02.02.2025, 05:04 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2025, 05:05 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Litha. Najkrótsza noc roku. Noc przesilenia letniego. Noc początku lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.
Litha. Najkrótsza noc roku - czemu więc wydawała się taka długa? Noc przesilenia letniego - czemu więc niosła ze sobą zupełny brak siły? Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością - a co, jeśli nigdy tak nie było?
Byli głupcami. Naiwnymi dziećmi wierzącymi w to, co próbowali wciskać im kapłani. W bujdy, którymi karmiono ich w imię tradycji. W imię nieistniejących wartości utraconych wraz z ciężkim woalem wojny ogarniającym świat dookoła nich.
Gdzie było tu miejsce na zwycięstwo światła nad ciemnością? Gdzie było wątłe światło nadziei? Gdzie kończyła się granica wszechogarniającego mroku przerażającego się w przejmującą pustkę a potem w milczącą obojętność?
Litha. Noc samotności. Noc zaprzepaszczonych szans. Noc ciążących wspomnień. Noc zatracenia.
Litha. Najkrótsza noc roku. Noc przesilenia letniego. Noc początku lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.
Litha. Najkrótsza noc roku - być może tkwiła w tym pewna prawda, bo przecież wkrótce miała się skończyć. Noc przesilenia letniego - może jednak niosła ze sobą pewien rodzaj ostatecznego wymiaru siły. Noc początku lata - wiecznego ciepłego lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością - w końcu nie miał już emanować tym wszystkim na ludzi, na których mu zależało. Światło zwyciężyło. Kolejna świeca zgasła w gwałtownym podmuchu ciepłego wiatru.
Był późny czerwcowy wieczór w Londynie. Ulica Pokątna, zazwyczaj tętniąca życiem, teraz niemalże opustoszała. W magicznej części miasta danowała niemal całkowita cisza. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu obchodzili kolejne święto. Dzień sabatu - Litha była czasem uciechy. Momentem palenia ognisk, plecenia wianków, świętowania.
Młodzi ludzie, uśmiechnięci i pełni nadziei, uciekali w głąb lasu, by pod pretekstem szukania legendarnego kwiatu paproci spełniać swoje marzenia o miłości. Zatracali się w sobie nawzajem. Między cichymi szelestami gniecionych jasnych sukienek a stłumionymi oddechami. Pomiędzy porozumiewawczymi spojrzeniami i wzrokiem kierowanym w odległe części głuszy. Między tym wszystkim, co stanowiło niemalże drugą, mniej oficjalną istotę tego dnia.
Lekko przykurzone zasłonki przy drzwiach balkonowych powiewały delikatnie w rytm podmuchów wiatru, odsłaniając widok na opustoszałą ulicę. Nie był tu od tak dawna, że wszystko zdążyło pokryć się szarawą warstwą, jednak w powietrzu, zamiast zaduchu i stęchlizny unosił się zapach świeżych ziół i kwiatów. Ciepły wiatr niósł ze sobą dźwięki zabaw i śmiechu, które wypełniały duszne, letnie powietrze.
Wiele razy spędzał tu noce, studiując kolejne książki. Wpierw te mające dać mu odpowiedzieć na istnienie jakiejś trudnej do określenia siły... ...opętania?... ...klątwy?... ...czegoś, co bez wątpienia miało miejsce i wpływ na wydarzenia w tamtym lesie. W rozpadającej się ruinie. We dworze pamiętającym dawne, lepsze czasy.
Teraz też pamiętał swoje własne. Swoje lepsze momenty, szczęśliwe chwile, jednak od wielu tygodni bezustannie przeplatające się z tymi znacznie cięższymi momentami. Z trudniejszymi do zaakceptowania wspomnieniami. Ze śladami dawnych decyzji.
Pamiętał własne początki. Te, które sięgały dużo głębiej niż do ścian tego mieszkania. Chwile spędzane z kuzynami. Momenty, które sprawiły, że w późniejszym okresie, gdy zaczęło robić się trudniej i niebezpieczniej, tak łatwo było mu ponownie sięgnąć po grymuary i podręczniki, oddając się obsesji na punkcie magii, która miała mu pomóc. Temu wszystkiemu, co miało być gwarantem bezpieczeństwa...
