02.02.2025, 13:49 ✶
Milczeli przytuleni na kanapie. Zupełnie tak, jakby to był po prostu kolejny z tych błogich i spokojnych wieczorów, gdy za oknem szalała burza a oni zaszywali się w ciepłym salonie przy kominku. Sami bardzo spokojni i wyciszeni, cisi, bo przecież mogli sobie na to pozwolić. Byli szczęśliwi.
Kiedyś na pewno. Teraz wydawało się to być tylko odległym złudzeniem. Nieważne jak bardzo przypominało to tamte chwile. Milczenie panujące między nimi było zbyt gęste. Ruchy nazbyt sztywne a wzrok za bardzo skupiony na ekranie. Niemal drgnął na dźwięk głosu Yaxleyówny. To też nie było normalne.
- Wystarczyłoby trochę skrzeloziela - stwierdził, pierwszy raz od dłuższej chwili przenosząc wzrok na twarz Geraldine, choć w istocie nieświadomie nie ukrywał tego, że patrzył nie na nią a przez nią.
Niemalże na wylot, jakby była co najmniej półprzezroczysta. Skierował spojrzenie na okno, dopiero tam zawieszając wzrok na konturach dziewczyny odbijających się w ciemnej szybie. Jego dłoń bezwiednie przesunęła się na udzie Yaxleyówny, palce zacisnęły się na miękkim materiale spodni i na troczkach, których końcówki w tym momencie wydały mu się naprawdę interesujące.
Kolejny wymysł mugoli, nie? Dwa małe sznureczki, ale zakończone metalowymi elementami blokującymi się w wąskich dziurkach. Pozwalające dopasować ubranie do talii, dzięki czemu nie trzeba było szukać odpowiedniego skórzanego paska (zresztą tutaj i tak wyglądałby głupio i byłby nieporęczny) ani szyć ubrania całkowicie na wymiar. Pod tym ostatnim wyglądem nigdy zbytnio nie rozumiał tych ludzi. Całe życie musiał korzystać z usług krawca. Wydawało mu się to wręcz niezbędne do tego, by wyglądać dobrze.
Tymczasem mugole zupełnie nie przykładali do tego uwagi. Masowo produkowali swoje śmiesznie kolorowe ubrania. Rzucali je na półki albo tak jak w tym wypadku - na bazarowe stoły rozkładane pod gołym niebem w ostrym słońcu orientu. Śmieszna sprawa, że przywędrowały z nimi tak daleko. W formie zabawnego żartu, idiotycznego zakupu, ale w tym momencie jednej z nielicznych naprawdę wygodnych rzeczy do spędzania czasu zwiniętym na kanapie.
Prawdopodobnie znacznie wygodniejszych niż jego dresowe spodnie, które też należały do całkiem niepoważnych decyzji ze względu na kolor, w jakim były, jednak cholernie dobrze siedziało się w nich w takich chwilach. Kiedyś na tyle częstych, że stanowiły pewnego rodzaju tradycję. Formę rutyny czy nawet swoistego rytuału na paskudną pogodę na zewnątrz.
Zaszywali się w domu pod kocem, wtuleni w siebie nawzajem bez potrzeby zastanawiania się, czy to właściwe. Po prostu obejmowali się nawzajem, opierając się o siebie i trwając tak do późnych godzin wieczornych. Jeśli to było możliwe, rozpalając w kominku i rozkoszując się ciepłem kontrastującym z deszczem i zimnem na zewnątrz. Czasami zasypiając na kanapie i budząc się w środku nocy, czasem znajdując w sobie na tyle rozsądku i siły, żeby zwlec się i przejść do łóżka.
Zazwyczaj to były bardzo ciche wieczory. Niemalże takie jak ten teraz. Wypełnione odgłosami gniewu natury szalejącego za oknem i dźwiękami płynącymi z telewizora. Tego magicznego niemagicznego pudełka, którego rozpracowanie zajęło im całkiem sporo czasu, ale później zaczęło przynosić leniwą, mało wymagającą rozrywkę.
Zazwyczaj w postaci dokumentów o zwierzętach, na które Ambroise sam nie do końca wiedział, kiedy się zgodził. Nie pamiętał momentu wyrażenia chęci ku spędzaniu czasu na zgłębianiu tajemnic. Głównie morskich, co akurat całkiem pasowało do otoczenia ich domu. Mgliście pamiętał, że miały z tym coś wspólnego tamte fluorescencyjne punkciki w wodzie. Nim się obejrzał, potrafił tak po prostu przez kilka godzin obejmować dziewczynę na kanapie, słuchając o stadnym życiu fok i tym, jakimi w istocie skurwielami bywały te słodkie zwierzątka.
