31.01.2025, 13:17 ✶
Obawiał się. Może nie zamierzał tego przyznać, jednak wbijając wzrok w sylwetkę dziewczyny, mimowolnie spodziewał się odtrącenia wyciągniętej dłoni. Braku reakcji. Wpatrywania się w fale tak długo aż po prostu musiałby odejść, bo nie zamierzał przekraczać i tych granic.
Tak. Mógłby to zrobić. Od razu do niej podejść. Wepchnąć się w jej samotny moment. Tyle tylko, że co by z tego miał? Zawsze sięgając po to, czego chciał (lub przynajmniej tak sobie mówiąc) tym razem, gdyby tego nie pragnęła i tak odszedłby z pustymi rękami.
Nie mógł zmusić Geraldine do tego, by się z nim pożegnała. Tak jak nie mógł zmusić jej do zrozumienia wszystkiego, co się działo. Szczególnie, że sam się w tym gubił. Z dnia na dzień coraz bardziej.
Mimowolnie zaczerpując powietrza, gdy dostrzegł ruch Geraldine, wyłącznie resztkami sił nie ugiął się pod intensywnością jej spojrzenia. Tym razem jednak nie odpowiedział tym samym. Spojrzał na nią, później przeniósł wzrok na fale i na piasek, chowając różdżkę do kieszeni i dopiero wtedy znów zawieszając wzrok na Yaxleyównie.
Wystarczył ten ruch ręki.
Kiwnął głową. Podszedł.
Kiedy siedzieli tu po raz ostatni, te kilka dni wcześniej tuż po opuszczeniu leża dopplegangera, znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Nie fizycznie, choć gdyby zwracał uwagę na takie szczegóły, pewnie to też miałoby jakieś znaczenie. Teraz usiedli zdecydowanie mniej osłonięci od wiatru miotającego włosami Geraldine we wszystkie możliwe strony. On sam profilaktycznie związał swoje. W tym momencie czując chłodne podmuchy na twarzy i bardzo powoli wciągając świeże powietrze do płuc.
Kiedy siedzieli tu po raz ostatni, te kilka dni wcześniej po opuszczeniu leża dopplegangera, znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Mentalnie. Na to zwracał teraz uwagę. Myśląc o tym, czy aby na pewno było w ten sposób? Wtedy też panowała między nimi gęsta, niemalże namacalna cisza, której nie przerwało żadne z nich. Nie wiedzieli, co przyniosą następne godziny. Co tak właściwie robili w Piaskownicy, co robili tuż obok siebie nawzajem. Kim dla siebie byli.
Przypadkowymi uczestnikami tych samych trudnych wydarzeń? Nie. Sojusznikami? Nie. Przyjaciółmi? Do tego też nigdy nie mogli wrócić. Odpowiedź powinna sama nasuwać się na myśl. Byli dla siebie przeszłością. Tyle tylko, że przeszłość nie zachowywała się w ten sposób. Tak, miała paskudną tendencję do rozgrzebywania ran. Szczególnie tych nie zasklepionych a tych mieli najwięcej. Jednak nie tworzyła nowych.
Zaś oni niemal nieustannie się ranili. Nawet jeśli tego nie chcieli, wystarczyła chwila, aby zadać nieprzemyślany cios odbijający się rykoszetem w ich oboje. To nie było jednostronne zadawanie bólu. Niemal od razu miało swoje zwrotne konsekwencje. A przecież nie powinno tak być. Skoro nie chcieli się krzywdzić (a wiedział, że nie chcieli) to czemu znowu to sobie robili?
Poprzedni dzień był znacznie piękniejszy niż ten teraz. Nie mogli powiedzieć, że wszystko było wtedy łatwe, lecz z pewnością było łatwiejsze. Świeciło słońce. Teraz z nieba spadała wilgotna mżawka oblepiająca sobą wszystko dookoła. Promienie słoneczne raz na jakiś czas przebijały się przez chmury, tworząc pasma padające na wzburzone stalowoszare fale. Spienione kolosy obijały się o klify, podczas gdy oni odbijali się od ciszy. Od niewidzialnej ściany. Muru powstającego między nimi.
Teraz nie był jeszcze tak gruby jak mógłby się zdawać. Miał może dwadzieścia, może dwadzieścia pięć centymetrów. Tyle, ile dzieliło ich od siebie, gdy Ambroise usiadł na piasku. Wciąż jeszcze sypkim. Mżawka musiała nadejść niedawno. Być może chwilę po tym jak wrócili do domu?
