30.01.2025, 01:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.03.2025, 00:44 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
- Nie, nie. Wtedy eskalowało - poprawił dziewczynę.
Nie musiał zbyt długo myśleć, żeby podważyć słowa wypowiedziane przez Rinę, nawet jeśli poniekąd powinien być z nich zadowolony, bo się z nim zgodziła. Jasne, wtedy po raz pierwszy pojawili się razem w jej, teraz już ich (to była naprawdę miła myśl) mieszkaniu nie jako przyjaciele a dwoje ludzi spragnionych siebie nawzajem. Swojego dotyku, ciepła nagiej skóry, zapomnienia o wszelkich sztucznie wykreowanych granicach i zatracenia się w tym, co od kilku lat było już dla nich całkowicie normalne.
Wtedy robili to po raz pierwszy. Nadal jeszcze trochę niedowierzający w to, że w tak prosty i gładki sposób mogli zmienić status swojej relacji. Szczególnie po tylu minionych miesiącach przepełnionych wrażeniem potykania się o własne nogi i brodzenia w naprawdę grząskim, cholernie głębokim bagnie.
Pierwszy raz znaleźli się w swoich objęciach. Pierwszy raz ściągnął z niej sukienkę. Pierwszy raz zatracił się w pocałunkach znacznie lepszych od tamtego przelotnego, o którym wielokrotnie myślał przez te wszystkie tygodnie przyjaźni. Kochali się ze sobą po raz pierwszy... ...drugi... ...trzeci. Na przestrzeni pięciu dni kochali się wiele razy, później wcale nie przestając stronić od dotyku.
Minęły lata a oni w dalszym ciągu zachowywali się pod tym względem jak napalone uczniaki. I ani trochę mu to nie przeszkadzało. To było ich. Łączyli te wszystkie chwile na różne sposoby i w wielu różnorodnych okolicznościach. Dlatego te hołdowanie tradycji Równonocy było całkiem zabawne. W końcu o żadnym z nich nie można było powiedzieć, że grzecznie trzymali się na wyciągnięcie ręki, czekając z czymś więcej do ślubu albo co najmniej zaręczyn.
Być może dla lokalnych znudzonych plotkar poszukujących nowych tematów (albo w istocie jakichkolwiek tematów, bo przecież ten był stosunkowo stary) okazjonalne pojawianie się Geraldine w białej sukience zdecydowanie było pożywką do gadania. A przecież nie wiedziały nawet połowy tego, co w rzeczywistości sprawiało, że Ambroise czuł się całkiem rozbawiony tym konkretnym doborem koloru kreacji. Niby w teorii wiedząc, z czego wynikał, bo przecież podczas Lithy mało która panna wybierała inną paletę barw niż śnieżną biel, delikatną kość słoniową, zieleń liści w wianku i barwne odcienie kwiatów.
A jednak śmiejąc się pod nosem, gdy przechadzał się ze swoim niewiniątkiem pod rękę, zdecydowanie planując jeszcze tej samej nocy skalać ją igraszkami w pościeli. I to takimi, o których nie myślały nawet najbardziej kreatywne z plotkar. Takie w sekrecie czytające naprawdę skandaliczne powieści jak to robiła między innymi jego macocha, głośno chrząkając i pąsowiejąc, gdy ktoś przeszedł zbyt blisko jej pleców, podczas gdy męczyła kolejne dzieło literackie.
- Na pewno możemy rzucić im jakieś nowe odstępstwo od reguły. Tak. Skoro tak to ujmujesz, zamieniam się w słuch - odmruknął z błyskiem w oku, całkowicie pewien tego, że Geraldine nie rzuciła tych słów tak po prostu - tylko po to, aby coś powiedzieć.
Musiała mieć przynajmniej kilka propozycji a on zdecydowanie był skłonny rozważyć je wszystkie. W końcu zabawy w drobne towarzyskie prowokacje nie były dla nich pierwszyzną, czyż nie?
To, że obecnie przez większość czasu nie zaprzątali sobie nimi głowy, świadomie wybierając napawanie się wzajemną obecnością nie oznaczało, że nie mogli od czasu do czasu pozwolić sobie na jakiś drobny wyskok. Nie skandal - skandale były im w zupełności niepotrzebne, ale niewielkie zamieszanie? Czemu by nie? Biała kiecka była już stara i nudna, nawet jeśli wymieniana co roku na nową.