...ale teraz, w tym momencie, jedyną magią, której pragnął, było zapomnienie. Miał wrażenie, że znalazł się w pułapce a mrok, który go otaczał, zdawał się być jedynym towarzyszem w tej długiej, samotnej nocy. Cisza w pomieszczeniu była głęboka, przerywana jedynie odgłosami końca oficjalnej części radosnych zabaw dobiegających z ulicy. Zamiany głębokiej głuszy na prywatne mieszkania, aby tam kontynuować świętowanie sabatu.
Niejednokrotnie słyszał jak ktoś gwiżdże. Jak inna osoba odpowiada chichotem, jednak miał wrażenie, jakby te dźwięki były dla niego nieosiągalnym snem. Czymś dobiegającym zza grubej zasłony, zza tafli wody. Okrzyki młodych ludzi, ich radość, ich życie, wydawały się teraz tak odległe, jak gdyby pochodziły zupełnie z innego świata. Świata, do którego on już nie należał.
W rytmie ich śmiechu dostrzegał echa własnych wspomnień. Wspólnych spacerów, obietnic, które nigdy nie miały szansy się spełnić. W tej ciszy, przerywanej jedynie odgłosami z ulicy, czuł się jak w pułapce, otoczony przez ściany zbudowane z najgłębszych lęków i niespełnionych pragnień.
Zasłonki w jego oknie falowały w rytm podmuchów ciepłego wiatru, przynosząc ze sobą echa przeszłości, lecz nie teraźniejszości, nie przyszłości. Tych już nie widział. Nie sądził, by był w stanie kiedykolwiek ponownie je dostrzec. Może w tych ostatnich chwilach? Tuż przed końcem? Może wtedy? To nie byłoby takie złe. Dostrzec to wszystko, czego pragnął, spełniające się po raz ostatni. Iluzję osiągnięcia marzeń w ostatecznym pożegnaniu ze światem, w którym nigdy nie miało szans na to, by się ziścić.
Świece z pszczelego wosku, które oświetlały pomieszczenie, powoli się dopalały. Ich wosk kapał na podłogę, przerywając rozrysowane na niej linie. Kartki leżące na podłodze tańczyły w podmuchach wiatru, zatrzymując się na stosach książek i ponownie podrywając się do lotu. Ciężkie, twarde okładki nosiły tytuły niewidoczne w słabnącej poświacie świeczek, jednak Ambroise nie potrzebował na nie spoglądać, by wiedzieć, czym były - niektóre z nich z pozoru niewinne, inne jednak skrywały sekrety, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego. Grymuary, podręczniki do zaklęć a także nieliczne tomy, które mogłyby wywołać dreszcze u niejednego czarodzieja. Mężczyzna nie zwracał na nie uwagi. Jego myśli były gdzie indziej.
Z dołu dobiegały wesołe okrzyki. Kolejny raz usłyszał jak ktoś gwiżdże a w odpowiedzi na ten dźwięk pada salwa perlistego chichotu. Otworzył oczy, spoglądając na zasłony, które nadal tańczyły na wietrze. Każdy ich ruch, każdy dźwięk docierający do niego z ulicy przypominał mu o wolności, o tym, co najlepsze w życiu o radości, o miłości, o marzeniach. A jednak te same rzeczy były teraz jego przekleństwem.
Przypomniał sobie jak obiecał, jak przysięgał przed samym sobą, że nigdy nie pozwoli, by miłość go zraniła. Jakże był wtedy głupi... ...ale w końcu nie miał kontroli nad tym, co miało się wydarzyć, czyż nie? Teraz już to wiedział. Podjął ryzyko. Mógł przewidzieć, że to, co miało być najpiękniejszym uczuciem skończy się w ten sposób - w pustce, w której teraz tkwił. W ulatującej wieczności ustępującej miejsca pustce, która wciągała go coraz głębiej w stronę nieuchronnego zapomnienia.
Przestał zadawać sobie pytanie, czy to wszystko miało sens. Czy jego życie, pełne bólu i rozczarowań, mogło być inne. Odpowiedzi nie było. W tej chwili, w której siedział na podłodze czuł się jak widz w swoim własnym życiu, patrząc na to, co już minęło i na to, co nigdy nie miało się wydarzyć. Obojętność przynosiła ulgę. Dystans, z którym spoglądał na ten moment był niemal kojący.
