31.01.2025, 17:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.03.2025, 17:18 przez Anthony Shafiq.)
A więc siedzieli, podobnie jak przerwanej lekcji muzyki płynącej ze słodkiej iluzji uroków. Siedzieli i milczeli, choć ich cisza była bardzo głośna zranieniami, tymi prawdziwymi i tymi wyimaginowanymi. Wszystkie słowa, które przychodziły mu do głowy, były puste, były marne, były pozbawioną sensu stratą czasu.
Mieli wiele sobie do opowiedzenia. Wieczorek hazardowy i fundacja Mulciberów, wydarzenia na koncercie MUZY, odejście Roberta i wszelkie konsekwencje, które wraz z tą sytuacją pojawiły się również w jego życiu. Tak wiele słów, zdających mu się miałką papką w obliczu tej prośby, którą uformował w sobie, a której nie był w stanie wypowiedzieć.
Bał się, tkwiąc w przekonaniu, że mu odmówi w ten czy inny sposób.
Dzisiejsze spotkanie było końcem i początkiem, lecz wciąż nie wiedział czego. Nie miał nad tym absolutnie żadnej kontroli znając Lorraine tak długo, wciąż jednak wymykali się sobie na wzajem w tym dziwnym układzie ojca i córki, córki z niegasnącym ogniem buntu i obsesyjnej potrzeby udowadniania, że jej życie jest w tym miejscu w którym zawsze się chciała znaleźć, udającej, że wcale nie stoi w nieskończonym rozkroku między dwoma światami. Limbo było jej domeną i choć powtarzała mu, że jest z tym pogodzona, że to jej wybór, to patrzył na to z powątpiewaniem. Patrzył na białą anielicę, a nią i przez nią, do tego, którego łono i chory umysł wydał ją na świat. Czyja nić była silniejsza? Czyj uśmiech bardziej ujmujący? Czyje słowa dotykały serca mocniej?
Nie był pewien.
Odetchnął głęboko, nie sięgając ani po ciastko, ani po wino. Uciekł wzrokiem do splecionych na udach dłoni i podjął w końcu powoli, z właściwym sobie spokojem doprawionym gorzkim posmakiem nieprzespanych nocy.
– Postanowiłem umrzeć.
Jak surrealistycznie to brzmiało. Czy nie zabraniał Morpheusowi umierania? Czy nie walczył o każdy jeden dzień swojego umiłowanego przyjaciela? Swojego anam cara, duszy umiłowanej, duszy uwielbionej, bo tożsamej z własną? Somnia jednak pogrążał się w odmętach szaleństwa, ciągnąc go ze sobą do piekielnych otchłani ku ostatecznej bitwie. Nie... gnali tam razem, zawsze razem.
– Przewidziałaś to już dawno, dawno temu. – Uśmiechnął się blado podnosząc na nią wzrok, trwając w niewygodzie obecnego położenia. Potrzebował jej. Ale wolna wola była świętością, której nie naruszał trwając na swoim smoczym tronie pośród błękitu nieba. – Zdecydowałem wybrać to co słuszne. Oboje znamy finał tej historii. – Językiem przejechał po spierzchniętych wargach. Myślał o tym długo. Wypowiedział dopiero dziś, tej jeszcze ciepłej wrześniowej nocy u schyłku lata. Nie oddawał jej się pod sąd, był przekonany, że w swej dumie wydała go już lata temu, po pierwszych zdaniach, które wymienili. Raczej, zgodnie z listem, dawał jej coś dużo cenniejszego.
Prawdę.
Mieli wiele sobie do opowiedzenia. Wieczorek hazardowy i fundacja Mulciberów, wydarzenia na koncercie MUZY, odejście Roberta i wszelkie konsekwencje, które wraz z tą sytuacją pojawiły się również w jego życiu. Tak wiele słów, zdających mu się miałką papką w obliczu tej prośby, którą uformował w sobie, a której nie był w stanie wypowiedzieć.
Bał się, tkwiąc w przekonaniu, że mu odmówi w ten czy inny sposób.
Dzisiejsze spotkanie było końcem i początkiem, lecz wciąż nie wiedział czego. Nie miał nad tym absolutnie żadnej kontroli znając Lorraine tak długo, wciąż jednak wymykali się sobie na wzajem w tym dziwnym układzie ojca i córki, córki z niegasnącym ogniem buntu i obsesyjnej potrzeby udowadniania, że jej życie jest w tym miejscu w którym zawsze się chciała znaleźć, udającej, że wcale nie stoi w nieskończonym rozkroku między dwoma światami. Limbo było jej domeną i choć powtarzała mu, że jest z tym pogodzona, że to jej wybór, to patrzył na to z powątpiewaniem. Patrzył na białą anielicę, a nią i przez nią, do tego, którego łono i chory umysł wydał ją na świat. Czyja nić była silniejsza? Czyj uśmiech bardziej ujmujący? Czyje słowa dotykały serca mocniej?
Nie był pewien.
Odetchnął głęboko, nie sięgając ani po ciastko, ani po wino. Uciekł wzrokiem do splecionych na udach dłoni i podjął w końcu powoli, z właściwym sobie spokojem doprawionym gorzkim posmakiem nieprzespanych nocy.
– Postanowiłem umrzeć.
Jak surrealistycznie to brzmiało. Czy nie zabraniał Morpheusowi umierania? Czy nie walczył o każdy jeden dzień swojego umiłowanego przyjaciela? Swojego anam cara, duszy umiłowanej, duszy uwielbionej, bo tożsamej z własną? Somnia jednak pogrążał się w odmętach szaleństwa, ciągnąc go ze sobą do piekielnych otchłani ku ostatecznej bitwie. Nie... gnali tam razem, zawsze razem.
– Przewidziałaś to już dawno, dawno temu. – Uśmiechnął się blado podnosząc na nią wzrok, trwając w niewygodzie obecnego położenia. Potrzebował jej. Ale wolna wola była świętością, której nie naruszał trwając na swoim smoczym tronie pośród błękitu nieba. – Zdecydowałem wybrać to co słuszne. Oboje znamy finał tej historii. – Językiem przejechał po spierzchniętych wargach. Myślał o tym długo. Wypowiedział dopiero dziś, tej jeszcze ciepłej wrześniowej nocy u schyłku lata. Nie oddawał jej się pod sąd, był przekonany, że w swej dumie wydała go już lata temu, po pierwszych zdaniach, które wymienili. Raczej, zgodnie z listem, dawał jej coś dużo cenniejszego.
Prawdę.