Dociekliwość młokosa była irytująca, widać że pisklę nie miało za bardzo okazji nauczyć się taktu od starszego pokolenia, ale w żadnej mierze nie dał po sobie poznać, żeby mu to jakkolwiek nie odpowiadało.
– Rodzinna plotka głosi, że moje korzenie są głęboko osadzone w jednej z prowincji wielkiego Cesarstwa Rzymskiego. Choć może tam mieszkali bardziej Grecy, a Anthony z tego co pamiętam wolał Rzymian, prawda? – To nie było trudne, zagrać tą kartą. Przedstawić jedno z flagowych zainteresowań byłego brytyjskiego ambasadora, o których paplał na balach, jakby od tego zależało jego życie. Hrabia zawsze brał udział w tych dysputach, znając historie z nieco odmiennej perspektywy. Wolał zdecydowanie to niż pogadanki o smokach...
– Mm... zmieniają się i nie zmieniają. Ludzkość przypomina takie koło... rozlazłe, przegnite, które mimo wszystko się toczy. I często to co jest na wierzchu wpada na dno, by znów zakołysać się i objawić światu. Chleba i igrzysk - to nęci ludzi. Jedzenie i przemoc. To się nie zmieniło i raczej nie zmieni – dodał tonem znawcy, choć może nie powinien, bo jego rozmówca zdawał się wysoko zadzierać swój zgrabny nosek. A może powinien? Aby nadać rozpędu konwersacji, pociągnąć go za język, czy zna może jeszcze kogo innego z bliskiego otoczenia Shafiq'a?
– Koniecznie, mogę nawet zorganizować bilety, tylko pamiętaj, że będzie po francusku. Warto podszlifować język do tego czasu – usłużnie zaoferował, nieświadom jeszcze na tym etapie rozmowy, jak bardzo młody czarodziej nie ma pojęcia na temat francuskiego. Uszy mu jednak zastrzygły na nazwanie Anthony'ego "wujem". Inny ambasador co prawda chwalił się chrześniakami, ale... czy to nie miało być właśnie tak, że troje przyjaciół przyjęło pod skrzydła troje dzieci? I zaraz padło to nazwisko. Zaraz padło imię. Dobrze, że nie musiał oddychać, bo pewnikiem zapomniałby teraz o oddychaniu, albo w drugą stronę, wziąłby głęboki oddech zdradzający skalę zaskoczenia.
Dawno już nie był wdzięczny losowi, za te absurdalne pomyłki związane z jego wyglądem.
– Theo... brat Jessiego i Rity? Chyba słyszałem o Was, przed laty, gdy wuj gościł w Paryżu. – Zwinne kłamstwo, możliwe do uchwycenia, choć mogłoby to umknąć młodzieńcowi, bo przecież Anthony zawsze używał ich pełnych imion, ale o tym mężczyzna nie wiedział. Chociaż nie, wcale nie kłamstwo. Bo słyszał od wuja, który gościł w Paryżu. Ot... nie tego, na którego wskazywałby tok rozmowy. – Rad jestem poznać! Zawsze byłem ciekaw, czemu tak rzadko odwiedzacie najpiękniejszą stolicę Europy. – W głowie pospiesznie kalkulował, czy ta ptaszyna mogła być już w miarę rozumna w tamtym czasie, te dziesięć lat temu, gdy usłyszał o niej po raz pierwszy. Jonathan zdecydował, że nie będzie przedstawiał go swoim przyjaciołom, choć może to on oponował gburowato, zazdrosny o atencję ukochanego? Teraz żałował, że nie przysłuchiwał się lepiej, ale kojarzył imiona, słów kilka o zainteresowaniach, pomagał kilkukrotnie wybierać prezenty. Prezenty dla dziewczynki zapamiętał lepiej, chłopcy mu się jednak mieszali będąc... chłopcami. Tam była niewielka różnica wieku.
– Otóż jeżeli chodzi o główne role, zawsze pomyśl sobie tak... – dodał, gdy mimowolnie zaczęli iść razem Aleją Horyzontalną – Wiele kobiet potrafi śpiewać pięknie, ze swojej natury. Są jak krowy, które jedzą trawę. Nie zastanawiają się zbytnio czemu to robią, po prostu im to wychodzi całkiem zgrzebnie. I teraz pomyśl, że w całej Anglii, w całym magicznym Londynie, dobrze śpiewających krów, pardon niewiast, jest dziesięć. Oczywistym jest to, że wybierzesz tę, która się dobrze prezentuje, skoro głosy mają równe. Jest mało dziedzin sztuki, gdzie głos jednak będzie miał przeważające znaczenie, gdzie gardło musi być wybitne, aby wygląd przestał mieć znaczenie. W operze to dzieje się częściej, zwłaszcza w przypadku Wagnera i temu podobnych, ale przyznam, że nigdy nie byłem fanem. Zdecydowanie wole część wizualną, koncept, który za nią stoi. Och, może dałbyś się zaprosić na kieliszek wina, czy... herbaty, skoro mama nieprzychylnie patrzy na palenie? – wskazał na wciąż otwartą Fontannę Szczęśliwego Losu, przed którą ustawionych było kilka okrągłych stolików. – Przyznam, że nie byłem w Anglii wiele lat, a Ty drogi Theo wydajesz się najodpowiedniejszą osobą do udzielenia mi porady, gdzie mógłby zasmakować Londynu, tak aby był soczysty i świeży? Bez kurzu minionych dekad, ciężaru imperialnej korony. Szukam świeżości. Idei Twojego pokolenia – mówił z charakterystyczną emfazą, pozwalając sobie na finezyjną gestykulację w roztaczanej wizji osoby bardzo zainteresowanej zdaniem i opinią swojego rozmówcy. Nie można było mu odmówić charyzmy i galanterii, która tylko trochę trąciła myszką jak na kogoś tak mocno zapatrzonego w teraźniejszość.
