31.01.2025, 16:49 ✶
Milczenie zawisło między nimi jak ciężki woal. Niczym powoli opadająca kurtyna. To miał być koniec, prawda? Ostateczne zakończenie nie tylko odchodzącego lata, lecz także wszystkiego, co mogłoby się zdawać, że zaczęli zbierać. Cegiełka po cegiełce, ostatnie dwa dni pokazały, że w dalszym ciągu potrafili to robić. Umieli być szczęśliwi, zachowywać się przy sobie tak swobodnie jak przez niemal wszystkie lata, które razem spędzili.
Tyle tylko, że w tym momencie coraz wyraźniej ukazywały się te pomijane szczegóły obrazu. Im dłużej się w niego wpatrywali, tym więcej elementów dostrzegali. Co z tego, że zbierali coś w pozorną całość, jeśli nie robili tego na zawsze? Dokładali kolejne cegiełki, nie wypalając ich uprzednio? Lepiąc je na dobre intencje i słowa wydające im się słuszne?
To były raczej zamki z piasku. Kruche budowle gotowe rozpaść się w podmuchach wiatru niczym piaskowa wydra, którą posłał w kierunku Geraldine. Zareagowała. Pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. Przynajmniej fizycznie, bo mentalnie znowu byli od siebie oddaleni o setki mil. Ponownie znaleźli się na skraju. Każde z nich zawieszone na swojej własnej krawędzi nad przepaścią.
Wiedział to. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla obojga było to niemalże tak samo trudne. Byli do siebie zbyt podobni. Zbyt uwikłani w cokolwiek, co ich łączyło, teraz równocześnie ich od siebie oddzielając. W to, co kiedyś nazywali miłością. W to, co w dalszym ciągu nią było, tyle tylko, że gdzieś po drodze nabrało znacznie trudniejszego, bardziej gorzkiego wydźwięku.
Nie chciał myśleć o tym w ten sposób, jednak gdzieś w głębi duszy obawiał się, że ten moment kiedyś nadejdzie. Przez wiele lat świadomie stronił od podejmowania jakichkolwiek prób zbliżenia się do drugiej osoby. Nie potrzebował zobowiązań, nie potrzebował zmartwień, nie potrzebował tego wszystkiego, co na tamtym etapie życia wydawało mu się wyłącznie przeszkodą w osiągnięciu jakiegoś wyższego celu. Nieokreślonych korzyści, mitycznej całkowitej niezależności.
Wszystkiego, co teraz nie miało już dla niego najmniejszego znaczenia. Utraciło je w pierwszej chwili, gdy spojrzał w parę niebieskich oczu, odnajdując w nich wszystko, czego tak naprawdę pragnął. Być może to było ckliwe. Miękkie, żenująco sentymentalne. Może nie pasowało do obrazu człowieka, którym był, ale w pewnym momencie przestał zwracać na to uwagę.
Jasne. W dalszym ciągu potrafił żachnąć się na nazwanie go tkliwym czy rozrzewnionym. Nie okazywał skłonności do popadania w nostalgię czy melancholię, zazwyczaj potrafił utrzymać twarz. A jednak bywały takie momenty jak tamten na wrzosowisku, gdy świat był jeszcze piękny.
Leżeli nago na kocu rozłożonym pośród kwitnących krzewów. Chmury na niebie zwiastowały nadejście jednej z ostatnich letnich burz a on myślał o przyszłości. Snuł plany, nawet jeśli z pozoru skupiał się na kolejnej nudnej konferencji. Kolejnym bezsensownym temacie, jeszcze jednym niepowodzeniu w życiu, bo gdzie znalazł się od tamtego momentu?
Nigdzie. Był dokładnie tam, gdzie znajdował się tamtego lata. Przynajmniej na płaszczyźnie zawodowej, która w tamtym momencie jeszcze wydawała mu się całkiem istotna. Już nie z perspektywy chęci osiągnięcia wielkiego sukcesu zawodowego. To powoli odchodziło, nie było już tak wysoko na liście jego priorytetów.
