29.01.2025, 20:59 ✶
Przy jednej osobie tajemnica zazwyczaj była bezpieczna. Przy dwóch osobach... ...cóż... ... jeszcze w tamtym momencie, Ambroise sądził, że mogła mieć się dobrze. Trzy osoby sprawiały, że zaczynało robić się tłoczno, ale ponownie - jeszcze do wytrzymania (jakże był naiwny; miał się o tym przekonać już kilka chwil później). Od czterech wzwyż?
Tu już zaczynało robić się coraz bardziej grząsko. Nie wiedział, gdzie leżała magiczna granica, gdy sekrety stawały się powszechnie znane. Kiedy tajemnica zyskiwała ten wymowny dodatek w postaci poliszynela. Kiedy zaś stawała się tak jawna, że w ogóle nie była już niczym więcej niżeli tylko szumnie obgadywanym faktem.
Człowiek z Ministerstwa a pismak. To było niczym wybór pomiędzy kiłą a rzeżączką. Szczególnie, jeśli mogli zamiast tego spróbować uniknąć i tego, i tego. Być może podejmując ryzyko, ale czy znowu znacznie większe niż to, jakie wynikałoby z zaufania kolejnej osobie? No, niekoniecznie.
Szczególnie, że Cornelius miał wszystko, co konieczne. Zarówno ten swój rodzinny talent, który był doskonale znany Greengrassowi. Nie raz i nie dwa ratując mu jego własną dupę. Jak i koneksje z Departamentem Tajemnic, prawdopodobną możliwość użyczenia myślodsiewni na potrzeby jakiegoś bardziej skomplikowanego śledztwa. Musieli tylko jakieś mieć i...
...i wtedy padło to nazwisko. Tak właściwie to połączenie tych dwóch konkretnych słów składających się w personalia. Cain Bletchey.
Słyszał to poprzedniego wieczoru. Niemalże całą noc. Prawie aż do białego świtu. Odruchowo spojrzał na Geraldine, otwierając usta i wyciągając ku niej rękę, bo nawet jeśli w tym momencie nie panowała między nimi zbyt dobra atmosfera, przecież mu na niej zależało. Cholernie mocno. Nie zostawiłby tak tego, zwłaszcza teraz. Cornelius mógł nie zdawać sobie sprawy z wypowiedzianych słów, jednak Ambroise zdecydowanie to robił. Posyłając przyjacielowi jednoznaczne spojrzenie (zamknij się), instynktownie zaczął podnosić swoje ciało z fotela. Planował bez pytania zmienić miejsce. Znaleźć się tam, gdzie sądził, że potrzebował być w tym momencie. Na kanapie.
Uniósł się, odstawiając szklankę na stół. W dalszym ciągu mając w głowie jasny obraz tego, co uważał za słuszne i...
...wtedy nadeszła kolejna fala chaosu. Gorąco rozlało się w jego wnętrzu. Spojrzał wprost na Yaxleyównę, z początku nie dowierzając w zasłyszane słowa. Tak, jeszcze przed chwilą był wobec niej niepotrzebnie ostry i nieprzystępny. Uraziła go swoim przekazem, sposobem, w jaki przedstawiła sytuację Corneliusowi.
Jednak te słowa?
Opadł na fotel, rozszerzając powieki i zaciskając szczękę.
- Tak - proste, precyzyjne, lodowato zimne słowo.
Nie odwrócił wzroku, nie spuścił głowy. Wręcz przeciwnie - prowokacyjnie zadarł podbródek. Nie zamierzał dłużej angażować się w rozmowę o dopplegangerze. W końcu w oczach Geraldine to ewidentnie nie było nic. Żaden na tyle dramatyczny problem, by on musiał skorzystać ze swojego standardowego posunięcia i spierdolić, bo zrobiło się zbyt poważnie. Ewidentnie pomylił się w osądzie. Zarówno wtedy w barze, jak i później w jaskini, po wyjściu z leża demona i przez cały czas od tamtej pory.
I nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że była przytłoczona wspomnieniem o Cainie, całym tym gównem z widmami, z nieistniejącym bratem, z brakiem ich wspólnej przyszłości. Nie zasłużył sobie na takie traktowanie.
Na pierwszy z dwóch ciosów, które tego dnia padały tak lekko wyprowadzoną ręką.