Nie zwracał uwagi na takie rzeczy, gdy pojawili się w Whitby, bezmyślnie sprawdzając, że dawno nakładane zabezpieczenia przed teleportacją przestały działać. Byli w stanie pojawić się tuż przy schodkach na ganek, od razu wchodząc do domu. Do zwierząt. Dwóch psów, bo kot oczywiście nie raczył pojawić się przy drzwiach.
Roise niemal machinalnie podklepał oba po łbach, później starając się ignorować ich obecność. Nie przez to, że nie chciał, żeby tam były. Przez to, że ich widok stanowił jednoznaczny widok tego jak bardzo ponownie spierdolili sprawę. Tego, że czas mijał nieubłaganie. Tego, że to kiedyś była ich wspólna wizja, teraz wyłącznie życie Geraldine. Tego, że jeszcze rano mieli faktyczny zamiar pozostać tu na dłużej. Teraz?
Nie bez powodu usiadł obok dziewczyny, nie tuż przy niej i nie za nią. Nie objął jej bez słowa. Nie dał jej oprzeć się o jego ciało a sam sobie wesprzeć brody na jej głowie. Nie przycisnął ust do jasnych włosów. Nie osłonił ukochanej przed chłodnym wiatrem. W ciszy zajął miejsce te cholerne dwadzieścia, dwadzieścia pięć centymetrów od niej. Bez słowa. Brakowało mu teraz słów.
Jak mieli rozmawiać o tym, co się stało? To nigdy nie było łatwe, jednak teraz wydawało się wręcz niemożliwe. Zwłaszcza po tej nocy. Po długim późnym wieczorze, jaki nastał tuż po tamtym liście. Cain Bletchey nie żył. Pogrzeb odbył się wiele dni wcześniej, ale poturbowana sowa dotarła z opóźnieniem. Musieli się nią zająć, by i ona nie podzieliła nieszczęsnego losu. A potem...
...potem nie było dobrze.
Tak właściwie, od tamtego czasu wszystko zaczęło stopniowo coraz bardziej się rozsypywać. Zupełnie tak, jakby los nagle sobie o nich przypomniał. Wcześniej byli w stanie umknąć jego spojrzeniu. Na chwilę zawisnąć gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią.
Czy wili tu sobie gniazdko? Być może. Sam nie wiedział, bo choć jednocześnie trwał przy postanowieniu, że cokolwiek się między nimi działo, nie mieli zagwarantować sobie żadnej przyszłości. To zarazem zachowywał się zupełnie inaczej. Lżej, luźniej, szczęśliwiej. Momentami być może nawet nieroztropnie.
Mogłoby się zdawać, że czyny, nie słowa zawsze były dla nich ostatecznym wyrazem intencji. A ich czyny wskazywały na coś wręcz brutalnie kontrastującego z deklaracjami. Ze słowami, które może zbyt twardo, nazbyt pochopnie wypowiedział na korytarzu w mieszkaniu przyjaciela. Nie chciał zranić nimi Geraldine, tym bardziej, że siebie też nimi ranił. To było nie do rozdzielenia.
W przeciwieństwie do nich, bo oni bardzo szybko zaczęli coraz bardziej odcinać się od siebie nawzajem. Tym razem publicznie. Na oczach kogoś trzeciego. Ciskając kolejnymi pochopnymi słowami zakończonymi tym przeklętym wyznaniem. Choć może to był wyrzut? Nie chciał, żeby to tak brzmiało. Zwłaszcza po tym wszystkim, co stało się w ostatnim czasie.
Ta tajemnica miała nigdy nie wypłynąć. Najwidoczniej w tym wszystkim, co nim targało... ...zarówno teraz, jak i wtedy... ...całkowicie zapomniał o tym, że ich wzajemne sekrety miały tendencję do wypływania na wierzch. Niekontrolowane najczęściej w najbardziej nieodpowiednich momentach. Zupełnie takich jak tamten wtedy.
Teraz było cicho. Przejmująco cicho. Przymknął oczy, nie otwierając ust. Nic nie mówiąc, bo co miałby powiedzieć? Że przeprasza? Że jest mu przykro? Że to wszystko nie było takie jak mogło się zdawać? Słowa już padły. Ciosy zostały zadane.