Uśmiechając się, pozwolił sobie na chwilę ulgi. Wiedział, że jutra nie będzie. Wiedział, że nie będzie już musiał znosić bólu. Właśnie to było mu potrzebne. Błoga ciemność, która miała go otulić jak miękki koc. W jej ramionach miał odnaleźć odkupienie.
Lekko nadtłuczona karafka w jego dłoni kryła w sobie obietnicę spokoju. Migocząca w blasku świec zawartość była nie tylko napojem, lecz także kluczem do dotychczas jedynie połotwartych drzwi. Do wyjścia z tego świata, do postawienia kroku za Zasłonę. Tym razem świadomego, będącego jego własną nieprzymuszoną decyzją. Jego wyborem.
Wiedział, że dawki, które przygotował, zamienią ból w nicość. To mu wystarczyło. Ciepło zaczynało go otaczać, myśli stawały się coraz bardziej mgliste. W oblanym półmrokiem pokoju wszystko zaczynało się rozmywać. Wesołe okrzyki z ulicy wydawały się być coraz bardziej odległe, jakby ktoś zamykał go w bańce, odcinając Ambroisa od reszty świata.
Jednak ten stan nie niósł już ze sobą goryczy. Nie miał gorzkiego posmaku, nie... ...przeciwnie - przynosił ulgę. Smakował tak słodko jak słodkie były jagody w wywarze, jak słodkie były te wszystkie drobne dodatki. Naprawdę przyjemne. Rozlewające się na języku i otulające gardło niczym prawdziwa ambrozja. Ironiczne, czyż nie?
Znał się na ziołach, na truciznach. Wiedział, jakie dawki zapewnią mu spokojne odejście. Jego myśli krążyły wokół tego momentu, niczego więcej. Chwili, w której przestanie odczuwać ból, w której zapomni o wszystkim, co go dręczyło. O miłości, która była tylko iluzją. O nadziei, która zgasła zanim miała szansę zaistnieć. O każdym świcie, który był dla niego wyłącznie kolejnym powodem do smutku.
Z początku nie zamierzał tu zostawać. Planował opuścić wynajmowane mieszkanie, nie chcąc przysparzać bliskim kłopotów, nie chcąc zrzucać na nich ciężaru i wstydu. Odpowiedzialności. Skandalu. Przygotował niemal wszystko w taki sposób, aby po prostu stąd zniknąć, pozostawiając po sobie wyłącznie najpotrzebniejsze dokumenty. Te wszystkie papiery, jednak nie list. Musieli mu to wybaczyć. Nigdy nie był dobry w słowa. Nawet w obliczu nadchodzącej śmierci.
A jednak uległ pokusie. Dał się sobie rozproszyć, ostatni raz sięgając po ten niewielki gwóźdź do trumny. Ironicznie błyszczący w dogasającym świetle świec. Zawiesił się w czasie i przestrzeni, minuty mijały, jednak on wciąż trwał, zapatrzony w pierścionek, który w jego dłoni stawał się coraz cięższy. Niewielkie kółeczko. Kamyk. Śmieszna sprawa, że to właśnie on był tym, co przeciążyło szalę na jedną stronę. Z pozoru nie powinien.
Z zamyśleniem spojrzał na swoją rękę a potem na świecę, która zaczynała się dopalać. Na wosk, który kąpał na podłogę, dopiero teraz dostrzegając, że okrąg, który wyznaczył, przerywany był przez zastygające krople. Ale to już nie miało znaczenia. Nie miało być już żadnych transów, żadnych rytuałów, niczego Świece powoli dogasały, ciepłe światło, które wcześniej je otaczało, stawało się coraz bardziej stonowane. W pomieszczeniu powoli zapadał zmrok. Cienie kładły się na ścianach, sunęły po podłodze.
Litha. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.
Czas w pomieszczeniu zdawał się zatrzymywać. Każda sekunda była wiecznością. Pociągnął kolejny łyk z karafki, unosząc ją wcześniej w niemym toaście. Wychylając ciecz niemalże do dwóch trzecich zawartości szkła. Profilaktycznie, bowiem wystarczyłoby pięćdziesiąt mililitrów mniej. Więcej też jednak nie miało zaszkodzić. Przynajmniej nie przy tak precyzyjnym trzymaniu się dawek. Zbyt dużo z pewnością byłoby bowiem w stanie zmusić organizm do odruchów wymiotnych, do pozbycia się trucizny a to mogłoby go skrzywdzić, lecz nie zabić.
