29.01.2025, 23:18 ✶
Lestrange był bardzo dobrym obserwatorem, lecz nie można było powiedzieć, że był w tej materii geniuszem. Potrafił wyciągać wnioski, dostrzegał też to, co nie było oczywiste na pierwszy rzut oka: rozpoznawał zmiany nastrojów, często potrafił rozpoznać, gdy ktoś kłamał lub próbował ukryć prawdę czy też był zdenerwowany. Leczy czy byłby w stanie wysnuć tak śmiałe wnioski, które doprowadziłyby go do odkrycia prawdy, która skrywała się za ciemnobrązowymi oczami. Nie umknęło mu jednak to, że coś się stało. Ucisk na nasadzie nosa, przepraszające słowa. Rodolphus uniósł nieznacznie brew, lecz nie miał absolutnie żadnego powodu, by podejrzewać, że Cain w swoich słowach jest zwyczajnie nieszczery. Hałas i środek nocy oraz to, co się działo w Fontannie, również jego wyprowadzały z równowagi. A ciężki dzień? Który z jego dni ostatnio nie był ciężki. Akurat tego dnia musiał być w swoim starym mieszkaniu na Horyzontalnej, by sprawdzić, czy jego ex nie odbiło i nie postanowiła wysadzić całej kamienicy, razem z nowym lokatorem mieszkania. Cudowny dzień - pełen spokoju i zwykłych, niezmąconych stresem decyzji.
Na słaby uśmiech odpowiedział nieco cieplejszym spojrzeniem. Lustrował jego twarz - zmęczoną, bladą, potrzebującą snu niemal tak, jak on sam. Rodolphus myślał, że gdy lato się skończy, będzie mógł odetchnąć i zwolnić kroku, nabrać dystansu. Okazało się jednak, że każdy kolejny dzień zmuszał go do przekraczania kolejnych granic i żonglowania swoją dostępnością w pracy i życiu prywatnym. Ile czasu minie, gdy będzie tak blady, jak siedzący naprzeciwko niego Fawley?
- Zapewne tak - zgodził się, chociaż nie z uprzejmości. Nie chciał, by kolejne słowa, które wypowiedział mężczyzna, rozwiały się jak ten papierosowy dym i nie doczekały się odpowiedzi. Podtrzymywanie konwersacji polegało na zupełnie czymś innym, lecz był już zmęczony wchodzeniem w buty osoby empatycznej, towarzyskiej i takiej, która się o innych troszczy. Dzisiaj naprawdę dotarł do ściany i naprężył strunę tak, że miał wrażenie, że ona zaraz pęknie, a wszystko to, co chował głęboko przed światem zewnętrznym, wylezie na zewnątrz. Na papierosy nawet nie spojrzał - nie palił i nie zamierzał tego zmieniać. W alkoholu mógł umoczyć usta raz na jakiś czas, czemu nie, ale papierosy? Oddech po nich był tak okropnie kartonowy, że tylko praworządność Ministerstwa Magii potrafiła być bardziej. - Po co miałbym rozmawiać z zamordowaną kochanką?
Zapytał, przekrzywiając lekko głowę. Wydawało się, że był szczerze zaintrygowany tokiem rozumowania ludzi, którzy wynajmowali Caina do tego typu... Rozrywek. Nie cofnął głowy, gdy Cain się nachylił. Wydawało się nawet, że lekko uniósł kącik ust, jakby powstrzymywał się, by nie unieść go wyżej na samo wyobrażenie sobie tej sytuacji. Po co rozmawiać z zamordowaną kochanką, skoro najpewniej to on by ją pozbawił życia?
- Potrzebuję, żebyś miał na kogoś oko - powiedział cicho, nie spuszczając wzroku z tych dużych, brązowych oczu. Przykuwały jego uwagę, bo w Londynie nie były tak popularne, jak mógłby się człowiek spodziewać. Większość ludzi tutaj miała przeróżne wariacje niebieskiego, które rozbijały się o inne odcienie tegoż koloru w tęczówkach. Tworzyły fantazyjne, piękne i unikatowe wzory, ale w gruncie rzeczy były dość... Popularne. Albo po prostu do tej pory nie rozmawiał z nikim o brązowych ślepiach na tyle długo, by im się przyjrzeć? - Leon Harris. Czasem pojawia się na Nokturnie, żeby kupić lub opchnąć eliksiry oraz nasiona rzadkich, niekoniecznie legalnych według Ministerstwa ziół.
