31.01.2025, 19:54 ✶
Nie mógł powiedzieć, że nikt nie ostrzegał go przed tym, co się działo. Że nie znał konsekwencji swoich czynów zanim nie podjął decyzji o tym, by mimo wszystko podążyć tą drogą. Że nie wiedział, że jeśli pozwalało się, by ktoś był dla ciebie wszystkim, gdy traciło się tę osobę, tylko z pozoru zostawało się z niczym.
To nie było cofnięcie się do przeszłości bez tych wszystkich zapisanych rozdziałów. Nowy początek z zupełnie czystym kontem, białe kartki. Nie. To był przejmujący rodzaj pustki. Poczucie straty sięgające tak głęboko jak głęboka była dziura wydarta w marniejącym, niszczejącym sercu.
Ile jeszcze można było znieść? Najwidoczniej dużo, naprawdę dużo, lecz nie wszystko zanim nie doszło się do granicy, której przekroczenie sprawiało, że tak niezmiernie łatwo było ponownie dać sobie zatracić się w każdym drobnym geście. W skierowanym ku niemu spojrzeniu spod kurtyny długich rzęs. W sugestywnym przygryzieniu wargi w taki sposób, że sam ledwo powstrzymał się, by jej nie pokąsać. Zamiast tego wybierając znaczenie dekoltu dziewczyny pocałunkami. W końcu nigdzie się nie spieszyli, prawda? Odroczona nagroda też miewała całkiem słodki smak.
- Nigdy nie mów nigdy - chyba po prostu potrzebował mieć ostatnie słowo, nawet jeśli zdecydowanie nie chciał jej widywać w szpitalu.
W wielu innych okolicznościach, ale nie tam. Przez lata zdecydowanie odpowiadał mu ich układ. Te wszystkie domowe wizyty. Bycie na wyciągnięcie ręki, gdy zachodziła taka potrzeba. Nawet jeśli czasami wzdychając przy tym ciężko i ledwo (a czasami wcale) powstrzymując się przed komentarzami, czuł się całkiem właściwie w roli domowego medyka. Ufał sobie, (przynajmniej jeszcze wtedy) i swojemu wyczuciu, co niekoniecznie miało odzwierciedlenie w zaufaniu do reszty ludzi, z którymi pracował. Niby opuścili tę samą akademię, ale jego opinia była raczej mniej niż bardziej sprzyjająca.
Zresztą dopóki nie było takiej potrzeby, dopóty nawet o tym nie myślał. Był w domu. Był na wyciągnięcie ręki. Okazjonalnie była tam też Florence, której ufał, więc wszystko wydawało się sprzyjać unikaniu Munga. Jeśli zaś jakimś cudem nie byłoby ani jego, ani Florence, pozostawał jeszcze Cornelius. Święta trójca magimedycyny. Postawiłby na nich niemalże wszystko.
I przejechałby się na tym tak bardzo jak nigdy by nie zakładał. Nie na Flo, nie na Corio. Na sobie. Na swoim odejściu, na opuszczeniu naturalnie przyjętej roli...
...ale teraz tu był, prawda? Był tu jeszcze przez choćby kilka chwil. Był tam u wejścia do jaskini, lecząc rozcięcie na dłoni Geraldine. Był tu teraz, próbując uleczyć zupełnie inne rany. Głębsze, niefizyczne, zadane sobie nawzajem. Coś, czym krwawili na siebie przez wiele miesięcy, lecz teraz? Zapomnienie przyszło tak łatwo.
Wpierw pod postacią delikatnego deszczu pocałunków. Na dekolcie, pomiędzy wzgórkami piersi, na mostku i szyi. Wyłącznie pieszczotą warg, bardzo powolnie przechodzącą w coś trochę bardziej zaczepnego - w drobne kółeczka malowane czubkiem języka. Niespiesznie, bo przecież nie chodziło już o nic, prócz nich dwojga.