W końcu pozwolił sobie na odchylenie głowy w tył i odstawienie naczynia na podłogę. Zamknął oczy po raz ostatni. Nie zamierzał ponownie ich otwierać. Z opuszczonymi, lekko drżącymi powiekami wyobraził sobie jak to będzie. Jak to będzie, gdy opuści ten świat i wreszcie poczuje spokój. Nie będzie już bólu, nie będzie już cierpienia. Tylko błoga cisza i ciemność, w której mógłby znaleźć ukojenie.
Czuł jak eliksir powoli zaczyna działać. Jego ciało stawało się coraz cięższe a myśli coraz bardziej rozmyte. Ostatnie okrzyki radości z ulicy wydawały się odległe, jakby dochodziły już zza Zasłony. W jego umyśle zaczęły pojawiać się obrazy. Wspomnienia, które chciał zabrać ze sobą. Twarz ukochanej, uśmiech, który kiedyś rozświetlał mu dni, chwile, które wydawały się wiecznością a teraz były jedynie gasnącym blaskiem w ciemności.
Czuł jak jego serce zaczyna bić coraz wolniej. Przejmująco spokojnie. Nastał moment, w którym zrozumiał, że nie ma już odwrotu. Otworzył oczy. Jednak nie mógł tego nie zrobić - spojrzał na pierścionek a w jego umyśle powoli zagościł ten ostateczny rodzaj pogodzenia z rzeczywistością. Jeśli uronił teraz jakieś łzy, były to wyłącznie łzy odkupienia. Ulgi, która prowadziła go ku ciemności. To była składana sobie obietnica, że wkrótce wszystko się skończy. Dokładnie tak jak się zaczęło. Samotnie, ale bez lęku.
Zakręciło mu się w głowie. Obraz przed oczami zaczął coraz bardziej przygasać, zamazując się tak bardzo, że w końcu musiał ponownie opuścić powieki. Wiedział, że to jeszcze chwila, nawet jeśli już teraz poczuł, że wkrótce zniknie w tej ciemności, w której już nic go nie będzie bolało...
...a więc z zamkniętymi oczami czekał na moment, w którym w końcu się osunie, w którym całkowicie zniknie z tego świata.
Nie musiał długo o tym myśleć. Nie musiał się na tym skupiać. Po prostu to czuł. Poczuł jak jego serce się zatrzymuje. Ostatnie tchnienie ulgi, a potem tylko ciemność.
W ostatniej chwili, zanim eliksir w pełni zadziałał, usłyszał jeszcze jeden głośny okrzyk radości z zewnątrz. To był dźwięk, który w jednej chwili przypomniał mu, że życie toczy się dalej, że są inni, którzy czują radość, miłość, nadzieję. Ale dla niego to już nie miało znaczenia. Jego czas dobiegł końca, a on był gotów na to, by przekroczyć Zasłonę...
...przepraszam, ma moitié, do usranej śmierci... ...tak było najlepiej... ...mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz...
...to była jego ostatnia myśl, gdy opadł w błogą nieważkość, pozostawiając za sobą świat pełen zwycięstwa światła nad ciemnością, który go już nie dotyczył.
Litha. Najkrótsza noc roku - czemu więc wydawała się taka długa? Noc przesilenia letniego - czemu więc niosła ze sobą zupełny brak siły? Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością - a co, jeśli nigdy tak nie było?
Byli głupcami. Naiwnymi dziećmi wierzącymi w to, co próbowali wciskać im kapłani. W bujdy, którymi karmiono ich w imię tradycji. W imię nieistniejących wartości utraconych wraz z ciężkim woalem wojny ogarniającym świat dookoła nich.
Gdzie było tu miejsce na zwycięstwo światła nad ciemnością? Gdzie było wątłe światło nadziei? Gdzie kończyła się granica wszechogarniającego mroku przerażającego się w przejmującą pustkę a potem w milczącą obojętność?
Litha. Noc samotności. Noc zaprzepaszczonych szans. Noc ciążących wspomnień. Noc zatracenia.
