nawet jeśli po kilku latach wspólnego życia mogłoby się zdawać naturalnym, że powinni podjąć jakieś znaczące decyzje. W jedną albo w drugą stronę. Zasadniczo bowiem mieli dwie opcje wyboru. Jedną słuszną z perspektywy tradycji i konwenansów. Drugą zdecydowanie mniej, za to również odpowiednią dla ludzi w ich wieku.
Całe szczęście udawało im się unikać pytań o plany dotyczące potomstwa. Thomas zbyt rzadko bywał w domu, zdecydowanie poświęcając cały możliwy czas pracy i swoim badaniom. Na tyle, aby mieć zupełnie gdzieś to, czy miałby okazję zostać dziadkiem. Matka Ambroisa w dalszym ciągu pozostawała poza obrazkiem a Evelyn prawdopodobnie dostałaby palpitacji serca już na samą myśl o zostaniu kimś na kształt babci. Gerard zazwyczaj żył w swoim świecie. A Jennifer? Zapewne miałaby to potraktować jako utratę swojej drugiej młodości, co było całkowicie wykluczone.
Zresztą oni sami też nie rozmawiali do tej pory o tych sprawach. Nie mówili o formalizacji związku, a więc także o powiększaniu rodziny, co akurat w oczach Greengrassa było dosyć sztywno określone. Nawet jeśli jedno nie wynikało z drugiego.
Być może mogli w każdej chwili posunąć się do sformalizowania związku. Nie miałby nic przeciwko temu, aby nasunąć kamyk na palec Geraldine, gdyby dała mu w jakiś sposób do zrozumienia, że zmieniła zdanie i tego chciała. Z tyłu głowy w dalszym ciągu pamiętał ich rozmowę dotyczącą ożenku, toteż mimowolnie oczekiwał jakiejś sugestii. W innym wypadku, skoro od tylu lat byli ze sobą szczęśliwi bez tego, nie potrzebowali się bezsensownie angażować w organizację rozrywki dla gawiedzi.
Jeśli zaś nie było o tym mowy, myśl o pominięciu tego pierwszego kroku i przejściu od razu do powiększania stada była dla niego zupełnie abstrakcyjna. W żadnym scenariuszu. Na żadnym etapie życia. Niezależnie od sytuacji nie postawiłby Yaxleyówny w takim świetle. To było zupełnie wykluczone. Wystarczyło, że ze sobą mieszkali i żyli, powodując dostatecznie dużo plotek i ploteczek, które to akurat oboje raczej mieli gdzieś. Mimo to nie posunąłby się do podejmowania aż tak egoistycznych decyzji.
- I co wtedy? O czym będą gadać stare baby? - Spytał, starając się utrzymać poważny wyraz twarzy, nawet jeśli nie było go w jego oczach - te się śmiały. - Zupełnie o tym nie pomyślałaś, prawda? - Nie mógł, po prostu nie mógł sobie tego darować, musiał jej o tym przypomnieć.
Ta biel była tak samo ironiczna jak ikoniczna. Szczególnie podczas Lithy, choć mogła również z powodzeniem sprawdzić się też podczas innych sabatów, na których młode panny podkreślały swoją czystość i niewinność. Piękny kolor. W istocie Geraldine było w nim wyjątkowo do twarzy. Szczególnie, jeśli wcześniej spędzali kilka weekendów nad morzem albo na takich pieszych wędrówkach jak ta, którą teraz odbywali. Śnieżna barwa materiału podkreślała złotobrązowy odcień skóry i te wszystkie drobne ciemniejsze piegi. Wyglądała wyjątkowo dobrze...
...tyle tylko, że nieodmiennie przyciągała również wyjątkowo jednoznaczne spojrzenia koła wielkomiejskich plotkar. Prawdę mówiąc, było to nawet całkiem zabawne. Rozrywka może nie na miarę robienia przedstawienia. Nie takiego jak wtedy podczas pierwszego pamiętnego Yule, gdy całkowicie świadomie ściągali na siebie uwagę, udając parę. Dla zabawy, oczywiście. Nadal nie wiedział, jakim cudem udało im się uniknąć wtedy raczej całkiem typowego dla nich końca wieczoru.
Teraz już tego nie robili. Nie odsuwali się od siebie na zbyt długo. Nie kończyli wieczoru na jednym tańcu. Nie było też potrzeby teatralnych pocałunków. Te kradzione przelotnie poza zasięgiem plotkarskich spojrzeń zdecydowanie były dużo słodsze. Kryły w sobie sugestię i obietnicę czegoś znacznie bardziej otwartego, gdy tylko uda im się wrócić do domu.
