01.02.2025, 01:26 ✶
Mógłby nie patrzeć na Geraldine. Tak jak ona spoglądając na horyzont w kierunku fal rozbijających się o podwodne kamienie. W stronę, gdzie głębia powoli na powrót stawała się płycizną. Tą samą, na której stali wiele lat temu, pierwszy raz obserwując migoczące tam fluorescencyjne punkciki. Jeszcze nie wiedząc, że pojawiały się zawsze o tej samej porze roku. Niemalże co do dnia. Błyszcząc przez niemal równo tydzień, po czym znikając na kolejne miesiące. Wtedy rzeczywiście mieli szczęście zobaczyć je w pełni swej krasy. Później też to robili, ale żadna z tych chwil nie była tak piękna jak tamta.
Mieli za to wiele innych momentów wartych zapamiętania. Tych wszystkich dobrych wspomnień. Szczęśliwych chwil spędzonych tuż obok siebie. Razem byli w stanie odnaleźć nawet cząstkę stabilności w świecie pogarszającym się w chaosie. Na ogół to wystarczało. Czasami nawet aż nadto. To, że po prostu byli tuż obok siebie, trwali przy sobie niezależnie od okoliczności. Wiedząc, że mogli na siebie liczyć, że mogli sobie zaufać.
Teraz to już nie istniało a on? Im dłużej myślał o słowach rzuconych wtedy w salonie Corneliusa, tym bardziej zastanawiał się, czy to rzeczywiście wyglądało w ten sposób. Czy słowa Yaxleyówny były czymś w rodzaju karmy? Pokrętnego odbicia jego własnego podejścia do wszystkiego, w co nie chciał jej angażować? Czy przez te wszystkie lata rzucał ku niej podobne słowa?
Starał się tego nie robić. Usiłował wyjaśniać. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to robić. Mówić o swoich powodach, dla których trzymał ją z daleka od części rzeczy, w które sam się angażował. Nie wydawało mu się, aby obdarzał ją przy tym stwierdzeniami na miarę przyczepienia się do niego. Nie chciał wytykać jej wymuszania. Czegoś, co ona zasugerowała, że zrobił wbrew jej woli.
Ale to było prawdą, czyż nie? Samowolnie zaangażował się w całą sytuację. Wszedł w nią z butami. Pojawił się dosłownie znikąd i co tak właściwie ze sobą przyniósł? Jaka była jego rola w tym całym przedsięwzięciu? Nie wątpił, że poradziliby sobie bez medyka. Bez kogoś, kto tak właściwie nie wniósł w sprawę nic poza gniewem i goryczą. Bez kogoś, kto zawiódł przyjaciela, jednocześnie wcale nie wspierając przy tym ukochanej.
Wyszli stamtąd, lecz to w żadnym razie nie było jego zasługą. Nie zamierzał jej sobie przypisywać. To Rina wykazała się tam swoimi umiejętnościami. To ona pokazała mu je drugi i trzeci raz podczas ich pobytu w Piaskownicy. I ten czwarty w Lesie Wisielców. Piątego nie liczył, choć gdyby tylko ponownie zająknęła się przy nim odnośnie tamtej teleportacji, byłby w stanie powiedzieć jej, że po tym wszystkim i tak sobie poradziła. Żadne z nich nie doznało urazu, nie trafili w złe miejsce w Kniei. Mieli inne opcje.
Te, które na początku wydawały się dobre. Te, które ostatecznie ich pogrążyły.
Mieli tu wrócić. Czynili nieświadome plany. W żadnym z nich nie było miejsca na unikanie dotyku. Na żal i gorycz. Na te pierwsze ciche słowa, na które coś w piersi Ambroisa ścisnęło się tak boleśnie, że przez jego twarz przeszedł nieudolnie powstrzymywany grymas.
Chłód w jej głosie był zrozumiały, ale wciąż bolał.
A więc to już?
- Zamierzam - musiał to powiedzieć, nawet jeśli to nie było wystarczające - tylko to jedno słowo ledwo przeszło mu przez usta.
Nawet nie próbował tego rozwijać. Nie chciał tłumaczyć, dlaczego to było drugą najlepszą rzeczą, jaką mógł teraz zrobić (pierwsza rozmyła się we wczesnojesiennym londyńskim deszczu). Nie planował również powracać do tamtych słów wypowiedzianych w Londynie. Nie chciał być pasywno-agresywny. Po tak długim czasie odgryzać się za słowa, które już nie miały znaczenia.
W gruncie rzeczy przecież mówiła prawdę, czyż nie? Znikał i odchodził. Spierdalał. Od wielu miesięcy czuł się tak, jakby to faktycznie było jego nową domeną. Tak wtedy tamtej wiosny, jak również w Kniei Godryka na widok widma zabijającego jednego z ich przodków czy z leża dopplegangera, który tylko prawdopodobnie został zniszczony. Nie upewnili się całkowicie.