Litha. Najkrótsza noc roku. Noc przesilenia letniego. Noc początku lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.
Litha. Najkrótsza noc roku - być może tkwiła w tym pewna prawda, bo przecież wkrótce miała się skończyć. Noc przesilenia letniego - może jednak niosła ze sobą pewien rodzaj ostatecznego wymiaru siły. Noc początku lata - wiecznego ciepłego lata. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością - w końcu nie miał już emanować tym wszystkim na ludzi, na których mu zależało. Światło zwyciężyło. Kolejna świeca zgasła w gwałtownym podmuchu ciepłego wiatru.
Ja niżej podpisany...
...
...w chwili sporządzania tego dokumentu, jestem wolny od jakichkolwiek przymusów czy nacisków a moje myśli są jasne i niezmienne...
...
...w pierwszej kolejności, moją wolą jest, aby...
...
...Geraldine Artemis Yaxley pozostawiam...
...
...Cornelius Abelard Lestrange...
...
...Fabian Ignatius Lestrange winien...
...
...
...Roselyn Adelaide Greengrass...
...
...Eleonora Figg...
...
...Thomas Nicholas Figg
...
...Mabel Figg...
...
...z pełnym przekonaniem pragnę, aby moje ostatnie życzenia zostały spełnione zgodnie z moimi intencjami...
...
...w obecności świadków, którzy potwierdzają moją wolę oraz stan mojej świadomości w chwili jego spisania.
...
...w chwili sporządzania tego dokumentu, jestem wolny od jakichkolwiek przymusów czy nacisków a moje myśli są jasne i niezmienne...
...
...w pierwszej kolejności, moją wolą jest, aby...
...
...Geraldine Artemis Yaxley pozostawiam...
...
...Cornelius Abelard Lestrange...
...
...Fabian Ignatius Lestrange winien...
...
...
...Roselyn Adelaide Greengrass...
...
...Eleonora Figg...
...
...Thomas Nicholas Figg
...
...Mabel Figg...
...
...z pełnym przekonaniem pragnę, aby moje ostatnie życzenia zostały spełnione zgodnie z moimi intencjami...
...
...w obecności świadków, którzy potwierdzają moją wolę oraz stan mojej świadomości w chwili jego spisania.
Był późny czerwcowy wieczór w Londynie. Ulica Pokątna, zazwyczaj tętniąca życiem, teraz niemalże opustoszała. W magicznej części miasta danowała niemal całkowita cisza. Nie było w tym nic dziwnego. W końcu obchodzili kolejne święto. Dzień sabatu - Litha była czasem uciechy. Momentem palenia ognisk, plecenia wianków, świętowania.
Młodzi ludzie, uśmiechnięci i pełni nadziei, uciekali w głąb lasu, by pod pretekstem szukania legendarnego kwiatu paproci spełniać swoje marzenia o miłości. Zatracali się w sobie nawzajem. Między cichymi szelestami gniecionych jasnych sukienek a stłumionymi oddechami. Pomiędzy porozumiewawczymi spojrzeniami i wzrokiem kierowanym w odległe części głuszy. Między tym wszystkim, co stanowiło niemalże drugą, mniej oficjalną istotę tego dnia.
Lekko przykurzone zasłonki przy drzwiach balkonowych powiewały delikatnie w rytm podmuchów wiatru, odsłaniając widok na opustoszałą ulicę. Nie był tu od tak dawna, że wszystko zdążyło pokryć się szarawą warstwą, jednak w powietrzu, zamiast zaduchu i stęchlizny unosił się zapach świeżych ziół i kwiatów. Ciepły wiatr niósł ze sobą dźwięki zabaw i śmiechu, które wypełniały duszne, letnie powietrze.
Wiele razy spędzał tu noce, studiując kolejne książki. Wpierw te mające dać mu odpowiedzieć na istnienie jakiejś trudnej do określenia siły... ...opętania?... ...klątwy?... ...czegoś, co bez wątpienia miało miejsce i wpływ na wydarzenia w tamtym lesie. W rozpadającej się ruinie. We dworze pamiętającym dawne, lepsze czasy.