- Mhm. Ta, jasne, bo ci uwierzę - zbył ją, tak po prostu zbył ją machnięciem ręki, szczególnie że w to dawał jeszcze mniej wiary niż w zakładanie nowych białych kreacji przez te cztery sabaty. - Nic nie musimy - rzucił niemalże odruchowo, przywołując sprzedawcę gestem ręki i bez dobijania jakiegokolwiek targu (szanujmy się, tak?) po prostu wciskając mu pieniądze, żeby mogli jak najszybciej odejść od stoiska.
Szczególnie, że mieli już całkowicie nowy konkretny cel, do którego mogli się przemieścić. Trzymał Geraldine za rękę, odruchowo mocniej plącząc ich palce, gdy parli do przodu przez gęstniejący tłum. Być może ryzyko zgubienia się nawzajem było niemalże żadne, bo bez problemu mieli się znaleźć już po kilku rzutach okiem na otoczenie. A jednak nie potrzebowali utrudniać sobie życia, prawda?
Dojście do stoiska z biżuterią zajęło im dostatecznie długo. Zanim stanęli przed straganem, minęła dłuższa chwila. Etniczne naszyjniki z kolorowymi koralikami, delikatne bransoletki z kamieni półszlachetnych, błyszczące złote i srebrne zawieszki, kolczyki... ...pierścionki.
Trzy lata wspólnego życia. Pięć lat znajomości. Szmat czasu, nawet dla kogoś, kto nigdy nie zamierzał się wiązać. A jednak to zrobił. Byli szczęśliwi, żyło im się dobrze, całkiem właściwie.
Powinien?
Nie, nie tu i teraz, ale w przyszłości?
Niby nie zaprzątał sobie głowy tymi kwestiami, jednak myśli o przyszłości zagościły w jego głowie, nie dając się tak po prostu odsunąć czy przepędzić. Nie teraz. Nie podczas tego wyjazdu, który mimo bycia tak podobnym do wszystkich poprzednich jednocześnie wydawał się zupełnie inny. Kręcili się wokół siebie od jesieni sześćdziesiątego czwartego. Bliżej czy dalej, ale zawsze w niepodważalnie dostrzegalnej odległości.
Mieli swoje wzloty. Naprawdę wyjątkowo dobre początki. Mieli upadki. Tamte naprawdę długie miesiące, praktycznie rok pełen napięć i wściekłych spojrzeń. Zaliczyli etap wrogości i przyjaźni, nigdy obojętności. Byli razem od wielu lat, tworząc coś, co musiało być stałe.
Od samego początku wiedział, że cokolwiek mają jest wyjątkowe. Zdawał sobie sprawę z tego, że chce spędzić resztę życia u boku Yaxleyówny. Niemal bezwiednie, praktycznie od zawsze był tego pewien. Nie bawili się w formalności, nie zaprzątali sobie tym głowy.
Przeprowadzili tylko jedną rozmowę wiele lat temu. Od tamtej pory temat nie pojawił się ani razu. Czy mogłaby tego chcieć? Nie: czy byłoby to właściwe? Tego był pewien. To było właściwe. W dodatku przecież z technicznego punktu widzenia niewiele by zmieniło. W dalszym ciągu mogliby żyć według swoich zasad i reguł. Całkowicie po swojemu. Tyle tylko, że z trochę większą swobodą pod kątem podejmowania decyzji, z mniejszym ryzykiem, że prędzej czy później zainteresuje się nimi ktoś z jednej albo drugiej rodziny.
Jednak na razie skupiał się na wisiorkach, starając się utrzymać na nich spojrzenie i próbując ukryć swoje wewnętrzne przemyślenia, gdy jego ukochana z przeglądała różnorodne wyroby, nieświadoma myśli, które krążyły w głowie Ambroisa.
- Ten? - Spytał luźno, jednocześnie unosząc ku Geraldine złoty wisiorek.
Tak. To był ten. Ostatni drobny szczegół udanego dnia, po którego zakupie darowali sobie całą resztę, opuszczając targowisko przed burzą. Idealnie w porę.