W słowach Riny tkwiła naprawdę bolesna prawda. Jedna z najtrudniejszych do przełknięcia. Coś, czego bał się przez lata, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Nie chciał być swoją matką. Nie chciał być swym ojcem cały czas jeżdżącym po świecie, praktycznie nie bywających w domu. Chciał być sobą. Człowiekiem biorącym odpowiedzialność za swoje czyny. Za ludzi, których kochał. Chciał przy nich być...
...być przy Geraldine. Nie tak jak teraz. Nie w ten sposób. Nie mając przeświadczenia, że ich świat zaraz na nowo się rozpadnie. Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek istniał? Od samego początku mówili sobie, że to nie jest nic więcej jak tylko kilka chwil zapomnienia. Coś nietrwałego, upragnione ciepło, które potrzebowali odzyskać po tym wszystkim, co się stało. Po przejmującym ziąbie jaskini, po mackach demona sunących pod skórą, po ciemności i lękach.
Ale one wcale nie odeszły, czyż nie? Nie zniknęły niczym za machnięciem różdżki. Nie dało się ich rozproszyć przy pomocy żadnego znanego czy nieznanego zaklęcia. Choć ponownie: czy aby na pewno? Przecież istniały sposoby na to, by zapomnieć. Żeby przestać karmić się wspomnieniami. Złymi czy dobrymi. Wszystkimi.
Paradoksalnie, czuł się jednak zbyt słaby, by z nich skorzystać. To było śmieszne, to było parszywe, godne politowania. Żałosne. Jeszcze bardziej gorzkie i ironiczne, gdy wiedział o tym, co tego dnia wybiło na zewnątrz. Jak szambo wybuchające na skutek niekontrolowanego ciśnienia.
Wtedy był rozgoryczony. Siedząc na fotelu zamiast na kanapie. Sam, gdy powinien być obok Geraldine. Myśląc o widmach, Astarothcie, Iteti, Inez, dopplegangerze, Cainie. O powrocie do Piaskownicy, w której z minuty na minutę czekała na nich wyłącznie narastająca pustka. Nie spodziewał się żadnego z tamtych dwóch uderzeń. Pierwsze zakołysało jego poczuciem własnej wartości. Tym, kim chciał być. Tym, kim w rzeczywistości był. Drugie? Po drugim poczuł się tak, jakby ponownie znalazł się na tamtej krawędzi.
A przecież już tak nie było. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, nie było decyzją podjętą pod wpływem chwili i emocji targających nim tak jak teraz. Było przekalkulowane. Zimne i przemyślane. Oficjalne, stanowcze, pozbawione porywczości, nawet jeśli to nie znaczyło, że nie bolało. Było...
...ostatecznym aktem desperacji. Pogodzenia się z losem. Głębszym i bardziej pierwotnym wyborem niż opcja, do której sięgnął teraz w swoim umyśle. Ta w teorii znacznie łagodniejsza. W praktyce? Nie chciał tego robić, nie chciał zapominać, żyć dalej bez świadomości, że to zrobił. Nie udawać, lecz szczerze wierzyć w to, że ostatnie lata nie miały miejsca. To byłoby... ...chyba jeszcze gorsze od tamtych czerwcowych chwil.
Chciał pamiętać o tym wszystkim, co się wydarzyło. Co mieli jeszcze przez ostatnie sekundy. Siedząc we wrześniowym deszczu.
Nie rozchylił warg, nie wydał z siebie nawet najcichszego dźwięku. Ani jednego słowa. Po prostu sięgnął w tył, jednym ruchem ściągając gumkę z włosów. Oplótł ją sobie wokół palców, w milczeniu wyciągając rękę ku siedzącej przy nim Yaxleyównie. Sięgnął w tył za plecy dziewczyny, zbierając tak wiele jej kosmyków ile był w stanie zanim nie zaplątał ich w prowizoryczny kucyk. Powiewy wiatru w dalszym ciągu szarpały jej włosami, jednak przynajmniej nie wszystkimi.
To był pierwszy moment. Pierwszy pozornie nieistotny gest. Pierwsze nawiązanie kontaktu fizycznego po tamtej odtrąconej dłoni. Znacznie bardziej ostrożne niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli nie mógł już nic popsuć, bo wszystko i tak miało przestać istnieć. Chyba nigdy nie był wobec niej aż tak zachowawczy, tak bardzo czujny, obserwując reakcję...