Teraz też pamiętał swoje własne. Swoje lepsze momenty, szczęśliwe chwile, jednak od wielu tygodni bezustannie przeplatające się z tymi znacznie cięższymi momentami. Z trudniejszymi do zaakceptowania wspomnieniami. Ze śladami dawnych decyzji.
Pamiętał własne początki. Te, które sięgały dużo głębiej niż do ścian tego mieszkania. Chwile spędzane z kuzynami. Momenty, które sprawiły, że w późniejszym okresie, gdy zaczęło robić się trudniej i niebezpieczniej, tak łatwo było mu ponownie sięgnąć po grymuary i podręczniki, oddając się obsesji na punkcie magii, która miała mu pomóc. Temu wszystkiemu, co miało być gwarantem bezpieczeństwa...
...ale teraz, w tym momencie, jedyną magią, której pragnął, było zapomnienie. Miał wrażenie, że znalazł się w pułapce a mrok, który go otaczał, zdawał się być jedynym towarzyszem w tej długiej, samotnej nocy. Cisza w pomieszczeniu była głęboka, przerywana jedynie odgłosami końca oficjalnej części radosnych zabaw dobiegających z ulicy. Zamiany głębokiej głuszy na prywatne mieszkania, aby tam kontynuować świętowanie sabatu.
Niejednokrotnie słyszał jak ktoś gwiżdże. Jak inna osoba odpowiada chichotem, jednak miał wrażenie, jakby te dźwięki były dla niego nieosiągalnym snem. Czymś dobiegającym zza grubej zasłony, zza tafli wody. Okrzyki młodych ludzi, ich radość, ich życie, wydawały się teraz tak odległe, jak gdyby pochodziły zupełnie z innego świata. Świata, do którego on już nie należał.
W rytmie ich śmiechu dostrzegał echa własnych wspomnień. Wspólnych spacerów, obietnic, które nigdy nie miały szansy się spełnić. W tej ciszy, przerywanej jedynie odgłosami z ulicy, czuł się jak w pułapce, otoczony przez ściany zbudowane z najgłębszych lęków i niespełnionych pragnień.
Zasłonki w jego oknie falowały w rytm podmuchów ciepłego wiatru, przynosząc ze sobą echa przeszłości, lecz nie teraźniejszości, nie przyszłości. Tych już nie widział. Nie sądził, by był w stanie kiedykolwiek ponownie je dostrzec. Może w tych ostatnich chwilach? Tuż przed końcem? Może wtedy? To nie byłoby takie złe. Dostrzec to wszystko, czego pragnął, spełniające się po raz ostatni. Iluzję osiągnięcia marzeń w ostatecznym pożegnaniu ze światem, w którym nigdy nie miało szans na to, by się ziścić.
Świece z pszczelego wosku, które oświetlały pomieszczenie, powoli się dopalały. Ich wosk kapał na podłogę, przerywając rozrysowane na niej linie. Kartki leżące na podłodze tańczyły w podmuchach wiatru, zatrzymując się na stosach książek i ponownie podrywając się do lotu. Ciężkie, twarde okładki nosiły tytuły niewidoczne w słabnącej poświacie świeczek, jednak Ambroise nie potrzebował na nie spoglądać, by wiedzieć, czym były - niektóre z nich z pozoru niewinne, inne jednak skrywały sekrety, które nie powinny były ujrzeć światła dziennego. Grymuary, podręczniki do zaklęć a także nieliczne tomy, które mogłyby wywołać dreszcze u niejednego czarodzieja. Mężczyzna nie zwracał na nie uwagi. Jego myśli były gdzie indziej.
Z dołu dobiegały wesołe okrzyki. Kolejny raz usłyszał jak ktoś gwiżdże a w odpowiedzi na ten dźwięk pada salwa perlistego chichotu. Otworzył oczy, spoglądając na zasłony, które nadal tańczyły na wietrze. Każdy ich ruch, każdy dźwięk docierający do niego z ulicy przypominał mu o wolności, o tym, co najlepsze w życiu o radości, o miłości, o marzeniach. A jednak te same rzeczy były teraz jego przekleństwem.