A czasami dużo wcześniej. Nie raz i nie dwa bowiem zdarzało im się znikać na kilka chwil albo już na stałe. Dzięki temu zdecydowanie polubił uczestnictwo w tych wszystkich wydarzeniach. Szczególnie moment tuż po nich. Te błogie chwile całkowitego rozprężenia. Zrzucanie z siebie ubrań, pozwalanie sobie na swobodne oddychanie. Przynajmniej do momentu, gdy te oddechy nie zaczynały na nowo robić się cięższe i bardziej urywane. Tyle tylko, że już w zdecydowanie lepszych okolicznościach. Takich, w których noszenie chustki zdecydowanie było niepotrzebne.
- Będzie pasować ci do oczu. - Stwierdził luźno, wcale nie widząc w tym nawet najmniejszego problemu. - Poza tym od kiedy przejmujesz się takimi rzeczami? - Nie musiała mu odpowiadać, przecież wiedział, że od mniej więcej nigdy; dlatego tym bardziej jakoś niespecjalnie wierzył jej w inność każdej uzbieranej sukienki. - No dobra. Wobec tego wisiorek - kiwnął głową, wreszcie lokalizując odpowiedni stragan i ruszając z miejsca pomiędzy mrowiem ludzi.
No cóż. Zdecydowanie nie mógł temu zaprzeczyć. Stwierdzenie, że nie, wcale, w ogóle już o tym nie pamięta nie wchodziło w grę, gdy sam poruszył ten temat. I poruszał go całkiem często. Naprawdę często jak na coś, czego zdjęcie zajęło im dosłownie kilka chwil, gdy już znaleźli się wyłącznie we dwoje. Uprzednio wyjaśniając sobie naglącą kwestię, przez którą w ogóle należało to zrobić.
To był obowiązek. To była konieczność. Ta sukienka, nawet jeśli doskonale na niej leżała, naprawdę nie zasługiwała na wyrazy uznania. Nigdy ich zresztą nie dostała. Była ohydna, toteż gdy nadarzała się sposobność wspomnienia o tym fakcie (ot tak w ramach prywatnej anegdotki; raz czy dwa do roku, może nieco częściej) Ambroise nie zamierzał sobie tego darować.
Tym bardziej, że wszystko wyłącznie uświetniało przekonanie, jakie wyrażała matka Geraldine. To był naprawdę niezły kit. W dodatku całkiem naturalny. Samoistnie nadarzająca się okazją do przyjęcia względnie dogodnej narracji.
Tak, tak. Ta suknia była ostatecznym impulsem. Tak, tak, Geraldine wyglądała w niej na tyle oszołamiająco, że nie mógł już dłużej ignorować rodzących się uczuć. Tak, tak, tych, które pojawiły się jeszcze w październiku sześćdziesiątego piątego, ale wtedy nie wypadało im się ku sobie mieć. Tak, tak, wysoka etyka zawodowa. Tak, tak, jakże doskonale, że teraz wszyscy byli już praktycznie rodziną, bo skoro w grę nie wchodziły umowy i galeony, to nie było w tym nic zdrożnego. Tak, tak, wspaniale się złożyło. Tak, tak, oczywiście. Tak, tak, to nie smocza ospa tylko zwykła alergia pokarmowa, najpewniej na skorupiaki w zupie. Swoją drogą pysznej.
Przynajmniej nie musieli już odpowiadać na te wszystkie zdecydowanie bardziej ukierunkowane pytania. Szczególnie po tamtym wybiegu z listopadem i lutym, które płynnie przerodziły się w grudzień i marzec, później styczeń i kwiecień.
Czas mijał, oni w dalszym ciągu trwali u swojego boku. Pojawiali się na obiadach, na świętach, na wszelkich innych uroczystościach. W końcu na tyle mocno zaznaczając trwałość i stabilność gruntu, na którym stoją, że pytania przestały padać.
Jak na ten moment nie zastąpiły ich żadne inne, nawet jeśli po kilku latach wspólnego życia mogłoby się zdawać naturalnym, że powinni podjąć jakieś znaczące decyzje. W jedną albo w drugą stronę. Zasadniczo bowiem mieli dwie opcje wyboru. Jedną słuszną z perspektywy tradycji i konwenansów. Drugą zdecydowanie mniej, za to również odpowiednią dla ludzi w ich wieku.
Całe szczęście udawało im się unikać pytań o plany dotyczące potomstwa. Thomas zbyt rzadko bywał w domu, zdecydowanie poświęcając cały możliwy czas pracy i swoim badaniom. Na tyle, aby mieć zupełnie gdzieś to, czy miałby okazję zostać dziadkiem. Matka Ambroisa w dalszym ciągu pozostawała poza obrazkiem a Evelyn prawdopodobnie dostałaby palpitacji serca już na samą myśl o zostaniu kimś na kształt babci. Gerard zazwyczaj żył w swoim świecie. A Jennifer? Zapewne miałaby to potraktować jako utratę swojej drugiej młodości, co było całkowicie wykluczone.
