31.01.2025, 20:42 ✶
Dni poprzedzające i następujące bezpośrednio po Yule to niewątpliwie jeden z gorętszych i bardziej zabieganych okresów w roku. Zarówno pod kątem prywatnym, jak i zawodowym. Przez wiele lat, zanim postanowił zmienić swoje kawalerskie nawyki i zacząć myśleć o planach wykraczających poza czubek własnego nosa, spędzał Yule w pracy. Nigdy nie miał wyjątkowej potrzeby uczestnictwa w oficjalnych ucztach wyprawianych przez którąkolwiek ze stron swojej rodziny. Jeśli mógł się z tego wymigać dyżurem w Mungu, rzecz jasna, to robił. Oczywiście, od czasu do czasu pojawiał się przy wspólnym stole albo na jakiejś fecie, nigdy jednak nie uznawał tego za swoją ulubioną część dnia czy wieczoru. Zdecydowanie wybierał spędzanie tego czasu z kubkiem grzanego wina na kanapie w domu, zwłaszcza wtedy, gdy nie robił tego sam.
To nie zmieniło się nawet mimo upływu lat. W dalszym ciągu najlepiej wspomina czas we dwoje spędzany na swoim ustroniu nad morzem przy rozpalonym kominku. Ze śniegiem sypiącym za oknem i odległym szumem fal. Była to zdecydowanie miła odmiana po raczej głośnym świętowaniu w Dolinie Godryka albo w jeszcze bardziej aktywnych i chaotycznych odwiedzinach w Snowdonii.
Te czasy są już jednak wyłącznie wspomnieniem. W dalszym ciągu nie jest to jego ulubiony okres w roku, szczególnie że poprzednie Yule spędził już na powrót w kawalerskim stanie zamiast jako szczęśliwie zaręczony. Przyszłe? Raczej też zapowiada się równie standardowo - pomiędzy informowaniem Horacego, że marynowanie przypadkowych na pewno zjadliwych grzybków jest raczej średnim pomysłem a pozbywaniem się treści żołądkowych z kitla.
Nie planuje jednak całkowicie zignorować istnienia Yule.
Od lat, by tradycji stało się zadość, zabiera ze sobą drobne podarunki dla wszystkich tych, z którymi ma w zwyczaju wymieniać się prezentami (a o dziwo jest to całkiem liczne grono; na tyle szerokie, że widuje się z nimi na przestrzeni kilku dni) wcześniej przez kilka miesięcy stopniowo je zbierając. Raczej nie zostawia tego na ostatnią chwilę, zdecydowanie nie przepadając za tłumami oblegającymi wtedy sklepy w magicznej i mugolskiej części Londynu. W podarki zaopatruje się przy okazji, mając ku temu możliwość i przelotną myśl o tym, że coś jest warte zakupu, więc to kupując. W efekcie prezenty są... ...co najmniej różnorodne. Wyciągnięte z szafy, do której je upycha, nie raz potrafią zaskoczyć i samego Greengrassa. Raczej nie wymagającego rewanżu, jednak z pewnością doceniającego pamięć.
Rok za rokiem jakoś to leci.
To nie zmieniło się nawet mimo upływu lat. W dalszym ciągu najlepiej wspomina czas we dwoje spędzany na swoim ustroniu nad morzem przy rozpalonym kominku. Ze śniegiem sypiącym za oknem i odległym szumem fal. Była to zdecydowanie miła odmiana po raczej głośnym świętowaniu w Dolinie Godryka albo w jeszcze bardziej aktywnych i chaotycznych odwiedzinach w Snowdonii.
Te czasy są już jednak wyłącznie wspomnieniem. W dalszym ciągu nie jest to jego ulubiony okres w roku, szczególnie że poprzednie Yule spędził już na powrót w kawalerskim stanie zamiast jako szczęśliwie zaręczony. Przyszłe? Raczej też zapowiada się równie standardowo - pomiędzy informowaniem Horacego, że marynowanie przypadkowych na pewno zjadliwych grzybków jest raczej średnim pomysłem a pozbywaniem się treści żołądkowych z kitla.
Nie planuje jednak całkowicie zignorować istnienia Yule.
Od lat, by tradycji stało się zadość, zabiera ze sobą drobne podarunki dla wszystkich tych, z którymi ma w zwyczaju wymieniać się prezentami (a o dziwo jest to całkiem liczne grono; na tyle szerokie, że widuje się z nimi na przestrzeni kilku dni) wcześniej przez kilka miesięcy stopniowo je zbierając. Raczej nie zostawia tego na ostatnią chwilę, zdecydowanie nie przepadając za tłumami oblegającymi wtedy sklepy w magicznej i mugolskiej części Londynu. W podarki zaopatruje się przy okazji, mając ku temu możliwość i przelotną myśl o tym, że coś jest warte zakupu, więc to kupując. W efekcie prezenty są... ...co najmniej różnorodne. Wyciągnięte z szafy, do której je upycha, nie raz potrafią zaskoczyć i samego Greengrassa. Raczej nie wymagającego rewanżu, jednak z pewnością doceniającego pamięć.
Rok za rokiem jakoś to leci.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down