Dawaną i czerpaną satysfakcję. Powolną, momentami wręcz przeciwnie. Powtórne odkrywanie tego wszystkiego, co niegdyś mieli, lecz także tych dotychczas nieznanych rejonów. Drobnych, niemal niezauważalnych zmian. Niedużej blizny na dziewczęcej pachwinie, nowego pieprzyka w okolicach pępka. Znajomej barwy oddechu, pomruków i pojękiwań bez słów, lecz w dalszym ciągu z wyczuwalnym akcentem, odrobinę inną barwą głosu.
Jedne z najlepszych chwil. Najsłodszych widoków, najbardziej satysfakcjonujących wrażeń. Nawet wtedy, gdy poczuł paznokcie wbijające mu się w skórę na karku. Traktując to raczej jako wyraz uznania dla kunsztu, zachętę, sugestię może nawet wręcz polecenie zatracania się w niej bardziej i bardziej. Blisko granicy, niemalże ją przekraczając, czując to wewnątrz i na zewnątrz - pod postacią intensywniejszego uścisku palców, drżenia ciała, ukrywanego oddechu. Z satysfakcją niemal spełniając to nieme żądanie i cofając się o krok.
Pozwalając sobie na to, bo przecież mieli czas. W tym momencie mieli cały czas tego świata. Trwali zawieszeni w chwili i w przestrzeni. Jeszcze moment, jeszcze kilka sekund...
...by wreszcie znowu pozwolić sobie na kolejne zatracenie. Tym razem właściwe. Nie musieli trwać w jednym momencie, prawda? Nie, jeśli mieli ich przed sobą wiele.
To było niczym wygrana. Było wygraną. Wcale nie taka mała. Zdecydowanie nie niewinna, choć bez wątpienia miała naprawdę słodki smak triumfu. Tego samego, który ani myślał ukrywać w samozadowoleniu, z jakim odrobinę przeciągnął odsunięcie się. Bardzo powolne uniesienie poczochranej blond głowy spod sukienki jego dziewczyny, przesunięcie językiem po wargach, pojaśniałe spojrzenie i uśmieszek na ustach. Nawet jeśli w dalszym ciągu miała przymknięte oczy, zdecydowanie mogła domyślić się, że był z siebie całkiem zadowolony.
Łapiąc jej spojrzenie, może trochę prowokacyjnie, zdecydowanie przesadnie, ekspresyjnie i aż do bólu niepoważnie przesunął wierzchem dłoni po wilgotnej brodzie, jeszcze bardziej się przy tym uśmiechając. Ostatecznie puszczając też drugie rozdygotane kolano jego słoneczka - równie poczochranego z włosami rozrzuconymi pośród traw.
To był jeden z tych widoków, które same w sobie były w stanie dostatecznie mocno nasycić oczy. Pogniecona sukienka, rozdrżany oddech, szybko unosząca się zarumieniona klatka piersiowa. Piegi kryjące się pod intensywnym rumieńcem, pociemniałe, nieco zamglone błękitne oczy. Widok warty każdego grzechu. Widok, za który można było zabić. Widok, na który patrzył teraz z zupełnie nowej perspektywy. Oczami kogoś, kto w tej jednej chwili czuł się jak człowiek wracający do domu po cholernie długiej wędrówce.
Gdyby jeszcze w dalszym ciągu krył się z tym, co przecież wielokrotnie przez te dni samowolnie opuściło jego usta. Teraz nie pozostawało ani odrobinę miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Na niedopowiedzenia i unikanie tego, co było dostrzegalne już na pierwszy rzut przymrużonego oka.
Był zakochany. Tak jak przez te wszystkie lata. Jak na samym początku i pod sam koniec. Jak jesienią, gdy stali w poczekalni Munga, jeszcze nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co jest przyczyną, dla której ich rozmowa płynie, choć nie powinna. Jak podczas burzy na ulicy, gdy odruchowo złapał dla niej tamten szal, ani przez chwilę nie zastanawiając się, do kogo miał należeć. Jak zimą na balu podczas Yule, pierwszy raz całując jej usta i chowając w pamięci tamten pocałunek. Jak wtedy, gdy otumaniony znalazł się na podłodze barowego pokoju w jej ramionach.