Zresztą oni sami też nie rozmawiali do tej pory o tych sprawach. Nie mówili o formalizacji związku, a więc także o powiększaniu rodziny, co akurat w oczach Greengrassa było dosyć sztywno określone. Nawet jeśli jedno nie wynikało z drugiego.
Być może mogli w każdej chwili posunąć się do sformalizowania związku. Nie miałby nic przeciwko temu, aby nasunąć kamyk na palec Geraldine, gdyby dała mu w jakiś sposób do zrozumienia, że zmieniła zdanie i tego chciała. Z tyłu głowy w dalszym ciągu pamiętał ich rozmowę dotyczącą ożenku, toteż mimowolnie oczekiwał jakiejś sugestii. W innym wypadku, skoro od tylu lat byli ze sobą szczęśliwi bez tego, nie potrzebowali się bezsensownie angażować w organizację rozrywki dla gawiedzi.
Jeśli zaś nie było o tym mowy, myśl o pominięciu tego pierwszego kroku i przejściu od razu do powiększania stada była dla niego zupełnie abstrakcyjna. W żadnym scenariuszu. Na żadnym etapie życia. Niezależnie od sytuacji nie postawiłby Yaxleyówny w takim świetle. To było zupełnie wykluczone. Wystarczyło, że ze sobą mieszkali i żyli, powodując dostatecznie dużo plotek i ploteczek, które to akurat oboje raczej mieli gdzieś. Mimo to nie posunąłby się do podejmowania aż tak egoistycznych decyzji.
- I co wtedy? O czym będą gadać stare baby? - Spytał, starając się utrzymać poważny wyraz twarzy, nawet jeśli nie było go w jego oczach - te się śmiały. - Zupełnie o tym nie pomyślałaś, prawda? - Nie mógł, po prostu nie mógł sobie tego darować, musiał jej o tym przypomnieć.
Ta biel była tak samo ironiczna jak ikoniczna. Szczególnie podczas Lithy, choć mogła również z powodzeniem sprawdzić się też podczas innych sabatów, na których młode panny podkreślały swoją czystość i niewinność. Piękny kolor. W istocie Geraldine było w nim wyjątkowo do twarzy. Szczególnie, jeśli wcześniej spędzali kilka weekendów nad morzem albo na takich pieszych wędrówkach jak ta, którą teraz odbywali. Śnieżna barwa materiału podkreślała złotobrązowy odcień skóry i te wszystkie drobne ciemniejsze piegi. Wyglądała wyjątkowo dobrze...
...tyle tylko, że nieodmiennie przyciągała również wyjątkowo jednoznaczne spojrzenia koła wielkomiejskich plotkar. Prawdę mówiąc, było to nawet całkiem zabawne. Rozrywka może nie na miarę robienia przedstawienia. Nie takiego jak wtedy podczas pierwszego pamiętnego Yule, gdy całkowicie świadomie ściągali na siebie uwagę, udając parę. Dla zabawy, oczywiście. Nadal nie wiedział, jakim cudem udało im się uniknąć wtedy raczej całkiem typowego dla nich końca wieczoru.
Teraz już tego nie robili. Nie odsuwali się od siebie na zbyt długo. Nie kończyli wieczoru na jednym tańcu. Nie było też potrzeby teatralnych pocałunków. Te kradzione przelotnie poza zasięgiem plotkarskich spojrzeń zdecydowanie były dużo słodsze. Kryły w sobie sugestię i obietnicę czegoś znacznie bardziej otwartego, gdy tylko uda im się wrócić do domu.
A czasami dużo wcześniej. Nie raz i nie dwa bowiem zdarzało im się znikać na kilka chwil albo już na stałe. Dzięki temu zdecydowanie polubił uczestnictwo w tych wszystkich wydarzeniach. Szczególnie moment tuż po nich. Te błogie chwile całkowitego rozprężenia. Zrzucanie z siebie ubrań, pozwalanie sobie na swobodne oddychanie. Przynajmniej do momentu, gdy te oddechy nie zaczynały na nowo robić się cięższe i bardziej urywane. Tyle tylko, że już w zdecydowanie lepszych okolicznościach. Takich, w których noszenie chustki zdecydowanie było niepotrzebne.
- Będzie pasować ci do oczu. - Stwierdził luźno, wcale nie widząc w tym nawet najmniejszego problemu. - Poza tym od kiedy przejmujesz się takimi rzeczami? - Nie musiała mu odpowiadać, przecież wiedział, że od mniej więcej nigdy; dlatego tym bardziej jakoś niespecjalnie wierzył jej w inność każdej uzbieranej sukienki. - No dobra. Wobec tego wisiorek - kiwnął głową, wreszcie lokalizując odpowiedni stragan i ruszając z miejsca pomiędzy mrowiem ludzi.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down