Niemal tak, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł całkowicie pogrążyć ich w bagnie, bardzo powoli przesunął dłoń po piasku...
Tak. Mógłby to zrobić. Od razu do niej podejść. Wepchnąć się w jej samotny moment. Tyle tylko, że co by z tego miał? Zawsze sięgając po to, czego chciał (lub przynajmniej tak sobie mówiąc) tym razem, gdyby tego nie pragnęła i tak odszedłby z pustymi rękami.
Nie mógł zmusić Geraldine do tego, by się z nim pożegnała. Tak jak nie mógł zmusić jej do zrozumienia wszystkiego, co się działo. Szczególnie, że sam się w tym gubił. Z dnia na dzień coraz bardziej.
Mimowolnie zaczerpując powietrza, gdy dostrzegł ruch Geraldine, wyłącznie resztkami sił nie ugiął się pod intensywnością jej spojrzenia. Tym razem jednak nie odpowiedział tym samym. Spojrzał na nią, później przeniósł wzrok na fale i na piasek, chowając różdżkę do kieszeni i dopiero wtedy znów zawieszając wzrok na Yaxleyównie.
Wystarczył ten ruch ręki.
Kiwnął głową. Podszedł.
Kiedy siedzieli tu po raz ostatni, te kilka dni wcześniej tuż po opuszczeniu leża dopplegangera, znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Nie fizycznie, choć gdyby zwracał uwagę na takie szczegóły, pewnie to też miałoby jakieś znaczenie. Teraz usiedli zdecydowanie mniej osłonięci od wiatru miotającego włosami Geraldine we wszystkie możliwe strony. On sam profilaktycznie związał swoje. W tym momencie czując chłodne podmuchy na twarzy i bardzo powoli wciągając świeże powietrze do płuc.
Kiedy siedzieli tu po raz ostatni, te kilka dni wcześniej po opuszczeniu leża dopplegangera, znajdowali się w zupełnie innym miejscu. Mentalnie. Na to zwracał teraz uwagę. Myśląc o tym, czy aby na pewno było w ten sposób? Wtedy też panowała między nimi gęsta, niemalże namacalna cisza, której nie przerwało żadne z nich. Nie wiedzieli, co przyniosą następne godziny. Co tak właściwie robili w Piaskownicy, co robili tuż obok siebie nawzajem. Kim dla siebie byli.
Przypadkowymi uczestnikami tych samych trudnych wydarzeń? Nie. Sojusznikami? Nie. Przyjaciółmi? Do tego też nigdy nie mogli wrócić. Odpowiedź powinna sama nasuwać się na myśl. Byli dla siebie przeszłością. Tyle tylko, że przeszłość nie zachowywała się w ten sposób. Tak, miała paskudną tendencję do rozgrzebywania ran. Szczególnie tych nie zasklepionych a tych mieli najwięcej. Jednak nie tworzyła nowych.
Zaś oni niemal nieustannie się ranili. Nawet jeśli tego nie chcieli, wystarczyła chwila, aby zadać nieprzemyślany cios odbijający się rykoszetem w ich oboje. To nie było jednostronne zadawanie bólu. Niemal od razu miało swoje zwrotne konsekwencje. A przecież nie powinno tak być. Skoro nie chcieli się krzywdzić (a wiedział, że nie chcieli) to czemu znowu to sobie robili?
Poprzedni dzień był znacznie piękniejszy niż ten teraz. Nie mogli powiedzieć, że wszystko było wtedy łatwe, lecz z pewnością było łatwiejsze. Świeciło słońce. Teraz z nieba spadała wilgotna mżawka oblepiająca sobą wszystko dookoła. Promienie słoneczne raz na jakiś czas przebijały się przez chmury, tworząc pasma padające na wzburzone stalowoszare fale. Spienione kolosy obijały się o klify, podczas gdy oni odbijali się od ciszy. Od niewidzialnej ściany. Muru powstającego między nimi.
Teraz nie był jeszcze tak gruby jak mógłby się zdawać. Miał może dwadzieścia, może dwadzieścia pięć centymetrów. Tyle, ile dzieliło ich od siebie, gdy Ambroise usiadł na piasku. Wciąż jeszcze sypkim. Mżawka musiała nadejść niedawno. Być może chwilę po tym jak wrócili do domu?