Lata wcześniej, żrąc się i kłócąc. Docinając sobie jak nikomu innemu, dużo intensywniej, wręcz przesadnie. Mając na siebie nawzajem znacznie większy wpływ niż którekolwiek byłoby w stanie kiedykolwiek stwierdzić. Rzucając słowami po latach nacierającymi naprawdę ironicznego wyrazu.
Była jego wrzodem na dupie. Niczyim innym. Współczując jakiemuś nieszczęśnikowi, którego miała w przyszłości okręcić sobie wokół oskarżycielskiego palucha, nieświadomie kierował wyrazy sympatii do nikogo innego jak siebie samego.
Następne nieszczęsne miesiące przepełnione jakże jawnym okazywaniem sobie tej wzajemnej niechęci. Kolejne mniej i bardziej przypadkowe spotkania. Tych kilka chwil podczas sabatów i wydarzeń towarzyskich czystokrwistej elity. Chęci ku temu, by zatkać jej usta ręką. Jednocześnie mimowolnie uciekając myślami ku innym sposobom uciszenia kąśliwego języka.
Merlin jeden wiedział jak blisko tego było. Być może nigdy nie mieli okazji zbyt głęboko poruszać tego tematu, zrzucając na niego zasłonę milczenia, jednak niektóre fakty prezentowały się całkiem wymownie. Zanim tamtej późnej zimy nie wkroczyli na zupełnie inną ścieżkę, znalezienie się tak blisko jak teraz było wyłącznie kilku kolejnych intensywnych wymian niechęci eskalowałoby w bardzo określony sposób.
A jednak na własne życzenie podjęli decyzję o pozornym ułatwieniu a faktycznym skomplikowaniu sobie życia. Te kilka miesięcy przyjaźni. Urodziny Geraldine, sabaty, bal maskowy, na którym niemalże oboje pękli. Potem tamta plaża. Zadziwiające, że w gruncie rzeczy wszystko w jakiś sposób wiązało się z plażą, z naturą, z bądź co bądź naprawdę istotną częścią ich prywatnych historii.
Pierwszy wspólny weekend. Instynktowne kupno domu nad morzem. Kolejne sabaty, wizyty u rodzin, śluby przyjaciół. Ich własny powinien być kwestią czasu. Narodziny syna chrzestnego. Ich własne dzieci powinny być kwestią czasu. Wspólne wyjazdy. Dni i wieczory. Dobre i złe chwile. Początek wojny. Przepeowadzka do Whitby. Wszystkie przerażające, przytłaczające momenty. W nich także była miłość. Kryła się we wszystkim. Nawet wtedy, gdy nie dawała się dostrzec gołym okiem.
Nie dało się jej wyzbyć. Nie można było jej uniknąć. Nie odchodziła, nie znikała. Była gdzieś tam przez ten cały czas. Z nikim innym nie czuł tych wszystkich uczuć. Przy nikim innym nie czuł się tak... ...kompletny. Wciąż jak on, ale jak w domu. Nie byli dwoma połówkami tego samego jabłka. Byli raczej jak dwie czereśnie na jednej gałązce. Połączeni, powiązani, swoi.
Tak powinno być, czyż nie? Tak jak teraz. Błogo, szczęśliwie. Ze wszystkimi tymi gestami, śladami niedawnych pieszczot, ciepłem skóry - jej i jego. Gorącem ogarniającym ciało. Błyskiem w oczach. Uśmiechem na twarzy. Opierając się na rękach za plecami, obdarzył dziewczynę równie pożądliwie samozadowolonym uśmiechem co dosłownie chwilę wcześniej. Tak właściwie, bardzo jednoznaczny wyraz ani przez moment nie schodził mu z twarzy. Wcześniejsza chmurność odeszła, zniknęła, rozpłynęła się w ciepławym letnim wietrze pomiędzy jego a jej ciężkim oddechem.
- O czym my wcześniej - urwał nieco zachrypniętym głosem, pozwalając sobie na całkiem znaczące spojrzenie skierowane w górę i w dół, na Geraldine i na siebie; nie, ani przez moment nie musiał się nad tym zastanawiać - ach, tak jak to bardzo pierdolisz tego Munga, to było to - no cóż, chyba nie do końca w to wierzył na słowo, nie?
