30.01.2025, 23:22 ✶
Parszywie. Czuł się naprawdę cholernie parszywie, zdecydowanie potrzebując tego całego czasu, jaki spędził w samotności w czterech ścianach swojego londyńskiego mieszkania. Jeśli zaś miałby być ze sobą całkowicie szczery to prawdopodobnie jeszcze wielu kolejnych godzin, jeżeli nie tygodni, bo zdecydowanie nie był gotowy na powrót do tego wszystkiego, co wcale nie zniknęło wraz z jego wyjściem z włości Corneliusa.
Wręcz przeciwnie. To było szambo. Głębokie, bardzo grząskie szambo, które właśnie wybiło z całą swoją mocą i intensywnością a posprzątanie tego syfu nie było kwestią dobrej woli. Prawdę mówiąc nawet nie wiedział czy istnieje szansa na to, by uporządkować to do tego stopnia, w jakim znajdowało się wcześniej.
Mimo tego musiał wreszcie przestać rozczulać się nad swoim trudnym życiem (oraz jeszcze trudniejszą, bo nieudaną śmiercią) wracając do reszty towarzystwa. Tak jak to oznajmił - trzymając naręcze pięciu całkiem ciężkich książek, gdy wszedł do pomieszczenia. Zdecydowanym krokiem podchodząc do pozostałej dwójki.
Arcana nan deas-ghnàthan Ceilteach z głuchym tąpnięciem wylądowały na stoliku kawowym zaraz obok opróżnionej butelki alkoholu, niemalże ją przy tym przewracając. Ambroise uniósł brwi, spoglądając na puste szkło na drewnianym blacie, później na nową, choć już mniej niż bardziej wypełnioną whisky w ręku Corneliusa. Ewidentnie pijącego z gwinta, choć Lestrange zazwyczaj zarzekał się, że czasy tak żenującego braku kultury minęły mniej więcej dziesięć, może dwanaście lat temu. Nawet piwo zwykli pić wspólnie z kufla.
Mimo to, Greengrass nie skomentował tego faktu. Nie był też specjalnie zaskoczony zastanym widokiem. W dalszym ciągu wyglądał na podminowanego, nawet jeśli w jego ruchy wkradła się pewna specyficzna powolność. Precyzja, której wcześniej tam nie było.
Pomimo zdecydowanego braku butelki zabranego przez niego absyntu w zasięgu czyjegokolwiek wzroku (zresztą otwarcie zabrał ją przecież ze sobą, gdy wychodził z mieszkania przyjaciela) Roise ani trochę nie chwiał się na nogach. Był wyprostowany, może nawet sztywny niczym struna, co nie zdarzało mu się tak często. Zdecydowanie częściej musiał pilnować postawy w drugą stronę, instynktownie przygarniając się w drzwiach i w pobliżu żyrandoli. Szczególnie takich jak w tym pomieszczeniu.
Nadal wysoko trzymał podbródek. Jego spojrzenie było przejrzyste, całkowicie świadome i równie nieprzystępne. Bez dwóch zdań dystansował się od wszystkiego, co działo się w mieszkaniu Corio. Zarówno przed wyjściem, zanim Roise opuścił salon, jak i podczas jego nieobecności (domyślał się, że ta dwójka raczej nie siedziała wtedy w ciszy) czy teraz w tym momencie.
Przebrał się w swoje ubrania. Po drodze zdążył wrzucić pożyczone ciuchy do kosza na pranie w pomieszczeniu gospodarczym Lestrange'a. Skoro ten sekret (swoją drogą najmniej problematyczny - przynajmniej z pozoru; technicznie rzecz biorąc nie będący też tajemnicą, tylko raczej brakiem informacji) został wyciągnięty... ...Ambroise zdecydowanie nie musiał paradować w naczelnych barwach kogoś, na kogo w dalszym ciągu był wkurwiony.
Choć zdecydowanie nie bardziej niż na siebie, bo to przecież on pękł pod wpływem sugestii Corneliusa i wyrzucił z siebie tamte słowa. Coś, co miało być ich niechlubnym prywatnym doświadczeniem, przykrym i godnym pożałowania wspomnieniem traumy, nagle stało się niemalże sprawą publiczną.