Nie musiał zbyt długo myśleć, żeby podważyć słowa wypowiedziane przez Rinę, nawet jeśli poniekąd powinien być z nich zadowolony, bo się z nim zgodziła. Jasne, wtedy po raz pierwszy pojawili się razem w jej, teraz już ich (to była naprawdę miła myśl) mieszkaniu nie jako przyjaciele a dwoje ludzi spragnionych siebie nawzajem. Swojego dotyku, ciepła nagiej skóry, zapomnienia o wszelkich sztucznie wykreowanych granicach i zatracenia się w tym, co od kilku lat było już dla nich całkowicie normalne.
Wtedy robili to po raz pierwszy. Nadal jeszcze trochę niedowierzający w to, że w tak prosty i gładki sposób mogli zmienić status swojej relacji. Szczególnie po tylu minionych miesiącach przepełnionych wrażeniem potykania się o własne nogi i brodzenia w naprawdę grząskim, cholernie głębokim bagnie.
Pierwszy raz znaleźli się w swoich objęciach. Pierwszy raz ściągnął z niej sukienkę. Pierwszy raz zatracił się w pocałunkach znacznie lepszych od tamtego przelotnego, o którym wielokrotnie myślał przez te wszystkie tygodnie przyjaźni. Kochali się ze sobą po raz pierwszy... ...drugi... ...trzeci. Na przestrzeni pięciu dni kochali się wiele razy, później wcale nie przestając stronić od dotyku.
Minęły lata a oni w dalszym ciągu zachowywali się pod tym względem jak napalone uczniaki. I ani trochę mu to nie przeszkadzało. To było ich. Łączyli te wszystkie chwile na różne sposoby i w wielu różnorodnych okolicznościach. Dlatego te hołdowanie tradycji Równonocy było całkiem zabawne. W końcu o żadnym z nich nie można było powiedzieć, że grzecznie trzymali się na wyciągnięcie ręki, czekając z czymś więcej do ślubu albo co najmniej zaręczyn.
Być może dla lokalnych znudzonych plotkar poszukujących nowych tematów (albo w istocie jakichkolwiek tematów, bo przecież ten był stosunkowo stary) okazjonalne pojawianie się Geraldine w białej sukience zdecydowanie było pożywką do gadania. A przecież nie wiedziały nawet połowy tego, co w rzeczywistości sprawiało, że Ambroise czuł się całkiem rozbawiony tym konkretnym doborem koloru kreacji. Niby w teorii wiedząc, z czego wynikał, bo przecież podczas Lithy mało która panna wybierała inną paletę barw niż śnieżną biel, delikatną kość słoniową, zieleń liści w wianku i barwne odcienie kwiatów.
A jednak śmiejąc się pod nosem, gdy przechadzał się ze swoim niewiniątkiem pod rękę, zdecydowanie planując jeszcze tej samej nocy skalać ją igraszkami w pościeli. I to takimi, o których nie myślały nawet najbardziej kreatywne z plotkar. Takie w sekrecie czytające naprawdę skandaliczne powieści jak to robiła między innymi jego macocha, głośno chrząkając i pąsowiejąc, gdy ktoś przeszedł zbyt blisko jej pleców, podczas gdy męczyła kolejne dzieło literackie.
- Na pewno możemy rzucić im jakieś nowe odstępstwo od reguły. Tak. Skoro tak to ujmujesz, zamieniam się w słuch - odmruknął z błyskiem w oku, całkowicie pewien tego, że Geraldine nie rzuciła tych słów tak po prostu - tylko po to, aby coś powiedzieć.
Musiała mieć przynajmniej kilka propozycji a on zdecydowanie był skłonny rozważyć je wszystkie. W końcu zabawy w drobne towarzyskie prowokacje nie były dla nich pierwszyzną, czyż nie?
To, że obecnie przez większość czasu nie zaprzątali sobie nimi głowy, świadomie wybierając napawanie się wzajemną obecnością nie oznaczało, że nie mogli od czasu do czasu pozwolić sobie na jakiś drobny wyskok. Nie skandal - skandale były im w zupełności niepotrzebne, ale niewielkie zamieszanie? Czemu by nie? Biała kiecka była już stara i nudna, nawet jeśli wymieniana co roku na nową.