Minęło całkiem sporo czasu odkąd udowodniła mu to po raz ostatni.
To nie było cofnięcie się do przeszłości bez tych wszystkich zapisanych rozdziałów. Nowy początek z zupełnie czystym kontem, białe kartki. Nie. To był przejmujący rodzaj pustki. Poczucie straty sięgające tak głęboko jak głęboka była dziura wydarta w marniejącym, niszczejącym sercu.
Ile jeszcze można było znieść? Najwidoczniej dużo, naprawdę dużo, lecz nie wszystko zanim nie doszło się do granicy, której przekroczenie sprawiało, że tak niezmiernie łatwo było ponownie dać sobie zatracić się w każdym drobnym geście. W skierowanym ku niemu spojrzeniu spod kurtyny długich rzęs. W sugestywnym przygryzieniu wargi w taki sposób, że sam ledwo powstrzymał się, by jej nie pokąsać. Zamiast tego wybierając znaczenie dekoltu dziewczyny pocałunkami. W końcu nigdzie się nie spieszyli, prawda? Odroczona nagroda też miewała całkiem słodki smak.
- Nigdy nie mów nigdy - chyba po prostu potrzebował mieć ostatnie słowo, nawet jeśli zdecydowanie nie chciał jej widywać w szpitalu.
W wielu innych okolicznościach, ale nie tam. Przez lata zdecydowanie odpowiadał mu ich układ. Te wszystkie domowe wizyty. Bycie na wyciągnięcie ręki, gdy zachodziła taka potrzeba. Nawet jeśli czasami wzdychając przy tym ciężko i ledwo (a czasami wcale) powstrzymując się przed komentarzami, czuł się całkiem właściwie w roli domowego medyka. Ufał sobie, (przynajmniej jeszcze wtedy) i swojemu wyczuciu, co niekoniecznie miało odzwierciedlenie w zaufaniu do reszty ludzi, z którymi pracował. Niby opuścili tę samą akademię, ale jego opinia była raczej mniej niż bardziej sprzyjająca.
Zresztą dopóki nie było takiej potrzeby, dopóty nawet o tym nie myślał. Był w domu. Był na wyciągnięcie ręki. Okazjonalnie była tam też Florence, której ufał, więc wszystko wydawało się sprzyjać unikaniu Munga. Jeśli zaś jakimś cudem nie byłoby ani jego, ani Florence, pozostawał jeszcze Cornelius. Święta trójca magimedycyny. Postawiłby na nich niemalże wszystko.
I przejechałby się na tym tak bardzo jak nigdy by nie zakładał. Nie na Flo, nie na Corio. Na sobie. Na swoim odejściu, na opuszczeniu naturalnie przyjętej roli...
...ale teraz tu był, prawda? Był tu jeszcze przez choćby kilka chwil. Był tam u wejścia do jaskini, lecząc rozcięcie na dłoni Geraldine. Był tu teraz, próbując uleczyć zupełnie inne rany. Głębsze, niefizyczne, zadane sobie nawzajem. Coś, czym krwawili na siebie przez wiele miesięcy, lecz teraz? Zapomnienie przyszło tak łatwo.
Wpierw pod postacią delikatnego deszczu pocałunków. Na dekolcie, pomiędzy wzgórkami piersi, na mostku i szyi. Wyłącznie pieszczotą warg, bardzo powolnie przechodzącą w coś trochę bardziej zaczepnego - w drobne kółeczka malowane czubkiem języka. Niespiesznie, bo przecież nie chodziło już o nic, prócz nich dwojga.
Dawaną i czerpaną satysfakcję. Powolną, momentami wręcz przeciwnie. Powtórne odkrywanie tego wszystkiego, co niegdyś mieli, lecz także tych dotychczas nieznanych rejonów. Drobnych, niemal niezauważalnych zmian. Niedużej blizny na dziewczęcej pachwinie, nowego pieprzyka w okolicach pępka. Znajomej barwy oddechu, pomruków i pojękiwań bez słów, lecz w dalszym ciągu z wyczuwalnym akcentem, odrobinę inną barwą głosu.