...gotów zabrać dłoń. Do tego czasu jednak powolnym, ostrożnym ruchem przesuwając opuszką palca od zatkniętego za ucho kosmyka do dolnej linii rzęs dziewczyny. Na tę pojedynczą kropelkę skrzącą się na jej policzku, ścierając ją zanim całkowicie spłynęła w dół, znacząc ścieżkę goryczy na miękkiej, zaróżowionej od wiatru skórze.
Mieli za to wiele innych momentów wartych zapamiętania. Tych wszystkich dobrych wspomnień. Szczęśliwych chwil spędzonych tuż obok siebie. Razem byli w stanie odnaleźć nawet cząstkę stabilności w świecie pogarszającym się w chaosie. Na ogół to wystarczało. Czasami nawet aż nadto. To, że po prostu byli tuż obok siebie, trwali przy sobie niezależnie od okoliczności. Wiedząc, że mogli na siebie liczyć, że mogli sobie zaufać.
Teraz to już nie istniało a on? Im dłużej myślał o słowach rzuconych wtedy w salonie Corneliusa, tym bardziej zastanawiał się, czy to rzeczywiście wyglądało w ten sposób. Czy słowa Yaxleyówny były czymś w rodzaju karmy? Pokrętnego odbicia jego własnego podejścia do wszystkiego, w co nie chciał jej angażować? Czy przez te wszystkie lata rzucał ku niej podobne słowa?
Starał się tego nie robić. Usiłował wyjaśniać. Przynajmniej na tyle, na ile mógł to robić. Mówić o swoich powodach, dla których trzymał ją z daleka od części rzeczy, w które sam się angażował. Nie wydawało mu się, aby obdarzał ją przy tym stwierdzeniami na miarę przyczepienia się do niego. Nie chciał wytykać jej wymuszania. Czegoś, co ona zasugerowała, że zrobił wbrew jej woli.
Ale to było prawdą, czyż nie? Samowolnie zaangażował się w całą sytuację. Wszedł w nią z butami. Pojawił się dosłownie znikąd i co tak właściwie ze sobą przyniósł? Jaka była jego rola w tym całym przedsięwzięciu? Nie wątpił, że poradziliby sobie bez medyka. Bez kogoś, kto tak właściwie nie wniósł w sprawę nic poza gniewem i goryczą. Bez kogoś, kto zawiódł przyjaciela, jednocześnie wcale nie wspierając przy tym ukochanej.
Wyszli stamtąd, lecz to w żadnym razie nie było jego zasługą. Nie zamierzał jej sobie przypisywać. To Rina wykazała się tam swoimi umiejętnościami. To ona pokazała mu je drugi i trzeci raz podczas ich pobytu w Piaskownicy. I ten czwarty w Lesie Wisielców. Piątego nie liczył, choć gdyby tylko ponownie zająknęła się przy nim odnośnie tamtej teleportacji, byłby w stanie powiedzieć jej, że po tym wszystkim i tak sobie poradziła. Żadne z nich nie doznało urazu, nie trafili w złe miejsce w Kniei. Mieli inne opcje.
Te, które na początku wydawały się dobre. Te, które ostatecznie ich pogrążyły.
Mieli tu wrócić. Czynili nieświadome plany. W żadnym z nich nie było miejsca na unikanie dotyku. Na żal i gorycz. Na te pierwsze ciche słowa, na które coś w piersi Ambroisa ścisnęło się tak boleśnie, że przez jego twarz przeszedł nieudolnie powstrzymywany grymas.
Chłód w jej głosie był zrozumiały, ale wciąż bolał.
A więc to już?
- Zamierzam - musiał to powiedzieć, nawet jeśli to nie było wystarczające - tylko to jedno słowo ledwo przeszło mu przez usta.
Nawet nie próbował tego rozwijać. Nie chciał tłumaczyć, dlaczego to było drugą najlepszą rzeczą, jaką mógł teraz zrobić (pierwsza rozmyła się we wczesnojesiennym londyńskim deszczu). Nie planował również powracać do tamtych słów wypowiedzianych w Londynie. Nie chciał być pasywno-agresywny. Po tak długim czasie odgryzać się za słowa, które już nie miały znaczenia.
W gruncie rzeczy przecież mówiła prawdę, czyż nie? Znikał i odchodził. Spierdalał. Od wielu miesięcy czuł się tak, jakby to faktycznie było jego nową domeną. Tak wtedy tamtej wiosny, jak również w Kniei Godryka na widok widma zabijającego jednego z ich przodków czy z leża dopplegangera, który tylko prawdopodobnie został zniszczony. Nie upewnili się całkowicie.