Przypomniał sobie jak obiecał, jak przysięgał przed samym sobą, że nigdy nie pozwoli, by miłość go zraniła. Jakże był wtedy głupi... ...ale w końcu nie miał kontroli nad tym, co miało się wydarzyć, czyż nie? Teraz już to wiedział. Podjął ryzyko. Mógł przewidzieć, że to, co miało być najpiękniejszym uczuciem skończy się w ten sposób - w pustce, w której teraz tkwił. W ulatującej wieczności ustępującej miejsca pustce, która wciągała go coraz głębiej w stronę nieuchronnego zapomnienia.
Przestał zadawać sobie pytanie, czy to wszystko miało sens. Czy jego życie, pełne bólu i rozczarowań, mogło być inne. Odpowiedzi nie było. W tej chwili, w której siedział na podłodze czuł się jak widz w swoim własnym życiu, patrząc na to, co już minęło i na to, co nigdy nie miało się wydarzyć. Obojętność przynosiła ulgę. Dystans, z którym spoglądał na ten moment był niemal kojący.
Uśmiechając się, pozwolił sobie na chwilę ulgi. Wiedział, że jutra nie będzie. Wiedział, że nie będzie już musiał znosić bólu. Właśnie to było mu potrzebne. Błoga ciemność, która miała go otulić jak miękki koc. W jej ramionach miał odnaleźć odkupienie.
Lekko nadtłuczona karafka w jego dłoni kryła w sobie obietnicę spokoju. Migocząca w blasku świec zawartość była nie tylko napojem, lecz także kluczem do dotychczas jedynie połotwartych drzwi. Do wyjścia z tego świata, do postawienia kroku za Zasłonę. Tym razem świadomego, będącego jego własną nieprzymuszoną decyzją. Jego wyborem.
Wiedział, że dawki, które przygotował, zamienią ból w nicość. To mu wystarczyło. Ciepło zaczynało go otaczać, myśli stawały się coraz bardziej mgliste. W oblanym półmrokiem pokoju wszystko zaczynało się rozmywać. Wesołe okrzyki z ulicy wydawały się być coraz bardziej odległe, jakby ktoś zamykał go w bańce, odcinając Ambroisa od reszty świata.
Jednak ten stan nie niósł już ze sobą goryczy. Nie miał gorzkiego posmaku, nie... ...przeciwnie - przynosił ulgę. Smakował tak słodko jak słodkie były jagody w wywarze, jak słodkie były te wszystkie drobne dodatki. Naprawdę przyjemne. Rozlewające się na języku i otulające gardło niczym prawdziwa ambrozja. Ironiczne, czyż nie?
Znał się na ziołach, na truciznach. Wiedział, jakie dawki zapewnią mu spokojne odejście. Jego myśli krążyły wokół tego momentu, niczego więcej. Chwili, w której przestanie odczuwać ból, w której zapomni o wszystkim, co go dręczyło. O miłości, która była tylko iluzją. O nadziei, która zgasła zanim miała szansę zaistnieć. O każdym świcie, który był dla niego wyłącznie kolejnym powodem do smutku.
Z początku nie zamierzał tu zostawać. Planował opuścić wynajmowane mieszkanie, nie chcąc przysparzać bliskim kłopotów, nie chcąc zrzucać na nich ciężaru i wstydu. Odpowiedzialności. Skandalu. Przygotował niemal wszystko w taki sposób, aby po prostu stąd zniknąć, pozostawiając po sobie wyłącznie najpotrzebniejsze dokumenty. Te wszystkie papiery, jednak nie list. Musieli mu to wybaczyć. Nigdy nie był dobry w słowa. Nawet w obliczu nadchodzącej śmierci.
A jednak uległ pokusie. Dał się sobie rozproszyć, ostatni raz sięgając po ten niewielki gwóźdź do trumny. Ironicznie błyszczący w dogasającym świetle świec. Zawiesił się w czasie i przestrzeni, minuty mijały, jednak on wciąż trwał, zapatrzony w pierścionek, który w jego dłoni stawał się coraz cięższy. Niewielkie kółeczko. Kamyk. Śmieszna sprawa, że to właśnie on był tym, co przeciążyło szalę na jedną stronę. Z pozoru nie powinien.