Jedne z najlepszych chwil. Najsłodszych widoków, najbardziej satysfakcjonujących wrażeń. Nawet wtedy, gdy poczuł paznokcie wbijające mu się w skórę na karku. Traktując to raczej jako wyraz uznania dla kunsztu, zachętę, sugestię może nawet wręcz polecenie zatracania się w niej bardziej i bardziej. Blisko granicy, niemalże ją przekraczając, czując to wewnątrz i na zewnątrz - pod postacią intensywniejszego uścisku palców, drżenia ciała, ukrywanego oddechu. Z satysfakcją niemal spełniając to nieme żądanie i cofając się o krok.
Pozwalając sobie na to, bo przecież mieli czas. W tym momencie mieli cały czas tego świata. Trwali zawieszeni w chwili i w przestrzeni. Jeszcze moment, jeszcze kilka sekund...
...by wreszcie znowu pozwolić sobie na kolejne zatracenie. Tym razem właściwe. Nie musieli trwać w jednym momencie, prawda? Nie, jeśli mieli ich przed sobą wiele.
To było niczym wygrana. Było wygraną. Wcale nie taka mała. Zdecydowanie nie niewinna, choć bez wątpienia miała naprawdę słodki smak triumfu. Tego samego, który ani myślał ukrywać w samozadowoleniu, z jakim odrobinę przeciągnął odsunięcie się. Bardzo powolne uniesienie poczochranej blond głowy spod sukienki jego dziewczyny, przesunięcie językiem po wargach, pojaśniałe spojrzenie i uśmieszek na ustach. Nawet jeśli w dalszym ciągu miała przymknięte oczy, zdecydowanie mogła domyślić się, że był z siebie całkiem zadowolony.
Łapiąc jej spojrzenie, może trochę prowokacyjnie, zdecydowanie przesadnie, ekspresyjnie i aż do bólu niepoważnie przesunął wierzchem dłoni po wilgotnej brodzie, jeszcze bardziej się przy tym uśmiechając. Ostatecznie puszczając też drugie rozdygotane kolano jego słoneczka - równie poczochranego z włosami rozrzuconymi pośród traw.
To był jeden z tych widoków, które same w sobie były w stanie dostatecznie mocno nasycić oczy. Pogniecona sukienka, rozdrżany oddech, szybko unosząca się zarumieniona klatka piersiowa. Piegi kryjące się pod intensywnym rumieńcem, pociemniałe, nieco zamglone błękitne oczy. Widok warty każdego grzechu. Widok, za który można było zabić. Widok, na który patrzył teraz z zupełnie nowej perspektywy. Oczami kogoś, kto w tej jednej chwili czuł się jak człowiek wracający do domu po cholernie długiej wędrówce.
Gdyby jeszcze w dalszym ciągu krył się z tym, co przecież wielokrotnie przez te dni samowolnie opuściło jego usta. Teraz nie pozostawało ani odrobinę miejsca na jakiekolwiek wątpliwości. Na niedopowiedzenia i unikanie tego, co było dostrzegalne już na pierwszy rzut przymrużonego oka.
Był zakochany. Tak jak przez te wszystkie lata. Jak na samym początku i pod sam koniec. Jak jesienią, gdy stali w poczekalni Munga, jeszcze nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co jest przyczyną, dla której ich rozmowa płynie, choć nie powinna. Jak podczas burzy na ulicy, gdy odruchowo złapał dla niej tamten szal, ani przez chwilę nie zastanawiając się, do kogo miał należeć. Jak zimą na balu podczas Yule, pierwszy raz całując jej usta i chowając w pamięci tamten pocałunek. Jak wtedy, gdy otumaniony znalazł się na podłodze barowego pokoju w jej ramionach.
Lata wcześniej, żrąc się i kłócąc. Docinając sobie jak nikomu innemu, dużo intensywniej, wręcz przesadnie. Mając na siebie nawzajem znacznie większy wpływ niż którekolwiek byłoby w stanie kiedykolwiek stwierdzić. Rzucając słowami po latach nacierającymi naprawdę ironicznego wyrazu.