W tamtym momencie chciał tej stabilności z uwagi na coś zupełnie innego. Na ostrożne plany dorosłego człowieka. W swoim życiu sądzącego wiele drzew. Czyniącego niezliczone naprawy w domu, który kupili. Tak liczne, że poniekąd przez lata postawili go na nowo. Pozostały tylko te dwie rzeczy, których pragnął. Dwa coraz głębsze pragnienia. Byli tak blisko przeprowadzenia obu rozmów.
A potem taśma została zerwana. Nie dało się jej ponownie połączyć, nie w jego oczach, w których od tamtego momentu wszystko zaczęło się rozmywać. Nie istniała możliwość zlepienia ze sobą drobnych kawałków. Powrotu do czegoś, co kiedyś wydawało się wieczne.
Czymże była jednak wieczność wobec tego, co się stało? Wobec nowej rzeczywistości? Tej, w której nic nie było już stałe? Wszystko mogło rozpaść się w przeciągu zaledwie kilku sekund. Długie lata miłości, wspólne plany, nadzieje. Wieczność, nawet jeśli nadal istniała przestała mieć słodki smak.
W tym momencie na plaży. W porywach chłodnego wiatru i mżawce powoli przeistaczającej się w tamten londyński deszcz. Na piasku z widokiem fal rozbijających się o brzeg. Wieczność miała wyłącznie posmak samotności. Wiecznej pustki, ale nie zapomnienia. Nie dało się zapomnieć o tym, co kiedyś było całym światem, prawda?
Szczególnie, gdy nadal miało się go niemalże na wyciągnięcie ręki. Jego cały świat. Promyk słońca jaśniejszy od tych, które rozmyły się wyparte przez coraz gęstsze chmury. Promyk słońca, który teraz też gasł. A on czuł się winny.
Temu wszystkiemu, co się działo. Nie tylko teraz, lecz przez te wszystkie lata. Wypalonym nadziejom, straconym szansom. Niespełnionym marzeniom, złamanym obietnicom. Temu wszystkiemu, co nigdy by się nie stało, gdyby posłuchał tamtych bolesnych, ale prawdziwych słów. Na niektóre ścieżki wkraczało się samotnie. Niektóre drogi musiały takie pozostać. Nie można było zmienić zdania, nie ponosząc konsekwencji a on...
...to powinny być wyłącznie jego koszty. Tymczasem ponosili je oboje. Czy mógł się czuć zły, czy mógł być rozczarowany, gdy nawet na niego nie spojrzała? Kiedy przeniosła wzrok na horyzont, ignorując jego dłoń wyciągniętą na piasku. Minuta. Po minucie musiał pojąć, co to oznacza.
Dureń, idiota, sentymentalny mięczak. Pojawiając się na plaży z myślą o pożegnaniu, jednocześnie podświadomie nadal się miotał. Nie chciał stąd odchodzić. Kiedy zareagowała na ten pierwszy gest, pozwolił sobie na...
...na co właściwie?
I czy to w ogóle miało jakieś znaczenie?
Odtrąciła jego próbę nawiązania kontaktu. Próbę zrobienia czegoś pierwszy raz od dawna zupełnie w zgodzie ze sobą. Nie w zgodzie z tym, co było właściwe, bo słusznością byłoby zabranie stąd resztki swoich rzeczy i zniknięcie. To spierdolenie, gdy było trudno, które mu zarzucała. To byłoby słuszne.
To teraz? Egoistyczne.
Cofnął rękę, spoglądając na swoje puste palce. Śledząc ich drogę z powrotem na kolano, jakby nie należały do niego. To było wymowne, czyż nie? Odtrąciła jego próbę nawiązania kontaktu fizycznego. Czegoś, co było jednym z filarów ich relacji. Tego, co zazwyczaj przychodziło im znacznie łatwiej i bardziej instynktownie niż jakiekolwiek słowa. Teraz to także zaczęło zanikać.
To było jak siarczysty policzek. Nie zdarzyło się niemalże nigdy wcześniej. Nawet podczas najbardziej zaognionych kłótni kończących się w tym miejscu, w podobnych okolicznościach, w chwilach, kiedy bez słowa nawiązywali ten pierwszy ostrożny dotyk. Muśnięcie dłoni, splecione palce, bok przy boku, głowa oparta o ramię, niemalże niewyczuwalny delikatny pocałunek złożony we włosach.
