01.02.2025, 16:06 ✶
Stał na nabrzeżu. Na skrawku lądu rozciągającego się wzdłuż linii wody. Stał i milczał, przyjmując na siebie wszystkie uderzające w niego słowa, bo co innego miał zrobić? Kłócić się? Warczeć? Gryźć i drapać niczym zdziczałe zwierzę? Kąsać, jednocześnie próbując zrzucić z siebie to wszystko, co w istocie było tylko i wyłącznie jego winą? Przecież wiedział, że Cornelius ma rację. Nie potrafił temu zaprzeczyć, więc nawet nie próbował tego robić.
Słowa i tak nigdy nie przychodziły mu łatwo. Zawsze z trudem formułował myśli dotyczące tak trudnych tematów. W momentach takich jak ten, Ambroise nie potrafił wyrzucać z siebie długich i złożonych zdań, głębokich i poruszających przeprosin. Szczególnie, gdy nie miało iść za nimi nic, prócz chęci wyłącznie chwilowego pojednania. Kolejnego zniknięcia. Tym razem już na stałe.
Jeszcze nie wiedział, gdzie i kiedy, w jaki sposób, lecz ta myśl towarzyszyła mu na tyle długo, że powoli po prostu się z nią godził. Szczególnie teraz, gdy dostrzegał kolejne wymiary zniszczenia, którego był twórcą. Nie było go wtedy, kiedy przyjaciel potrzebował go najbardziej. Nie było go w najtrudniejszych chwilach i nie miało być go wtedy, kiedy spokój wreszcie powoli zacznie powracać do życia Lestrange'ów.
Był bowiem pewien, że taki moment miał kiedyś nadejść. Może nie dziś ani nie jutro, ale ulga musiała ponownie zagościć w świecie ludzi, którzy zdecydowanie na to zasługiwali.
- Rozumiem - powiedział powoli, zbierając w sobie dostatecznie dużo wewnętrznej siły, by zakończyć tę rozmowę w pozornie neutralnym tonie.
Bowiem dobiegała końca, czyż nie? Nie mógł tu dłużej stać, przyjmując na siebie wyrzuty. Nawet w tym stanie nie potrafił być cudzym workiem treningowym, nawet jeśli te wszystkie wyrzuty kierowane przeciwko niemu były całkowicie słuszne.
Próbował. Przynajmniej próbował. Tak. Chciał odezwać się do Corneliusa przed wyjazdem. Zobaczyć się z nim i z Fabianem. Poniekąd osiągnął swój cel. Dokładnie na to się teraz umawiali, prawda? Co z tego, że w gniewie, niemalże furii ze strony jego przyjaciela? Deklaracja padła a Corio też nigdy nie zwykł przecież rzucać słów na wiatr. Nawet tak chłodny i gwałtowny jak ten szarpiący teraz ich ubraniami. Niezwykle podobny do zawieruchy między nimi.
Tak, Ambroise zdecydowanie wyrażał chęć spotkania się z synem chrzestnym. Ostatni raz przed opuszczeniem tego miejsca. To było coś, co pragnął zrobić. Domknąć choć jedną ze spraw, które zawalił. Choć czy właściwie było to w ogóle możliwe? W głębi duszy obawiał się, że nie.
Ba, podświadomie wiedział, że nie powinien tego robić. Emanować dłużej tym wszystkim nie tylko na bliskich. Nie tylko na człowieka przez wiele lat będącego mu praktycznie bratem. Teraz obcym i zdystansowanym. Pełnym całkowicie słusznego gniewu, którego nie szło przygasić żadnymi słowami. Lecz także na niewinne dziecko. Na małego chłopca, który w swoim krótkim życiu i tak przeżył już dostatecznie wiele strat.
Chyba lepiej byłoby, by go nie pamiętał. Nie w ten sposób, w jaki to wszystko teraz wyglądało. Jeśli Fabian w ogóle miał mieć o nim jakieś wspomnienia, zdecydowanie lepiej, by przynajmniej on jako jedyny pamiętał go jako tego człowieka podczas hucznych urodzin. Szczęśliwego, pogodnego, rozbawionego. Zakochanego w życiu i w ciotce, której własna pamięć o ich wspólnych chwilach już nie była taka sama.
Wszystko spierdolił. Zniszczył niemal każdy aspekt swojego życia. W tym momencie dostrzegał to jak nigdy wcześniej. To spotkanie mu to uświadomiło. Jeśli wcześniej miał w sobie jeszcze jakąś iskrę nadziei, co prawda nie spodziewając się cudów, jednak wciąż wierząc w to, że jest w stanie cokolwiek wyjaśnić... ...teraz już tego nie miał. Wygasło, zdmuchnięte przez kolejny gwałtowny podmuch lodowatego wiatru.
Bardzo powoli odwrócił wzrok od morza i horyzontu przenosząc spojrzenie na Corio. W milczeniu kiwając głową i pierwszy raz, odkąd się tu wspólnie znaleźli rzeczywiście otulając się płaszczem przed wiatrem. Krzyżując dłonie na piersi i biorąc głęboki wdech.
- Odezwę się do ciebie - stwierdził, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że kłamie.
A jednak to powiedział, jednocześnie obracając się na pięcie. Tym razem już zupełnie nie przejmując się potencjalnymi konsekwencjami wystawienia się na niepowołane oczy. Plaża i molo były niemalże całkowicie puste.
