02.02.2025, 02:07 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2025, 22:49 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic III
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
04.09.1972, wczesny wieczór, Whitby, Piaskownica
Za oknem szalała wrześniowa burza, deszcz spadał z ciemniejącego nieba niczym z polewaczki. Wiatr wdzierał się w szczeliny drewnianych futryn i pęknięcia okiennic, od czasu do czasu zawodząc głośno, w innej chwili niemal całkowicie cichnąc. Deszcz z impetem zacinał w okna. Lodowate krople uderzały o szyby, tworząc na nich rozmyte wzory. Kominek płonął jasno a zapach pieczeni cielęcej oraz prażonych jabłek unosił się w powietrzu, przyjemnie łącząc się z aromatem grzanego cydru. Siedział z ukochaną przed telewizorem, tym razem nie stroniąc od kontaktu. Nie wprowadzając między nich dystansu, przynajmniej nie fizycznego. Oboje milczeli, jednak gdy tylko znaleźli się na kanapie, Ambroise bez słowa otulił pledem kolana Geraldine, ściągając na nich również gruby koc. Objął ją ramieniem, pozwalając dziewczynie przejąć kontrolę nad pilotem.
Patrzył w ekran, choć jego myśli krążyły daleko stąd w odmętach ponurych wspomnień. Uciekając od prawdziwych uczuć, starał się udawać zainteresowanie programem. Obraz był nieostry, przerywany śnieżeniem, jednak Greengrass uparcie wbijał w niego wzrok, świdrując spojrzeniem postaci ludzi wyświetlane za szkłem.
Jego wolna ręka spoczywała pod grubym kocem na udzie Geraldine, co jakiś czas pocierając je delikatnie, jakby chciał ją uspokoić. Sam nie wiedział, z jakiego powodu. Czy w obliczu chwilowej burzy za oknem, czy tej obecnie targającej ich życiem. Nie dopuszczał do siebie myśli, że robił to też dla siebie, starając się w ten sposób ukoić nie tylko ją, ale i swoje własne myśli. Po prostu ją przytulał, trwając w jednej pozycji: niemal machinalnie opierając plecy o kanapę a policzek o włosy Riny. Schnące po tej całkiem długiej, ciepłej kąpieli, podczas której on zajął się przygotowywaniem obiadu (a może wczesnej kolacji?) wstawionego do pieca. Sam zadowolił się tylko szybkim prysznicem zanim znaleźli się w salonie.
Nie miał nastroju na rozmowę. Ona chyba też nie. Milczeli, pozwalając sobie na niemal całkowite pogrążenie się w ciszy przerywanej wyłącznie monotonnym bębnieniem deszczu o okno. Od czasu do czasu bardziej intensywnym przez powiew wiatru, jednak przez większość czasu całkiem rytmicznym. Burza nie ustawała. Lato, które jeszcze niedawno wydawało się nie mieć w planach odejścia, teraz powoli ustępowało miejsca jesieni. Chłodnym wiatrom i melancholijnym myślom.
Zmierzch wkradał się do pomieszczenia, pomimo ciepłego blasku rozpalonego kominka zlewającego się ze złotą poświatą rzucaną przez pojedynczą zapaloną lampę Tiffany - miły, domowy akcent, może nieco zbyt elegancki jak na to pomieszczenie, jednak paradoksalnie wyjątkowo do niego pasujący. Na zewnątrz było już niemal całkowicie ciemno. Czarne chmury niosły wrażenie, jakby nadeszła już późna noc, choć w istocie nie było jeszcze siedemnastej.
Prócz dwóch źródeł światła rozpraszających ciemny wieczorny klimat, jedynym pozostałym źródłem światła (prócz okazjonalnych błysków piorunów widocznych przez okno) była blada, nieco niebieskawa łuna bijąca od włączonego telewizora. Obraz na starym sprzęcie niemal nieustannie śnieżył. Dźwięki były częściowo urywane, odrobinę zniekształcone. Zapewne przez pogodę, choć nawet bez burzy zazwyczaj mieli tu naprawdę słabe warunki do oglądania telewizji - spuścizny po poprzednich właścicielach.
- Kk-kim w końcu... ...naukk-kkowiec? T-to ciekawski... ...człowiek zagląd-d... ...przez dz-ii-iurkę od klucza... ...d-d-d... ...od klucza natury, i próbujący dowiedzieć się, co się dzieje. - prawdopodobnie powinni postarać się o wymianę telewizora na nowy, bo brzmiał jak były-niedoszły przyjaciel Geraldine, choć zapewne w jednym ze swoich tak zwanych lepszych dni. O poprawienie anteny na dachu. O zrobienie tych wszystkich rzeczy, które chyba robiło się z takimi sprzętami. A jednak przecież nie zamierzali zostać tu na tak długo, aby przejmować się tak trywialnymi kwestiami, czyż nie? Ani tym, ani uschniętym filodendronem stojącym w doniczce nad telewizorem czy całkowicie zasuszoną olbrzymią juką - również w zasięgu wzroku, niemal tuż przy komodzie.
Pomieszczenie wypełniały dźwięki deszczu, który zacinał w okna i drewniane okiennice, dając wrażenie, jakby ich małe schronienie było niemal całkowicie odcięte od zewnętrznego świata. Tylko oni, kubek ciepłego cydru z wanilią i cynamonem w jego lewej dłoni. Zapach powoli dochodzącej pieczeni jagnięcej i prażonych jabłek. No i Jacques-Yves Cousteau usiłujący przekazać im informacje o morskich stworzeniach, nieustannie walcząc na ekranie o dominację ze skutkami przechodzącej burzy.
Na starym telewizorze leciał dokument, obraz lekko śnieżył z powodu burzy, ale Ambroise nie zwracał na to uwagi. Jego wzrok błądził po ekranie, podczas gdy myśli krążyły wokół spraw, które go trapiły. Zdecydował się na tę udawaną ciekawość, na wyrażenie chęci kultywowania niegdysiejszej tradycji oglądania razem wieczornych przygód morskiego badacza, by wypełnić ciszę między nimi, nie chcąc poruszać trudnych tematów.
W jego myślach kłębiły się ponure refleksje, ale w dalszym ciągu był na tyle przytomny, by nie pozwolić sobie odpłynąć za daleko. W pewnym momencie machinalnie poprawił otulony wokół nich koc, chcąc zapewnić Geraldine trochę więcej ciepła. Pochylił się przy tym nieco bardziej niż wymagało tego to, co robił. Bezwiednie pocałował ją we włosy, nie odrywając wzroku od telewizyjnego obrazu, po czym ponownie oparł się o oparcie kanapy, wyciągając nogi na ławie.
Był pogrążony w tych wszystkich rozważaniach, do których niemal idealnie pasowała atmosfera na zewnątrz. Burza za oknem wydawała się odzwierciedleniem jego wisielczego nastroju. Była pełna gniewu i chaosu - tak jak emocje, które go dręczyły. Mimo że oboje milczeli, atmosfera była nasycona emocjami, które zdawały się wypełniać każdy kąt tego małego świata. Ich małego świata, chyba jeszcze wciąż ich...
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down