– Rodzinna plotka głosi, że moje korzenie są głęboko osadzone w jednej z prowincji wielkiego Cesarstwa Rzymskiego. Choć może tam mieszkali bardziej Grecy, a Anthony z tego co pamiętam wolał Rzymian, prawda? – To nie było trudne, zagrać tą kartą. Przedstawić jedno z flagowych zainteresowań byłego brytyjskiego ambasadora, o których paplał na balach, jakby od tego zależało jego życie. Hrabia zawsze brał udział w tych dysputach, znając historie z nieco odmiennej perspektywy. Wolał zdecydowanie to niż pogadanki o smokach...
– Mm... zmieniają się i nie zmieniają. Ludzkość przypomina takie koło... rozlazłe, przegnite, które mimo wszystko się toczy. I często to co jest na wierzchu wpada na dno, by znów zakołysać się i objawić światu. Chleba i igrzysk - to nęci ludzi. Jedzenie i przemoc. To się nie zmieniło i raczej nie zmieni – dodał tonem znawcy, choć może nie powinien, bo jego rozmówca zdawał się wysoko zadzierać swój zgrabny nosek. A może powinien? Aby nadać rozpędu konwersacji, pociągnąć go za język, czy zna może jeszcze kogo innego z bliskiego otoczenia Shafiq'a?
– Koniecznie, mogę nawet zorganizować bilety, tylko pamiętaj, że będzie po francusku. Warto podszlifować język do tego czasu – usłużnie zaoferował, nieświadom jeszcze na tym etapie rozmowy, jak bardzo młody czarodziej nie ma pojęcia na temat francuskiego. Uszy mu jednak zastrzygły na nazwanie Anthony'ego "wujem". Inny ambasador co prawda chwalił się chrześniakami, ale... czy to nie miało być właśnie tak, że troje przyjaciół przyjęło pod skrzydła troje dzieci? I zaraz padło to nazwisko. Zaraz padło imię. Dobrze, że nie musiał oddychać, bo pewnikiem zapomniałby teraz o oddychaniu, albo w drugą stronę, wziąłby głęboki oddech zdradzający skalę zaskoczenia.
Dawno już nie był wdzięczny losowi, za te absurdalne pomyłki związane z jego wyglądem.
– Theo... brat Jessiego i Rity? Chyba słyszałem o Was, przed laty, gdy wuj gościł w Paryżu. – Zwinne kłamstwo, możliwe do uchwycenia, choć mogłoby to umknąć młodzieńcowi, bo przecież Anthony zawsze używał ich pełnych imion, ale o tym mężczyzna nie wiedział. Chociaż nie, wcale nie kłamstwo. Bo słyszał od wuja, który gościł w Paryżu. Ot... nie tego, na którego wskazywałby tok rozmowy. – Rad jestem poznać! Zawsze byłem ciekaw, czemu tak rzadko odwiedzacie najpiękniejszą stolicę Europy. – W głowie pospiesznie kalkulował, czy ta ptaszyna mogła być już w miarę rozumna w tamtym czasie, te dziesięć lat temu, gdy usłyszał o niej po raz pierwszy. Jonathan zdecydował, że nie będzie przedstawiał go swoim przyjaciołom, choć może to on oponował gburowato, zazdrosny o atencję ukochanego? Teraz żałował, że nie przysłuchiwał się lepiej, ale kojarzył imiona, słów kilka o zainteresowaniach, pomagał kilkukrotnie wybierać prezenty. Prezenty dla dziewczynki zapamiętał lepiej, chłopcy mu się jednak mieszali będąc... chłopcami. Tam była niewielka różnica wieku.
– Otóż jeżeli chodzi o główne role, zawsze pomyśl sobie tak... – dodał, gdy mimowolnie zaczęli iść razem Aleją Horyzontalną – Wiele kobiet potrafi śpiewać pięknie, ze swojej natury. Są jak krowy, które jedzą trawę. Nie zastanawiają się zbytnio czemu to robią, po prostu im to wychodzi całkiem zgrzebnie. I teraz pomyśl, że w całej Anglii, w całym magicznym Londynie, dobrze śpiewających krów, pardon niewiast, jest dziesięć. Oczywistym jest to, że wybierzesz tę, która się dobrze prezentuje, skoro głosy mają równe. Jest mało dziedzin sztuki, gdzie głos jednak będzie miał przeważające znaczenie, gdzie gardło musi być wybitne, aby wygląd przestał mieć znaczenie. W operze to dzieje się częściej, zwłaszcza w przypadku Wagnera i temu podobnych, ale przyznam, że nigdy nie byłem fanem. Zdecydowanie wole część wizualną, koncept, który za nią stoi. Och, może dałbyś się zaprosić na kieliszek wina, czy... herbaty, skoro mama nieprzychylnie patrzy na palenie? – wskazał na wciąż otwartą Fontannę Szczęśliwego Losu, przed którą ustawionych było kilka okrągłych stolików. – Przyznam, że nie byłem w Anglii wiele lat, a Ty drogi Theo wydajesz się najodpowiedniejszą osobą do udzielenia mi porady, gdzie mógłby zasmakować Londynu, tak aby był soczysty i świeży? Bez kurzu minionych dekad, ciężaru imperialnej korony. Szukam świeżości. Idei Twojego pokolenia – mówił z charakterystyczną emfazą, pozwalając sobie na finezyjną gestykulację w roztaczanej wizji osoby bardzo zainteresowanej zdaniem i opinią swojego rozmówcy. Nie można było mu odmówić charyzmy i galanterii, która tylko trochę trąciła myszką jak na kogoś tak mocno zapatrzonego w teraźniejszość.