Cornelius...
...tego też Roise się nie spodziewał.
- Ależ jest - odpowiedział niemal nie dając Geraldine skończyć.
Nawet nie drgnęła mu powieka, nie wykrzywił się kącik ust, nie zadrżał mięsień na twarzy. Ambroise po prostu patrzył na Corneliusa w ten całkowicie pozbawiony emocji sposób.
- Prawda, Corio? Opowiedz Geraldine jak to wyglądało z perspektywy dobrego samarytanina - kontynuował dokładnie tym samym zatrważająco lekkim, nawet wręcz nieznacznie pogodnym tonem - jak ciężko ci było poradzić sobie z tą sytuacją, bo twój najlepszy przyjaciel postanowił się zabić. Boo hoo. Biedny Cornelius, tak bardzo się starał a teraz znowu musi przejmować się tym, czy ten niestabilny emocjonalnie, niegodny zaufania typ nie postanowi znowu czegoś odjebać. I biedna skrzywdzona Rina, którą typ się znudził, więc dogodnie spierdolił. Wracając, wykorzystując jej naiwność i znowu się nudząc. Och biedni wy - tym razem nawet uniósł kącik ust, jednocześnie sięgając ku szklance z whisky i bez zawahania opróżniając ją jednym haustem.
Nawet nie mrugnął.
Słowa Geraldine zapiekły go do żywego. Jeśli wcześniej starał się ją zrozumieć, być dla niej oparciem, niemalże przenosząc się na kanapę tuż obok Yaxleyówny. Jeżeli przedtem po tej nieudanej teleportacji trzymał ją za rękę, splatając ich palce. W nocy kołysał ją w ramionach, opierając podbródek na poczochranej blond głowie wtulonej w jego szeroką pierś.
Wtedy, gdy mówił jej, że ją kocha, że nigdy nie chodziło mu o to, że przestał. Kiedy dawał jej do zrozumienia, że gdyby nie okoliczności zewnętrzne i jego własne błędne decyzje, nie porzuciłby tego, co mieli. Wspominał o planach, całej tej otoczce. Pozwolił sobie na to, aby wyrzucić z siebie bardzo podobne słowa do tych, którymi w niego cisnęła...
...teraz poczuł się tak, jakby oboje go zdradzili. Cornelius wyciągając coś, co miało być ich wspólnym sekretem. Czymś, na co spuścili zasłonę zapomnienia. Niechlubnym wydarzeniem, incydentem, po którym obaj musieli pozbierać się od nowa.
Geraldine rzucając mu prosto w twarz tym porównaniem, którego trafności zawsze się obawiał. Wiedziała, że tego nie chciał. Próbował postępować słusznie, obawiając się pójścia w ślady matki. Starając się robić wszystko, żeby tego nie powtórzyć. A mimo to nie był w stanie przed tym uciec. Zrobił to. A ona wyciągnęła to przeciw niemu w tak banalnie prosty, bezmyślny sposób, jakby tylko czekała na okazję.
Myślał, że mają to za sobą. Te wszystkie wspólne dni i noce. Walka z dopplegangerem, od której nie rozstawali się na dłużej niż kilka godzin dopiero czwartego dnia. Mieli dać sobie pożegnać się we właściwy sposób.
Ten nim nie był.
Szklanka ponownie trafiła na stół. Tym razem nie czekał aż ktokolwiek zdecyduje się rozlać kolejkę. Tym razem nie planował też przelewać alkoholu w nowe szkło. Zamiast tego podniósł się z miejsca, bez słowa kierując kroki do barku. Wyciągając stamtąd butelkę absyntu, odkorkowując ją zębami i pociągając głęboki łyk prosto z butelki.
- Nie, nie zamierzam - parsknął pod nosem, kręcąc głową i kolejny raz przechylając trunek ku ustom.
Niemalże dokładnie w tym samym momencie, w którym zdecydował się sięgnąć wolną ręką do kieszeni po klucze od mieszkania na górze. Przesuwając je między palcami, przeniósł wzrok na Lestrange'a.