Kiedyś to było znacznie łatwiejsze.
Tyle tylko, że w tym momencie coraz wyraźniej ukazywały się te pomijane szczegóły obrazu. Im dłużej się w niego wpatrywali, tym więcej elementów dostrzegali. Co z tego, że zbierali coś w pozorną całość, jeśli nie robili tego na zawsze? Dokładali kolejne cegiełki, nie wypalając ich uprzednio? Lepiąc je na dobre intencje i słowa wydające im się słuszne?
To były raczej zamki z piasku. Kruche budowle gotowe rozpaść się w podmuchach wiatru niczym piaskowa wydra, którą posłał w kierunku Geraldine. Zareagowała. Pozwoliła mu się do siebie zbliżyć. Przynajmniej fizycznie, bo mentalnie znowu byli od siebie oddaleni o setki mil. Ponownie znaleźli się na skraju. Każde z nich zawieszone na swojej własnej krawędzi nad przepaścią.
Wiedział to. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla obojga było to niemalże tak samo trudne. Byli do siebie zbyt podobni. Zbyt uwikłani w cokolwiek, co ich łączyło, teraz równocześnie ich od siebie oddzielając. W to, co kiedyś nazywali miłością. W to, co w dalszym ciągu nią było, tyle tylko, że gdzieś po drodze nabrało znacznie trudniejszego, bardziej gorzkiego wydźwięku.
Nie chciał myśleć o tym w ten sposób, jednak gdzieś w głębi duszy obawiał się, że ten moment kiedyś nadejdzie. Przez wiele lat świadomie stronił od podejmowania jakichkolwiek prób zbliżenia się do drugiej osoby. Nie potrzebował zobowiązań, nie potrzebował zmartwień, nie potrzebował tego wszystkiego, co na tamtym etapie życia wydawało mu się wyłącznie przeszkodą w osiągnięciu jakiegoś wyższego celu. Nieokreślonych korzyści, mitycznej całkowitej niezależności.
Wszystkiego, co teraz nie miało już dla niego najmniejszego znaczenia. Utraciło je w pierwszej chwili, gdy spojrzał w parę niebieskich oczu, odnajdując w nich wszystko, czego tak naprawdę pragnął. Być może to było ckliwe. Miękkie, żenująco sentymentalne. Może nie pasowało do obrazu człowieka, którym był, ale w pewnym momencie przestał zwracać na to uwagę.
Jasne. W dalszym ciągu potrafił żachnąć się na nazwanie go tkliwym czy rozrzewnionym. Nie okazywał skłonności do popadania w nostalgię czy melancholię, zazwyczaj potrafił utrzymać twarz. A jednak bywały takie momenty jak tamten na wrzosowisku, gdy świat był jeszcze piękny.
Leżeli nago na kocu rozłożonym pośród kwitnących krzewów. Chmury na niebie zwiastowały nadejście jednej z ostatnich letnich burz a on myślał o przyszłości. Snuł plany, nawet jeśli z pozoru skupiał się na kolejnej nudnej konferencji. Kolejnym bezsensownym temacie, jeszcze jednym niepowodzeniu w życiu, bo gdzie znalazł się od tamtego momentu?
Nigdzie. Był dokładnie tam, gdzie znajdował się tamtego lata. Przynajmniej na płaszczyźnie zawodowej, która w tamtym momencie jeszcze wydawała mu się całkiem istotna. Już nie z perspektywy chęci osiągnięcia wielkiego sukcesu zawodowego. To powoli odchodziło, nie było już tak wysoko na liście jego priorytetów.
W tamtym momencie chciał tej stabilności z uwagi na coś zupełnie innego. Na ostrożne plany dorosłego człowieka. W swoim życiu sądzącego wiele drzew. Czyniącego niezliczone naprawy w domu, który kupili. Tak liczne, że poniekąd przez lata postawili go na nowo. Pozostały tylko te dwie rzeczy, których pragnął. Dwa coraz głębsze pragnienia. Byli tak blisko przeprowadzenia obu rozmów.