W słowach Riny tkwiła naprawdę bolesna prawda. Jedna z najtrudniejszych do przełknięcia. Coś, czego bał się przez lata, nawet nie do końca zdając sobie z tego sprawę. Nie chciał być swoją matką. Nie chciał być swym ojcem cały czas jeżdżącym po świecie, praktycznie nie bywających w domu. Chciał być sobą. Człowiekiem biorącym odpowiedzialność za swoje czyny. Za ludzi, których kochał. Chciał przy nich być...
...być przy Geraldine. Nie tak jak teraz. Nie w ten sposób. Nie mając przeświadczenia, że ich świat zaraz na nowo się rozpadnie. Choć czy tak naprawdę kiedykolwiek istniał? Od samego początku mówili sobie, że to nie jest nic więcej jak tylko kilka chwil zapomnienia. Coś nietrwałego, upragnione ciepło, które potrzebowali odzyskać po tym wszystkim, co się stało. Po przejmującym ziąbie jaskini, po mackach demona sunących pod skórą, po ciemności i lękach.
Ale one wcale nie odeszły, czyż nie? Nie zniknęły niczym za machnięciem różdżki. Nie dało się ich rozproszyć przy pomocy żadnego znanego czy nieznanego zaklęcia. Choć ponownie: czy aby na pewno? Przecież istniały sposoby na to, by zapomnieć. Żeby przestać karmić się wspomnieniami. Złymi czy dobrymi. Wszystkimi.
Paradoksalnie, czuł się jednak zbyt słaby, by z nich skorzystać. To było śmieszne, to było parszywe, godne politowania. Żałosne. Jeszcze bardziej gorzkie i ironiczne, gdy wiedział o tym, co tego dnia wybiło na zewnątrz. Jak szambo wybuchające na skutek niekontrolowanego ciśnienia.
Wtedy był rozgoryczony. Siedząc na fotelu zamiast na kanapie. Sam, gdy powinien być obok Geraldine. Myśląc o widmach, Astarothcie, Iteti, Inez, dopplegangerze, Cainie. O powrocie do Piaskownicy, w której z minuty na minutę czekała na nich wyłącznie narastająca pustka. Nie spodziewał się żadnego z tamtych dwóch uderzeń. Pierwsze zakołysało jego poczuciem własnej wartości. Tym, kim chciał być. Tym, kim w rzeczywistości był. Drugie? Po drugim poczuł się tak, jakby ponownie znalazł się na tamtej krawędzi.
A przecież już tak nie było. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, nie było decyzją podjętą pod wpływem chwili i emocji targających nim tak jak teraz. Było przekalkulowane. Zimne i przemyślane. Oficjalne, stanowcze, pozbawione porywczości, nawet jeśli to nie znaczyło, że nie bolało. Było...
...ostatecznym aktem desperacji. Pogodzenia się z losem. Głębszym i bardziej pierwotnym wyborem niż opcja, do której sięgnął teraz w swoim umyśle. Ta w teorii znacznie łagodniejsza. W praktyce? Nie chciał tego robić, nie chciał zapominać, żyć dalej bez świadomości, że to zrobił. Nie udawać, lecz szczerze wierzyć w to, że ostatnie lata nie miały miejsca. To byłoby... ...chyba jeszcze gorsze od tamtych czerwcowych chwil.
Chciał pamiętać o tym wszystkim, co się wydarzyło. Co mieli jeszcze przez ostatnie sekundy. Siedząc we wrześniowym deszczu.
Nie rozchylił warg, nie wydał z siebie nawet najcichszego dźwięku. Ani jednego słowa. Po prostu sięgnął w tył, jednym ruchem ściągając gumkę z włosów. Oplótł ją sobie wokół palców, w milczeniu wyciągając rękę ku siedzącej przy nim Yaxleyównie. Sięgnął w tył za plecy dziewczyny, zbierając tak wiele jej kosmyków ile był w stanie zanim nie zaplątał ich w prowizoryczny kucyk. Powiewy wiatru w dalszym ciągu szarpały jej włosami, jednak przynajmniej nie wszystkimi.
To był pierwszy moment. Pierwszy pozornie nieistotny gest. Pierwsze nawiązanie kontaktu fizycznego po tamtej odtrąconej dłoni. Znacznie bardziej ostrożne niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli nie mógł już nic popsuć, bo wszystko i tak miało przestać istnieć. Chyba nigdy nie był wobec niej aż tak zachowawczy, tak bardzo czujny, obserwując reakcję...
...gotów zabrać dłoń. Do tego czasu jednak powolnym, ostrożnym ruchem przesuwając opuszką palca od zatkniętego za ucho kosmyka do dolnej linii rzęs dziewczyny. Na tę pojedynczą kropelkę skrzącą się na jej policzku, ścierając ją zanim całkowicie spłynęła w dół, znacząc ścieżkę goryczy na miękkiej, zaróżowionej od wiatru skórze.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down