- Przyniosę ci twoją jebaną literaturę - stwierdził chłodno, nie przestając uśmiechać się w ten gorzki, pozbawiony radości sposób. - Masz farta, że to moja druga specjalność. Zaraz po spierdalaniu - to mówiąc, obrócił się na pięcie, opuszczając pomieszczenie - cicho, ale z głuchym trzaskiem drzwi wejściowych.
Tu już zaczynało robić się coraz bardziej grząsko. Nie wiedział, gdzie leżała magiczna granica, gdy sekrety stawały się powszechnie znane. Kiedy tajemnica zyskiwała ten wymowny dodatek w postaci poliszynela. Kiedy zaś stawała się tak jawna, że w ogóle nie była już niczym więcej niżeli tylko szumnie obgadywanym faktem.
Człowiek z Ministerstwa a pismak. To było niczym wybór pomiędzy kiłą a rzeżączką. Szczególnie, jeśli mogli zamiast tego spróbować uniknąć i tego, i tego. Być może podejmując ryzyko, ale czy znowu znacznie większe niż to, jakie wynikałoby z zaufania kolejnej osobie? No, niekoniecznie.
Szczególnie, że Cornelius miał wszystko, co konieczne. Zarówno ten swój rodzinny talent, który był doskonale znany Greengrassowi. Nie raz i nie dwa ratując mu jego własną dupę. Jak i koneksje z Departamentem Tajemnic, prawdopodobną możliwość użyczenia myślodsiewni na potrzeby jakiegoś bardziej skomplikowanego śledztwa. Musieli tylko jakieś mieć i...
...i wtedy padło to nazwisko. Tak właściwie to połączenie tych dwóch konkretnych słów składających się w personalia. Cain Bletchey.
Słyszał to poprzedniego wieczoru. Niemalże całą noc. Prawie aż do białego świtu. Odruchowo spojrzał na Geraldine, otwierając usta i wyciągając ku niej rękę, bo nawet jeśli w tym momencie nie panowała między nimi zbyt dobra atmosfera, przecież mu na niej zależało. Cholernie mocno. Nie zostawiłby tak tego, zwłaszcza teraz. Cornelius mógł nie zdawać sobie sprawy z wypowiedzianych słów, jednak Ambroise zdecydowanie to robił. Posyłając przyjacielowi jednoznaczne spojrzenie (zamknij się), instynktownie zaczął podnosić swoje ciało z fotela. Planował bez pytania zmienić miejsce. Znaleźć się tam, gdzie sądził, że potrzebował być w tym momencie. Na kanapie.
Uniósł się, odstawiając szklankę na stół. W dalszym ciągu mając w głowie jasny obraz tego, co uważał za słuszne i...
...wtedy nadeszła kolejna fala chaosu. Gorąco rozlało się w jego wnętrzu. Spojrzał wprost na Yaxleyównę, z początku nie dowierzając w zasłyszane słowa. Tak, jeszcze przed chwilą był wobec niej niepotrzebnie ostry i nieprzystępny. Uraziła go swoim przekazem, sposobem, w jaki przedstawiła sytuację Corneliusowi.
Jednak te słowa?
Opadł na fotel, rozszerzając powieki i zaciskając szczękę.
- Tak - proste, precyzyjne, lodowato zimne słowo.
Nie odwrócił wzroku, nie spuścił głowy. Wręcz przeciwnie - prowokacyjnie zadarł podbródek. Nie zamierzał dłużej angażować się w rozmowę o dopplegangerze. W końcu w oczach Geraldine to ewidentnie nie było nic. Żaden na tyle dramatyczny problem, by on musiał skorzystać ze swojego standardowego posunięcia i spierdolić, bo zrobiło się zbyt poważnie. Ewidentnie pomylił się w osądzie. Zarówno wtedy w barze, jak i później w jaskini, po wyjściu z leża demona i przez cały czas od tamtej pory.
I nawet jeśli zdawał sobie sprawę z tego, że była przytłoczona wspomnieniem o Cainie, całym tym gównem z widmami, z nieistniejącym bratem, z brakiem ich wspólnej przyszłości. Nie zasłużył sobie na takie traktowanie.
Na pierwszy z dwóch ciosów, które tego dnia padały tak lekko wyprowadzoną ręką.
Cornelius...
...tego też Roise się nie spodziewał.
- Ależ jest - odpowiedział niemal nie dając Geraldine skończyć.