A potem taśma została zerwana. Nie dało się jej ponownie połączyć, nie w jego oczach, w których od tamtego momentu wszystko zaczęło się rozmywać. Nie istniała możliwość zlepienia ze sobą drobnych kawałków. Powrotu do czegoś, co kiedyś wydawało się wieczne.
Czymże była jednak wieczność wobec tego, co się stało? Wobec nowej rzeczywistości? Tej, w której nic nie było już stałe? Wszystko mogło rozpaść się w przeciągu zaledwie kilku sekund. Długie lata miłości, wspólne plany, nadzieje. Wieczność, nawet jeśli nadal istniała przestała mieć słodki smak.
W tym momencie na plaży. W porywach chłodnego wiatru i mżawce powoli przeistaczającej się w tamten londyński deszcz. Na piasku z widokiem fal rozbijających się o brzeg. Wieczność miała wyłącznie posmak samotności. Wiecznej pustki, ale nie zapomnienia. Nie dało się zapomnieć o tym, co kiedyś było całym światem, prawda?
Szczególnie, gdy nadal miało się go niemalże na wyciągnięcie ręki. Jego cały świat. Promyk słońca jaśniejszy od tych, które rozmyły się wyparte przez coraz gęstsze chmury. Promyk słońca, który teraz też gasł. A on czuł się winny.
Temu wszystkiemu, co się działo. Nie tylko teraz, lecz przez te wszystkie lata. Wypalonym nadziejom, straconym szansom. Niespełnionym marzeniom, złamanym obietnicom. Temu wszystkiemu, co nigdy by się nie stało, gdyby posłuchał tamtych bolesnych, ale prawdziwych słów. Na niektóre ścieżki wkraczało się samotnie. Niektóre drogi musiały takie pozostać. Nie można było zmienić zdania, nie ponosząc konsekwencji a on...
...to powinny być wyłącznie jego koszty. Tymczasem ponosili je oboje. Czy mógł się czuć zły, czy mógł być rozczarowany, gdy nawet na niego nie spojrzała? Kiedy przeniosła wzrok na horyzont, ignorując jego dłoń wyciągniętą na piasku. Minuta. Po minucie musiał pojąć, co to oznacza.
Dureń, idiota, sentymentalny mięczak. Pojawiając się na plaży z myślą o pożegnaniu, jednocześnie podświadomie nadal się miotał. Nie chciał stąd odchodzić. Kiedy zareagowała na ten pierwszy gest, pozwolił sobie na...
...na co właściwie?
I czy to w ogóle miało jakieś znaczenie?
Odtrąciła jego próbę nawiązania kontaktu. Próbę zrobienia czegoś pierwszy raz od dawna zupełnie w zgodzie ze sobą. Nie w zgodzie z tym, co było właściwe, bo słusznością byłoby zabranie stąd resztki swoich rzeczy i zniknięcie. To spierdolenie, gdy było trudno, które mu zarzucała. To byłoby słuszne.
To teraz? Egoistyczne.
Cofnął rękę, spoglądając na swoje puste palce. Śledząc ich drogę z powrotem na kolano, jakby nie należały do niego. To było wymowne, czyż nie? Odtrąciła jego próbę nawiązania kontaktu fizycznego. Czegoś, co było jednym z filarów ich relacji. Tego, co zazwyczaj przychodziło im znacznie łatwiej i bardziej instynktownie niż jakiekolwiek słowa. Teraz to także zaczęło zanikać.
To było jak siarczysty policzek. Nie zdarzyło się niemalże nigdy wcześniej. Nawet podczas najbardziej zaognionych kłótni kończących się w tym miejscu, w podobnych okolicznościach, w chwilach, kiedy bez słowa nawiązywali ten pierwszy ostrożny dotyk. Muśnięcie dłoni, splecione palce, bok przy boku, głowa oparta o ramię, niemalże niewyczuwalny delikatny pocałunek złożony we włosach.
Kiedyś to było znacznie łatwiejsze.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down