Greengrass nawet nie próbował patrzeć na Geraldine. Nie chciał przypominać sobie o tamtym spojrzeniu, jakie mu wtedy posłała. O wyrazie jej załzawionych (choć przez Caina, nie jego) błękitnych tęczówek, zblednięciu, rozchylonych ustach czy czymkolwiek innym, co swoją drogą nadal miał przed oczami. Nie umiał tego wyprzeć.
Poprawił podciągnięte rękawy ciemnozielonej koszuli, moment później sięgając do kieszeni czarnych spodni, by wyjąć stamtąd ciemnobrązową wizytówkę na sztywnym papierze. Dorzucił ją na sam wierzch kupki książek, jednocześnie zaciągając się palonym papierosem. Mały, niby niepozorny prostokącik zdobiła wyłącznie jedna linijka wytłoczeń wypełnionych niemal niewidocznym czarnym tuszem. Adres w Newtown St Boswells. Sekundę, może dwie po tym jak kawałek papieru wylądował na książkach, po stoliku potoczyła się nieregularna tłoczona moneta z celtyckim jeleniem.
- Griorgair będzie wiedzieć, czego szukasz - rzucił krótko, niemal burkliwie, zdecydowanie nieprzyjemnie, przenosząc wzrok ze stolika na okno a potem na odbicie drzwi w pobliskiej szybie. - To na tyle - tak, zdecydowanie wyrażał tymi słowami jedną konkretną chęć - chęć powrotu do Doliny Godryka.
Tyle tylko, że wcześniej musiał jeszcze zabrać kota z Piaskownicy, bo przecież nie zamierzał go tam zostawić, nie?
- Gerry, idziesz czy zostajesz? - Tak, zdecydowanie wyrażał tymi słowami jedną konkretną chęć - chęć powrotu do wszystkiego, czego nie było między nimi przez ostatnie pół roku.
Tyle tylko, że wcześniej musiała jeszcze zabrać psy z Piaskownicy, bo przecież wątpił, by zamierzała tam z nimi zostać, nie?
Nie patrzył w kierunku Yaxleyówny. Ich wspólne zapomnienie dobiegało końca.
Wręcz przeciwnie. To było szambo. Głębokie, bardzo grząskie szambo, które właśnie wybiło z całą swoją mocą i intensywnością a posprzątanie tego syfu nie było kwestią dobrej woli. Prawdę mówiąc nawet nie wiedział czy istnieje szansa na to, by uporządkować to do tego stopnia, w jakim znajdowało się wcześniej.
Mimo tego musiał wreszcie przestać rozczulać się nad swoim trudnym życiem (oraz jeszcze trudniejszą, bo nieudaną śmiercią) wracając do reszty towarzystwa. Tak jak to oznajmił - trzymając naręcze pięciu całkiem ciężkich książek, gdy wszedł do pomieszczenia. Zdecydowanym krokiem podchodząc do pozostałej dwójki.
Arcana nan deas-ghnàthan Ceilteach z głuchym tąpnięciem wylądowały na stoliku kawowym zaraz obok opróżnionej butelki alkoholu, niemalże ją przy tym przewracając. Ambroise uniósł brwi, spoglądając na puste szkło na drewnianym blacie, później na nową, choć już mniej niż bardziej wypełnioną whisky w ręku Corneliusa. Ewidentnie pijącego z gwinta, choć Lestrange zazwyczaj zarzekał się, że czasy tak żenującego braku kultury minęły mniej więcej dziesięć, może dwanaście lat temu. Nawet piwo zwykli pić wspólnie z kufla.
Mimo to, Greengrass nie skomentował tego faktu. Nie był też specjalnie zaskoczony zastanym widokiem. W dalszym ciągu wyglądał na podminowanego, nawet jeśli w jego ruchy wkradła się pewna specyficzna powolność. Precyzja, której wcześniej tam nie było.