Lestrange leniwym ruchem sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, na moment odpuszczając Cainowi badanie jego oczu. I tak za dużo nie mógł podziwiać, było zbyt ciemno, a Fawley mu nie ułatwiał sprawy, rozsiewając wszędzie siwy dym. Na stole pojawił się niewielki mieszek. W środku były same galeony. Konkretnie 10 sztuk. Lestrange odsunął szklanki piwa miękkim ruchem. Wiadomym było, że nie tkną tego, co było w szkle: ani on, ani Cain. A one tylko zawadzały.
- Byłoby nieuczciwe, gdyby pan Harris zerwał zawartą ze mną umowę na wyłączność. A ja byłbym zobowiązany, gdyby ktoś mi powiedział, jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce - powiedział, przesuwając woreczek w stronę Caina. - I jeszcze jedno. Bardzo bym chciał wiedzieć, kim dla niego jest Martha, o której napomknął mi kilka dni temu.
Uśmiechnął się niewinnie, tak jak tylko niewinnie mógł uśmiechać się człowiek, który prosi drugą osobę o to, by miała kogoś na oku i dowiedziała się, kim jest pewna szczególna dziewczyna w jego życiu. Uśmiech ten obejmował usta, lecz nie sięgał stalowoszarych oczu, które błyszczały teraz w świetle świec, chociaż sprawiały wrażenie lodowato zimnych.
- Pieniądze są twoje niezależnie od tego, jaki numer wywinie Harris - zaznaczył, żeby przypadkiem Cain nie pomyślał, że od tego może zależeć zapłata. Nie, Rodolphus chciał po prostu się upewnić, że Leon nie jest aż tak skończonym kretynem, za jakiego go miał. No i musiał się dowiedzieć, kim jest Martha, żeby móc być bardziej przekonującym przy następnym spotkaniu. - A za dwa tygodnie dostaniesz kolejny mieszek. Nie mógłbym pozwolić, żeby ktokolwiek z rodziny Cassandry chociażby odczuł wrażenie, że próbuję nie być słowny.
Na samo imię Cassandry coś w jego oku błysnęło. Co to jednak było - ciężko stwierdzić. Sympatia? A może nienawiść? Sam Rodolphus tego nie wiedział. Dużo tej babie zawdzięczał, ale i dużo stracił. Miał wrażenie, że wtedy w Mauzoleum zabrała resztki jego duszy i faktycznie tam umarł pod koniec sierpnia.
Na słaby uśmiech odpowiedział nieco cieplejszym spojrzeniem. Lustrował jego twarz - zmęczoną, bladą, potrzebującą snu niemal tak, jak on sam. Rodolphus myślał, że gdy lato się skończy, będzie mógł odetchnąć i zwolnić kroku, nabrać dystansu. Okazało się jednak, że każdy kolejny dzień zmuszał go do przekraczania kolejnych granic i żonglowania swoją dostępnością w pracy i życiu prywatnym. Ile czasu minie, gdy będzie tak blady, jak siedzący naprzeciwko niego Fawley?
- Zapewne tak - zgodził się, chociaż nie z uprzejmości. Nie chciał, by kolejne słowa, które wypowiedział mężczyzna, rozwiały się jak ten papierosowy dym i nie doczekały się odpowiedzi. Podtrzymywanie konwersacji polegało na zupełnie czymś innym, lecz był już zmęczony wchodzeniem w buty osoby empatycznej, towarzyskiej i takiej, która się o innych troszczy. Dzisiaj naprawdę dotarł do ściany i naprężył strunę tak, że miał wrażenie, że ona zaraz pęknie, a wszystko to, co chował głęboko przed światem zewnętrznym, wylezie na zewnątrz. Na papierosy nawet nie spojrzał - nie palił i nie zamierzał tego zmieniać. W alkoholu mógł umoczyć usta raz na jakiś czas, czemu nie, ale papierosy? Oddech po nich był tak okropnie kartonowy, że tylko praworządność Ministerstwa Magii potrafiła być bardziej. - Po co miałbym rozmawiać z zamordowaną kochanką?