Była jego wrzodem na dupie. Niczyim innym. Współczując jakiemuś nieszczęśnikowi, którego miała w przyszłości okręcić sobie wokół oskarżycielskiego palucha, nieświadomie kierował wyrazy sympatii do nikogo innego jak siebie samego.
Następne nieszczęsne miesiące przepełnione jakże jawnym okazywaniem sobie tej wzajemnej niechęci. Kolejne mniej i bardziej przypadkowe spotkania. Tych kilka chwil podczas sabatów i wydarzeń towarzyskich czystokrwistej elity. Chęci ku temu, by zatkać jej usta ręką. Jednocześnie mimowolnie uciekając myślami ku innym sposobom uciszenia kąśliwego języka.
Merlin jeden wiedział jak blisko tego było. Być może nigdy nie mieli okazji zbyt głęboko poruszać tego tematu, zrzucając na niego zasłonę milczenia, jednak niektóre fakty prezentowały się całkiem wymownie. Zanim tamtej późnej zimy nie wkroczyli na zupełnie inną ścieżkę, znalezienie się tak blisko jak teraz było wyłącznie kilku kolejnych intensywnych wymian niechęci eskalowałoby w bardzo określony sposób.
A jednak na własne życzenie podjęli decyzję o pozornym ułatwieniu a faktycznym skomplikowaniu sobie życia. Te kilka miesięcy przyjaźni. Urodziny Geraldine, sabaty, bal maskowy, na którym niemalże oboje pękli. Potem tamta plaża. Zadziwiające, że w gruncie rzeczy wszystko w jakiś sposób wiązało się z plażą, z naturą, z bądź co bądź naprawdę istotną częścią ich prywatnych historii.
Pierwszy wspólny weekend. Instynktowne kupno domu nad morzem. Kolejne sabaty, wizyty u rodzin, śluby przyjaciół. Ich własny powinien być kwestią czasu. Narodziny syna chrzestnego. Ich własne dzieci powinny być kwestią czasu. Wspólne wyjazdy. Dni i wieczory. Dobre i złe chwile. Początek wojny. Przepeowadzka do Whitby. Wszystkie przerażające, przytłaczające momenty. W nich także była miłość. Kryła się we wszystkim. Nawet wtedy, gdy nie dawała się dostrzec gołym okiem.
Nie dało się jej wyzbyć. Nie można było jej uniknąć. Nie odchodziła, nie znikała. Była gdzieś tam przez ten cały czas. Z nikim innym nie czuł tych wszystkich uczuć. Przy nikim innym nie czuł się tak... ...kompletny. Wciąż jak on, ale jak w domu. Nie byli dwoma połówkami tego samego jabłka. Byli raczej jak dwie czereśnie na jednej gałązce. Połączeni, powiązani, swoi.
Tak powinno być, czyż nie? Tak jak teraz. Błogo, szczęśliwie. Ze wszystkimi tymi gestami, śladami niedawnych pieszczot, ciepłem skóry - jej i jego. Gorącem ogarniającym ciało. Błyskiem w oczach. Uśmiechem na twarzy. Opierając się na rękach za plecami, obdarzył dziewczynę równie pożądliwie samozadowolonym uśmiechem co dosłownie chwilę wcześniej. Tak właściwie, bardzo jednoznaczny wyraz ani przez moment nie schodził mu z twarzy. Wcześniejsza chmurność odeszła, zniknęła, rozpłynęła się w ciepławym letnim wietrze pomiędzy jego a jej ciężkim oddechem.
- O czym my wcześniej - urwał nieco zachrypniętym głosem, pozwalając sobie na całkiem znaczące spojrzenie skierowane w górę i w dół, na Geraldine i na siebie; nie, ani przez moment nie musiał się nad tym zastanawiać - ach, tak jak to bardzo pierdolisz tego Munga, to było to - no cóż, chyba nie do końca w to wierzył na słowo, nie?
Minęło całkiem sporo czasu odkąd udowodniła mu to po raz ostatni.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down