- Mhm. Ta, jasne, bo ci uwierzę - zbył ją, tak po prostu zbył ją machnięciem ręki, szczególnie że w to dawał jeszcze mniej wiary niż w zakładanie nowych białych kreacji przez te cztery sabaty. - Nic nie musimy - rzucił niemalże odruchowo, przywołując sprzedawcę gestem ręki i bez dobijania jakiegokolwiek targu (szanujmy się, tak?) po prostu wciskając mu pieniądze, żeby mogli jak najszybciej odejść od stoiska.
Szczególnie, że mieli już całkowicie nowy konkretny cel, do którego mogli się przemieścić. Trzymał Geraldine za rękę, odruchowo mocniej plącząc ich palce, gdy parli do przodu przez gęstniejący tłum. Być może ryzyko zgubienia się nawzajem było niemalże żadne, bo bez problemu mieli się znaleźć już po kilku rzutach okiem na otoczenie. A jednak nie potrzebowali utrudniać sobie życia, prawda?
Dojście do stoiska z biżuterią zajęło im dostatecznie długo. Zanim stanęli przed straganem, minęła dłuższa chwila. Etniczne naszyjniki z kolorowymi koralikami, delikatne bransoletki z kamieni półszlachetnych, błyszczące złote i srebrne zawieszki, kolczyki... ...pierścionki.
Trzy lata wspólnego życia. Pięć lat znajomości. Szmat czasu, nawet dla kogoś, kto nigdy nie zamierzał się wiązać. A jednak to zrobił. Byli szczęśliwi, żyło im się dobrze, całkiem właściwie.
Powinien?
Nie, nie tu i teraz, ale w przyszłości?
Niby nie zaprzątał sobie głowy tymi kwestiami, jednak myśli o przyszłości zagościły w jego głowie, nie dając się tak po prostu odsunąć czy przepędzić. Nie teraz. Nie podczas tego wyjazdu, który mimo bycia tak podobnym do wszystkich poprzednich jednocześnie wydawał się zupełnie inny. Kręcili się wokół siebie od jesieni sześćdziesiątego czwartego. Bliżej czy dalej, ale zawsze w niepodważalnie dostrzegalnej odległości.
Mieli swoje wzloty. Naprawdę wyjątkowo dobre początki. Mieli upadki. Tamte naprawdę długie miesiące, praktycznie rok pełen napięć i wściekłych spojrzeń. Zaliczyli etap wrogości i przyjaźni, nigdy obojętności. Byli razem od wielu lat, tworząc coś, co musiało być stałe.
Od samego początku wiedział, że cokolwiek mają jest wyjątkowe. Zdawał sobie sprawę z tego, że chce spędzić resztę życia u boku Yaxleyówny. Niemal bezwiednie, praktycznie od zawsze był tego pewien. Nie bawili się w formalności, nie zaprzątali sobie tym głowy.
Przeprowadzili tylko jedną rozmowę wiele lat temu. Od tamtej pory temat nie pojawił się ani razu. Czy mogłaby tego chcieć? Nie: czy byłoby to właściwe? Tego był pewien. To było właściwe. W dodatku przecież z technicznego punktu widzenia niewiele by zmieniło. W dalszym ciągu mogliby żyć według swoich zasad i reguł. Całkowicie po swojemu. Tyle tylko, że z trochę większą swobodą pod kątem podejmowania decyzji, z mniejszym ryzykiem, że prędzej czy później zainteresuje się nimi ktoś z jednej albo drugiej rodziny.
Jednak na razie skupiał się na wisiorkach, starając się utrzymać na nich spojrzenie i próbując ukryć swoje wewnętrzne przemyślenia, gdy jego ukochana z przeglądała różnorodne wyroby, nieświadoma myśli, które krążyły w głowie Ambroisa.
- Ten? - Spytał luźno, jednocześnie unosząc ku Geraldine złoty wisiorek.
Tak. To był ten. Ostatni drobny szczegół udanego dnia, po którego zakupie darowali sobie całą resztę, opuszczając targowisko przed burzą. Idealnie w porę.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down