Zapytał, przekrzywiając lekko głowę. Wydawało się, że był szczerze zaintrygowany tokiem rozumowania ludzi, którzy wynajmowali Caina do tego typu... Rozrywek. Nie cofnął głowy, gdy Cain się nachylił. Wydawało się nawet, że lekko uniósł kącik ust, jakby powstrzymywał się, by nie unieść go wyżej na samo wyobrażenie sobie tej sytuacji. Po co rozmawiać z zamordowaną kochanką, skoro najpewniej to on by ją pozbawił życia?
- Potrzebuję, żebyś miał na kogoś oko - powiedział cicho, nie spuszczając wzroku z tych dużych, brązowych oczu. Przykuwały jego uwagę, bo w Londynie nie były tak popularne, jak mógłby się człowiek spodziewać. Większość ludzi tutaj miała przeróżne wariacje niebieskiego, które rozbijały się o inne odcienie tegoż koloru w tęczówkach. Tworzyły fantazyjne, piękne i unikatowe wzory, ale w gruncie rzeczy były dość... Popularne. Albo po prostu do tej pory nie rozmawiał z nikim o brązowych ślepiach na tyle długo, by im się przyjrzeć? - Leon Harris. Czasem pojawia się na Nokturnie, żeby kupić lub opchnąć eliksiry oraz nasiona rzadkich, niekoniecznie legalnych według Ministerstwa ziół.
Lestrange leniwym ruchem sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, na moment odpuszczając Cainowi badanie jego oczu. I tak za dużo nie mógł podziwiać, było zbyt ciemno, a Fawley mu nie ułatwiał sprawy, rozsiewając wszędzie siwy dym. Na stole pojawił się niewielki mieszek. W środku były same galeony. Konkretnie 10 sztuk. Lestrange odsunął szklanki piwa miękkim ruchem. Wiadomym było, że nie tkną tego, co było w szkle: ani on, ani Cain. A one tylko zawadzały.
- Byłoby nieuczciwe, gdyby pan Harris zerwał zawartą ze mną umowę na wyłączność. A ja byłbym zobowiązany, gdyby ktoś mi powiedział, jeżeli taka sytuacja miałaby miejsce - powiedział, przesuwając woreczek w stronę Caina. - I jeszcze jedno. Bardzo bym chciał wiedzieć, kim dla niego jest Martha, o której napomknął mi kilka dni temu.
Uśmiechnął się niewinnie, tak jak tylko niewinnie mógł uśmiechać się człowiek, który prosi drugą osobę o to, by miała kogoś na oku i dowiedziała się, kim jest pewna szczególna dziewczyna w jego życiu. Uśmiech ten obejmował usta, lecz nie sięgał stalowoszarych oczu, które błyszczały teraz w świetle świec, chociaż sprawiały wrażenie lodowato zimnych.
- Pieniądze są twoje niezależnie od tego, jaki numer wywinie Harris - zaznaczył, żeby przypadkiem Cain nie pomyślał, że od tego może zależeć zapłata. Nie, Rodolphus chciał po prostu się upewnić, że Leon nie jest aż tak skończonym kretynem, za jakiego go miał. No i musiał się dowiedzieć, kim jest Martha, żeby móc być bardziej przekonującym przy następnym spotkaniu. - A za dwa tygodnie dostaniesz kolejny mieszek. Nie mógłbym pozwolić, żeby ktokolwiek z rodziny Cassandry chociażby odczuł wrażenie, że próbuję nie być słowny.
Na samo imię Cassandry coś w jego oku błysnęło. Co to jednak było - ciężko stwierdzić. Sympatia? A może nienawiść? Sam Rodolphus tego nie wiedział. Dużo tej babie zawdzięczał, ale i dużo stracił. Miał wrażenie, że wtedy w Mauzoleum zabrała resztki jego duszy i faktycznie tam umarł pod koniec sierpnia.