Z zamyśleniem spojrzał na swoją rękę a potem na świecę, która zaczynała się dopalać. Na wosk, który kąpał na podłogę, dopiero teraz dostrzegając, że okrąg, który wyznaczył, przerywany był przez zastygające krople. Ale to już nie miało znaczenia. Nie miało być już żadnych transów, żadnych rytuałów, niczego Świece powoli dogasały, ciepłe światło, które wcześniej je otaczało, stawało się coraz bardziej stonowane. W pomieszczeniu powoli zapadał zmrok. Cienie kładły się na ścianach, sunęły po podłodze.
Litha. Noc świętowania zwycięstwa światła nad ciemnością.
Czas w pomieszczeniu zdawał się zatrzymywać. Każda sekunda była wiecznością. Pociągnął kolejny łyk z karafki, unosząc ją wcześniej w niemym toaście. Wychylając ciecz niemalże do dwóch trzecich zawartości szkła. Profilaktycznie, bowiem wystarczyłoby pięćdziesiąt mililitrów mniej. Więcej też jednak nie miało zaszkodzić. Przynajmniej nie przy tak precyzyjnym trzymaniu się dawek. Zbyt dużo z pewnością byłoby bowiem w stanie zmusić organizm do odruchów wymiotnych, do pozbycia się trucizny a to mogłoby go skrzywdzić, lecz nie zabić.
W końcu pozwolił sobie na odchylenie głowy w tył i odstawienie naczynia na podłogę. Zamknął oczy po raz ostatni. Nie zamierzał ponownie ich otwierać. Z opuszczonymi, lekko drżącymi powiekami wyobraził sobie jak to będzie. Jak to będzie, gdy opuści ten świat i wreszcie poczuje spokój. Nie będzie już bólu, nie będzie już cierpienia. Tylko błoga cisza i ciemność, w której mógłby znaleźć ukojenie.
Czuł jak eliksir powoli zaczyna działać. Jego ciało stawało się coraz cięższe a myśli coraz bardziej rozmyte. Ostatnie okrzyki radości z ulicy wydawały się odległe, jakby dochodziły już zza Zasłony. W jego umyśle zaczęły pojawiać się obrazy. Wspomnienia, które chciał zabrać ze sobą. Twarz ukochanej, uśmiech, który kiedyś rozświetlał mu dni, chwile, które wydawały się wiecznością a teraz były jedynie gasnącym blaskiem w ciemności.
Czuł jak jego serce zaczyna bić coraz wolniej. Przejmująco spokojnie. Nastał moment, w którym zrozumiał, że nie ma już odwrotu. Otworzył oczy. Jednak nie mógł tego nie zrobić - spojrzał na pierścionek a w jego umyśle powoli zagościł ten ostateczny rodzaj pogodzenia z rzeczywistością. Jeśli uronił teraz jakieś łzy, były to wyłącznie łzy odkupienia. Ulgi, która prowadziła go ku ciemności. To była składana sobie obietnica, że wkrótce wszystko się skończy. Dokładnie tak jak się zaczęło. Samotnie, ale bez lęku.
Zakręciło mu się w głowie. Obraz przed oczami zaczął coraz bardziej przygasać, zamazując się tak bardzo, że w końcu musiał ponownie opuścić powieki. Wiedział, że to jeszcze chwila, nawet jeśli już teraz poczuł, że wkrótce zniknie w tej ciemności, w której już nic go nie będzie bolało...
...a więc z zamkniętymi oczami czekał na moment, w którym w końcu się osunie, w którym całkowicie zniknie z tego świata.
Nie musiał długo o tym myśleć. Nie musiał się na tym skupiać. Po prostu to czuł. Poczuł jak jego serce się zatrzymuje. Ostatnie tchnienie ulgi, a potem tylko ciemność.
W ostatniej chwili, zanim eliksir w pełni zadziałał, usłyszał jeszcze jeden głośny okrzyk radości z zewnątrz. To był dźwięk, który w jednej chwili przypomniał mu, że życie toczy się dalej, że są inni, którzy czują radość, miłość, nadzieję. Ale dla niego to już nie miało znaczenia. Jego czas dobiegł końca, a on był gotów na to, by przekroczyć Zasłonę...
...przepraszam, ma moitié, do usranej śmierci... ...tak było najlepiej... ...mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz...
...to była jego ostatnia myśl, gdy opadł w błogą nieważkość, pozostawiając za sobą świat pełen zwycięstwa światła nad ciemnością, który go już nie dotyczył.
Postać opuszcza sesję
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down