Pomimo zdecydowanego braku butelki zabranego przez niego absyntu w zasięgu czyjegokolwiek wzroku (zresztą otwarcie zabrał ją przecież ze sobą, gdy wychodził z mieszkania przyjaciela) Roise ani trochę nie chwiał się na nogach. Był wyprostowany, może nawet sztywny niczym struna, co nie zdarzało mu się tak często. Zdecydowanie częściej musiał pilnować postawy w drugą stronę, instynktownie przygarniając się w drzwiach i w pobliżu żyrandoli. Szczególnie takich jak w tym pomieszczeniu.
Nadal wysoko trzymał podbródek. Jego spojrzenie było przejrzyste, całkowicie świadome i równie nieprzystępne. Bez dwóch zdań dystansował się od wszystkiego, co działo się w mieszkaniu Corio. Zarówno przed wyjściem, zanim Roise opuścił salon, jak i podczas jego nieobecności (domyślał się, że ta dwójka raczej nie siedziała wtedy w ciszy) czy teraz w tym momencie.
Przebrał się w swoje ubrania. Po drodze zdążył wrzucić pożyczone ciuchy do kosza na pranie w pomieszczeniu gospodarczym Lestrange'a. Skoro ten sekret (swoją drogą najmniej problematyczny - przynajmniej z pozoru; technicznie rzecz biorąc nie będący też tajemnicą, tylko raczej brakiem informacji) został wyciągnięty... ...Ambroise zdecydowanie nie musiał paradować w naczelnych barwach kogoś, na kogo w dalszym ciągu był wkurwiony.
Choć zdecydowanie nie bardziej niż na siebie, bo to przecież on pękł pod wpływem sugestii Corneliusa i wyrzucił z siebie tamte słowa. Coś, co miało być ich niechlubnym prywatnym doświadczeniem, przykrym i godnym pożałowania wspomnieniem traumy, nagle stało się niemalże sprawą publiczną.
Greengrass nawet nie próbował patrzeć na Geraldine. Nie chciał przypominać sobie o tamtym spojrzeniu, jakie mu wtedy posłała. O wyrazie jej załzawionych (choć przez Caina, nie jego) błękitnych tęczówek, zblednięciu, rozchylonych ustach czy czymkolwiek innym, co swoją drogą nadal miał przed oczami. Nie umiał tego wyprzeć.
Poprawił podciągnięte rękawy ciemnozielonej koszuli, moment później sięgając do kieszeni czarnych spodni, by wyjąć stamtąd ciemnobrązową wizytówkę na sztywnym papierze. Dorzucił ją na sam wierzch kupki książek, jednocześnie zaciągając się palonym papierosem. Mały, niby niepozorny prostokącik zdobiła wyłącznie jedna linijka wytłoczeń wypełnionych niemal niewidocznym czarnym tuszem. Adres w Newtown St Boswells. Sekundę, może dwie po tym jak kawałek papieru wylądował na książkach, po stoliku potoczyła się nieregularna tłoczona moneta z celtyckim jeleniem.
- Griorgair będzie wiedzieć, czego szukasz - rzucił krótko, niemal burkliwie, zdecydowanie nieprzyjemnie, przenosząc wzrok ze stolika na okno a potem na odbicie drzwi w pobliskiej szybie. - To na tyle - tak, zdecydowanie wyrażał tymi słowami jedną konkretną chęć - chęć powrotu do Doliny Godryka.
Tyle tylko, że wcześniej musiał jeszcze zabrać kota z Piaskownicy, bo przecież nie zamierzał go tam zostawić, nie?
- Gerry, idziesz czy zostajesz? - Tak, zdecydowanie wyrażał tymi słowami jedną konkretną chęć - chęć powrotu do wszystkiego, czego nie było między nimi przez ostatnie pół roku.
Tyle tylko, że wcześniej musiała jeszcze zabrać psy z Piaskownicy, bo przecież wątpił, by zamierzała tam z nimi zostać, nie?
Nie patrzył w kierunku Yaxleyówny. Ich wspólne zapomnienie dobiegało końca.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down