Pokręciła głową i wywróciła oczami. Sauriel był czasami (ok, częściej niż czasami) niepoprawnie niemożliwy, zwłaszcza gdy coś sobie ubzdurał. Próba wytłumaczenia mu tego i lekkiego zachęcenia do wybicia tego z głowy nigdy nie była prosta, ale Victoria i tak zamierzała próbować.
– Dlaczego porażki? Nie pokazujesz siebie na wybiegu czy w zoo, mówimy o twoim własnym pokoju – przed kim chciał te swoje pasje i wrażliwe strony kryć, przed samym sobą? – Będziesz to widział tylko ty i te osoby, które tu zaprosisz. To ma być twój azyl, nie więzienie, w którym musisz uważać na każdy krok i słowo. Nie zapraszaj tu kogoś, komu nie chcesz pokazać, jaki jesteś tutaj – i mówiąc słowo „tutaj”, odwróciła się odrobinę w jego kierunku, by palcem dotknąć jego piersi na wysokości serca, nawet dokładnie tam, gdzie się znajdowało. Nieistotne, że nie biło, nadal się tam znajdowało, a poza tym, chodziło o bardzo metaforyczne serce. – Nie zakładaj sobie kajdan sam – dodała już znacznie ciszej, nie patrząc teraz na tę piękną ścianę, a na Sauriela, trochę zadzierając głowę, żeby lepiej widzieć jego twarz.
– Co chemię? – nie zrozumiała i wyraźnie się zmieszała, próbując pojąć, o co dokładnie może mu chodzić. – To botanika, podstawa „działania” roślin – i zrobiła też w odpowiednim miejscu cudzysłowie w powietrzu palcami dłoni. – Fauna i flora zawsze mnie fascynowały. Może nie jestem żadnym hodowcą i nie robię tego zawodowo, ale jakoś… nie wiem. Zawsze mnie to odprężało – gadała sobie dalej, chociaż teraz, zamiast robić wykład na temat działania roślin, pustynnej mandragory i innych takich, to paplała o własnym doświadczeniu. – To chyba naturalny krąg zainteresowań, gdy złapie się bakcyla w eliksiroznawstwie – zmrużyła oczy, ponownie wpatrując się w tę jedną ścianę. Nawet lekko przechyliła głowę, a jej długie włosy znowu się poruszyły. – Opowiadałam ci? Jak byłam małym dzieckiem, to potrafiłam godzinami przesiadywać na fotelu w pracowni taty, patrzeć jak zajmuje się składnikami, jak warzy… Czasami pozwalał mi pociąć jakieś roślinki, a potem podnosił mnie na ręce i mogłam patrzeć, jak zmieniają się kolory w kotle, kiedy się dosypywało kolejne rzeczy – uśmiechnęła się do swoich wspomnień, bo wcale tak mało tych szczęśliwych nie było. Miała całkiem w porządku dzieciństwo, jej ojciec był spokojny, ona podzielała jego zainteresowania, co wyraźnie napawało go dumą, mogła się bawić z młodszą siostrą, później były to już siostry… No i często przebywała w towarzystwie Brenny, albo u Longbottomów, albo u nich w domu. Gorzej było wtedy, gdy matka zaczęła wywierać swoją presję. Zaś o tych roślinach, świetle i wodzie… chyba już mu kiedyś mówiła. To chyba wtedy właśnie wysnuła swoją jakże śmiałą teorię porównującą wampiry do roślin, a Sauriel zapoznał ją z konceptem ogórzych jajeczek. I dziękował jej, że miała nadzieję za ich dwójkę – że może da się przywrócić wampira do życia. – Oooch… to była tylko zaczepka – wyjaśniła mu, gdy jej twarz trochę się wygładziła po tym jakże słodkim cmoknięciu w czółko. Lubiła, gdy to robił – było bardzo czułe. – Bo na zdjęciu napisałeś „S + V”, a przedstawia ono ciebie i bluszcz – ciuchutko się zaśmiała. – To dla mnie? – chciała zapytać już wtedy, gdy jej to zdjęcie wcisną w rękę, ale zapytała teraz. Czy chciał, żeby to zdjęcie zrobiła, by wręczyć je jej?
Priorytetyzacja wątków wyglądała tak, że kwiaty i wystrój tego pokoju były ustawione w jej głowie na równi: bo to było ważne dla niego. A skoro już sobie pogadała o kwiatkach, to mogli rzeczywiście przejść do rzeczy bardziej przyziemnych, bo namacalnych.
– Kocie, zrobią ci taką za pomocą magii, nie martw się. Ani się obejrzysz i będzie twoja. A to naprawdę, naprawdę bardzo dobry pomysł – miała nadzieję, że jednak z niego nie zrezygnował na rzecz… zupełnej neutralności, która ewidentnie wcale nie wygrywała w jego głowie. – A jaki jest problem z meblami?