- I... ...Corio... ...przepraszam - wymamrotał zanim z cichym trzaskiem opuścił plażę, teleportując się cholera wiedziała, gdzie.
Nie do pokoju w pensjonacie. Nie do Doliny Godryka. Nie do Londynu. Instynktownie wybrał zupełnie inne miejsce.
Słowa i tak nigdy nie przychodziły mu łatwo. Zawsze z trudem formułował myśli dotyczące tak trudnych tematów. W momentach takich jak ten, Ambroise nie potrafił wyrzucać z siebie długich i złożonych zdań, głębokich i poruszających przeprosin. Szczególnie, gdy nie miało iść za nimi nic, prócz chęci wyłącznie chwilowego pojednania. Kolejnego zniknięcia. Tym razem już na stałe.
Jeszcze nie wiedział, gdzie i kiedy, w jaki sposób, lecz ta myśl towarzyszyła mu na tyle długo, że powoli po prostu się z nią godził. Szczególnie teraz, gdy dostrzegał kolejne wymiary zniszczenia, którego był twórcą. Nie było go wtedy, kiedy przyjaciel potrzebował go najbardziej. Nie było go w najtrudniejszych chwilach i nie miało być go wtedy, kiedy spokój wreszcie powoli zacznie powracać do życia Lestrange'ów.
Był bowiem pewien, że taki moment miał kiedyś nadejść. Może nie dziś ani nie jutro, ale ulga musiała ponownie zagościć w świecie ludzi, którzy zdecydowanie na to zasługiwali.
- Rozumiem - powiedział powoli, zbierając w sobie dostatecznie dużo wewnętrznej siły, by zakończyć tę rozmowę w pozornie neutralnym tonie.
Bowiem dobiegała końca, czyż nie? Nie mógł tu dłużej stać, przyjmując na siebie wyrzuty. Nawet w tym stanie nie potrafił być cudzym workiem treningowym, nawet jeśli te wszystkie wyrzuty kierowane przeciwko niemu były całkowicie słuszne.
Próbował. Przynajmniej próbował. Tak. Chciał odezwać się do Corneliusa przed wyjazdem. Zobaczyć się z nim i z Fabianem. Poniekąd osiągnął swój cel. Dokładnie na to się teraz umawiali, prawda? Co z tego, że w gniewie, niemalże furii ze strony jego przyjaciela? Deklaracja padła a Corio też nigdy nie zwykł przecież rzucać słów na wiatr. Nawet tak chłodny i gwałtowny jak ten szarpiący teraz ich ubraniami. Niezwykle podobny do zawieruchy między nimi.
Tak, Ambroise zdecydowanie wyrażał chęć spotkania się z synem chrzestnym. Ostatni raz przed opuszczeniem tego miejsca. To było coś, co pragnął zrobić. Domknąć choć jedną ze spraw, które zawalił. Choć czy właściwie było to w ogóle możliwe? W głębi duszy obawiał się, że nie.
Ba, podświadomie wiedział, że nie powinien tego robić. Emanować dłużej tym wszystkim nie tylko na bliskich. Nie tylko na człowieka przez wiele lat będącego mu praktycznie bratem. Teraz obcym i zdystansowanym. Pełnym całkowicie słusznego gniewu, którego nie szło przygasić żadnymi słowami. Lecz także na niewinne dziecko. Na małego chłopca, który w swoim krótkim życiu i tak przeżył już dostatecznie wiele strat.
Chyba lepiej byłoby, by go nie pamiętał. Nie w ten sposób, w jaki to wszystko teraz wyglądało. Jeśli Fabian w ogóle miał mieć o nim jakieś wspomnienia, zdecydowanie lepiej, by przynajmniej on jako jedyny pamiętał go jako tego człowieka podczas hucznych urodzin. Szczęśliwego, pogodnego, rozbawionego. Zakochanego w życiu i w ciotce, której własna pamięć o ich wspólnych chwilach już nie była taka sama.
Wszystko spierdolił. Zniszczył niemal każdy aspekt swojego życia. W tym momencie dostrzegał to jak nigdy wcześniej. To spotkanie mu to uświadomiło. Jeśli wcześniej miał w sobie jeszcze jakąś iskrę nadziei, co prawda nie spodziewając się cudów, jednak wciąż wierząc w to, że jest w stanie cokolwiek wyjaśnić... ...teraz już tego nie miał. Wygasło, zdmuchnięte przez kolejny gwałtowny podmuch lodowatego wiatru.
Bardzo powoli odwrócił wzrok od morza i horyzontu przenosząc spojrzenie na Corio. W milczeniu kiwając głową i pierwszy raz, odkąd się tu wspólnie znaleźli rzeczywiście otulając się płaszczem przed wiatrem. Krzyżując dłonie na piersi i biorąc głęboki wdech.
- Odezwę się do ciebie - stwierdził, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że kłamie.
A jednak to powiedział, jednocześnie obracając się na pięcie. Tym razem już zupełnie nie przejmując się potencjalnymi konsekwencjami wystawienia się na niepowołane oczy. Plaża i molo były niemalże całkowicie puste.
- I... ...Corio... ...przepraszam - wymamrotał zanim z cichym trzaskiem opuścił plażę, teleportując się cholera wiedziała, gdzie.
Nie do pokoju w pensjonacie. Nie do Doliny Godryka. Nie do Londynu. Instynktownie wybrał zupełnie inne miejsce.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down