Nie zwracał uwagi na takie rzeczy, gdy pojawili się w Whitby, bezmyślnie sprawdzając, że dawno nakładane zabezpieczenia przed teleportacją przestały działać. Byli w stanie pojawić się tuż przy schodkach na ganek, od razu wchodząc do domu. Do zwierząt. Dwóch psów, bo kot oczywiście nie raczył pojawić się przy drzwiach.
Roise niemal machinalnie podklepał oba po łbach, później starając się ignorować ich obecność. Nie przez to, że nie chciał, żeby tam były. Przez to, że ich widok stanowił jednoznaczny widok tego jak bardzo ponownie spierdolili sprawę. Tego, że czas mijał nieubłaganie. Tego, że to kiedyś była ich wspólna wizja, teraz wyłącznie życie Geraldine. Tego, że jeszcze rano mieli faktyczny zamiar pozostać tu na dłużej. Teraz?
Nie bez powodu usiadł obok dziewczyny, nie tuż przy niej i nie za nią. Nie objął jej bez słowa. Nie dał jej oprzeć się o jego ciało a sam sobie wesprzeć brody na jej głowie. Nie przycisnął ust do jasnych włosów. Nie osłonił ukochanej przed chłodnym wiatrem. W ciszy zajął miejsce te cholerne dwadzieścia, dwadzieścia pięć centymetrów od niej. Bez słowa. Brakowało mu teraz słów.
Jak mieli rozmawiać o tym, co się stało? To nigdy nie było łatwe, jednak teraz wydawało się wręcz niemożliwe. Zwłaszcza po tej nocy. Po długim późnym wieczorze, jaki nastał tuż po tamtym liście. Cain Bletchey nie żył. Pogrzeb odbył się wiele dni wcześniej, ale poturbowana sowa dotarła z opóźnieniem. Musieli się nią zająć, by i ona nie podzieliła nieszczęsnego losu. A potem...
...potem nie było dobrze.
Tak właściwie, od tamtego czasu wszystko zaczęło stopniowo coraz bardziej się rozsypywać. Zupełnie tak, jakby los nagle sobie o nich przypomniał. Wcześniej byli w stanie umknąć jego spojrzeniu. Na chwilę zawisnąć gdzieś pomiędzy czasem a przestrzenią.
Czy wili tu sobie gniazdko? Być może. Sam nie wiedział, bo choć jednocześnie trwał przy postanowieniu, że cokolwiek się między nimi działo, nie mieli zagwarantować sobie żadnej przyszłości. To zarazem zachowywał się zupełnie inaczej. Lżej, luźniej, szczęśliwiej. Momentami być może nawet nieroztropnie.
Mogłoby się zdawać, że czyny, nie słowa zawsze były dla nich ostatecznym wyrazem intencji. A ich czyny wskazywały na coś wręcz brutalnie kontrastującego z deklaracjami. Ze słowami, które może zbyt twardo, nazbyt pochopnie wypowiedział na korytarzu w mieszkaniu przyjaciela. Nie chciał zranić nimi Geraldine, tym bardziej, że siebie też nimi ranił. To było nie do rozdzielenia.
W przeciwieństwie do nich, bo oni bardzo szybko zaczęli coraz bardziej odcinać się od siebie nawzajem. Tym razem publicznie. Na oczach kogoś trzeciego. Ciskając kolejnymi pochopnymi słowami zakończonymi tym przeklętym wyznaniem. Choć może to był wyrzut? Nie chciał, żeby to tak brzmiało. Zwłaszcza po tym wszystkim, co stało się w ostatnim czasie.
Ta tajemnica miała nigdy nie wypłynąć. Najwidoczniej w tym wszystkim, co nim targało... ...zarówno teraz, jak i wtedy... ...całkowicie zapomniał o tym, że ich wzajemne sekrety miały tendencję do wypływania na wierzch. Niekontrolowane najczęściej w najbardziej nieodpowiednich momentach. Zupełnie takich jak tamten wtedy.
Teraz było cicho. Przejmująco cicho. Przymknął oczy, nie otwierając ust. Nic nie mówiąc, bo co miałby powiedzieć? Że przeprasza? Że jest mu przykro? Że to wszystko nie było takie jak mogło się zdawać? Słowa już padły. Ciosy zostały zadane.
Niemal tak, jakby każdy gwałtowniejszy ruch mógł całkowicie pogrążyć ich w bagnie, bardzo powoli przesunął dłoń po piasku...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down