Nawet nie drgnęła mu powieka, nie wykrzywił się kącik ust, nie zadrżał mięsień na twarzy. Ambroise po prostu patrzył na Corneliusa w ten całkowicie pozbawiony emocji sposób.
- Prawda, Corio? Opowiedz Geraldine jak to wyglądało z perspektywy dobrego samarytanina - kontynuował dokładnie tym samym zatrważająco lekkim, nawet wręcz nieznacznie pogodnym tonem - jak ciężko ci było poradzić sobie z tą sytuacją, bo twój najlepszy przyjaciel postanowił się zabić. Boo hoo. Biedny Cornelius, tak bardzo się starał a teraz znowu musi przejmować się tym, czy ten niestabilny emocjonalnie, niegodny zaufania typ nie postanowi znowu czegoś odjebać. I biedna skrzywdzona Rina, którą typ się znudził, więc dogodnie spierdolił. Wracając, wykorzystując jej naiwność i znowu się nudząc. Och biedni wy - tym razem nawet uniósł kącik ust, jednocześnie sięgając ku szklance z whisky i bez zawahania opróżniając ją jednym haustem.
Nawet nie mrugnął.
Słowa Geraldine zapiekły go do żywego. Jeśli wcześniej starał się ją zrozumieć, być dla niej oparciem, niemalże przenosząc się na kanapę tuż obok Yaxleyówny. Jeżeli przedtem po tej nieudanej teleportacji trzymał ją za rękę, splatając ich palce. W nocy kołysał ją w ramionach, opierając podbródek na poczochranej blond głowie wtulonej w jego szeroką pierś.
Wtedy, gdy mówił jej, że ją kocha, że nigdy nie chodziło mu o to, że przestał. Kiedy dawał jej do zrozumienia, że gdyby nie okoliczności zewnętrzne i jego własne błędne decyzje, nie porzuciłby tego, co mieli. Wspominał o planach, całej tej otoczce. Pozwolił sobie na to, aby wyrzucić z siebie bardzo podobne słowa do tych, którymi w niego cisnęła...
...teraz poczuł się tak, jakby oboje go zdradzili. Cornelius wyciągając coś, co miało być ich wspólnym sekretem. Czymś, na co spuścili zasłonę zapomnienia. Niechlubnym wydarzeniem, incydentem, po którym obaj musieli pozbierać się od nowa.
Geraldine rzucając mu prosto w twarz tym porównaniem, którego trafności zawsze się obawiał. Wiedziała, że tego nie chciał. Próbował postępować słusznie, obawiając się pójścia w ślady matki. Starając się robić wszystko, żeby tego nie powtórzyć. A mimo to nie był w stanie przed tym uciec. Zrobił to. A ona wyciągnęła to przeciw niemu w tak banalnie prosty, bezmyślny sposób, jakby tylko czekała na okazję.
Myślał, że mają to za sobą. Te wszystkie wspólne dni i noce. Walka z dopplegangerem, od której nie rozstawali się na dłużej niż kilka godzin dopiero czwartego dnia. Mieli dać sobie pożegnać się we właściwy sposób.
Ten nim nie był.
Szklanka ponownie trafiła na stół. Tym razem nie czekał aż ktokolwiek zdecyduje się rozlać kolejkę. Tym razem nie planował też przelewać alkoholu w nowe szkło. Zamiast tego podniósł się z miejsca, bez słowa kierując kroki do barku. Wyciągając stamtąd butelkę absyntu, odkorkowując ją zębami i pociągając głęboki łyk prosto z butelki.
- Nie, nie zamierzam - parsknął pod nosem, kręcąc głową i kolejny raz przechylając trunek ku ustom.
Niemalże dokładnie w tym samym momencie, w którym zdecydował się sięgnąć wolną ręką do kieszeni po klucze od mieszkania na górze. Przesuwając je między palcami, przeniósł wzrok na Lestrange'a.
- Przyniosę ci twoją jebaną literaturę - stwierdził chłodno, nie przestając uśmiechać się w ten gorzki, pozbawiony radości sposób. - Masz farta, że to moja druga specjalność. Zaraz po spierdalaniu - to mówiąc, obrócił się na pięcie, opuszczając pomieszczenie - cicho, ale z głuchym trzaskiem drzwi wejściowych.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down