Nie protestował ani nie próbował wymigać się przed tymi małymi chwilami. No, może na samym początku trochę tak, jednak po paru kolejnych razach po prostu zaakceptował to jako element ich nowej rzeczywistości. Na zewnątrz zaczynało robić się nieprzyjemnie, grzmiało i padało. W domu nie było żadnych pilniejszych rzeczy. Dochodziła odpowiednia godzina, więc zaszywali się przed telewizorem. To było...
...ich. Może teraz myślał o tym w pewien przesadnie sentymentalny (zwłaszcza jak na niego) sposób, ale brakowało mu także tych chwil. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Z potrzeby odzyskania tej odrobiny spokoju. Z tego, że urywane, szumiące brzmienie tego konkretnego głosu płynące z głośników telewizora było dla niego zadziwiająco miłe. Nie znał żadnego z tych mugoli, wcale nie chciał ich poznawać, ale ich lubił.
Lubił ich za te wszystkie chwile. Za ciszę, jaką wypełniali swoimi śmiesznymi z perspektywy czarodzieja zachowaniami i wytworami. Wystarczyło przecież trochę skrzeloziela. Zaklęcie bąblogłowy. Kombinezon wykonany ze skóry smoka morskiego (który, jak się kiedyś dowiedział, wcale nie był smokiem) i wszystkie ich wielotygodniowe przygotowania dało się zakończyć w zaledwie dzień czy dwa.
A jednak mugole musieli radzić sobie zupełnie inaczej. To było aż dziwne, że przez tyle lat pracy i przy tak prężnie rozwijających się badaniach oraz całkiem sporej medialnej karierze w otoczeniu tych konkretnych nie znalazł się jeszcze żaden zaciekawiony czarodziej. Choć tak właściwie to cholera wiedziała. Być może tam był, kryjąc się w cieniu i odpowiadając za co najmniej znaczną część sukcesów. To była całkiem niezła myśl.
Jedna z bardziej pozytywnych, jakie przelotnie przeleciały Greengrassowi przez głowę przez ostatnie kilka godzin. Wszystkie inne były raczej równie markotne i ponure, co jego spojrzenie i zewnętrzne reakcje. Nawet te teraz, gdy wreszcie powrócił do tu i teraz, przestając patrzeć przez Rinę i odnajdując jej oczy. Bardzo powoli kiwnął głową, starając się unieść kąciki ust.
- Całkiem sprytnie to sobie wykombinowali - przyznał, tym razem wykazując trochę więcej uznania dla odkrywców.
W końcu na nie zasłużyli. Ich praca pozwalała zarówno jemu, jak i jego towarzyszce tak po prostu milczeć. Nie musieć rozmawiać, nie próbować poruszać trudnych tematów. Odzywając się, przerywając ciszę, lecz po to, by wypełnić ją paplaniną. Tym razem nie bezsensowną. Tym razem niezbędną.
- Nie są przypadkiem w Ameryce Południowej? - Spytał dla podtrzymania tematu, przenosząc na chwilę wzrok na ekran, jednak niemal od razu powracając nim do dziewczyny.
Sam nie do końca wiedział, co chciał tym osiągnąć. Nawiązać do tematu sprzed kilku dni? Skłonić ją do opowiadania jakiejś historii z tamtych wypraw? Czy to w ogóle miało jakiś sens?
Kiedyś na pewno. Teraz wydawało się to być tylko odległym złudzeniem. Nieważne jak bardzo przypominało to tamte chwile. Milczenie panujące między nimi było zbyt gęste. Ruchy nazbyt sztywne a wzrok za bardzo skupiony na ekranie. Niemal drgnął na dźwięk głosu Yaxleyówny. To też nie było normalne.
- Wystarczyłoby trochę skrzeloziela - stwierdził, pierwszy raz od dłuższej chwili przenosząc wzrok na twarz Geraldine, choć w istocie nieświadomie nie ukrywał tego, że patrzył nie na nią a przez nią.
Niemalże na wylot, jakby była co najmniej półprzezroczysta. Skierował spojrzenie na okno, dopiero tam zawieszając wzrok na konturach dziewczyny odbijających się w ciemnej szybie. Jego dłoń bezwiednie przesunęła się na udzie Yaxleyówny, palce zacisnęły się na miękkim materiale spodni i na troczkach, których końcówki w tym momencie wydały mu się naprawdę interesujące.
Kolejny wymysł mugoli, nie? Dwa małe sznureczki, ale zakończone metalowymi elementami blokującymi się w wąskich dziurkach. Pozwalające dopasować ubranie do talii, dzięki czemu nie trzeba było szukać odpowiedniego skórzanego paska (zresztą tutaj i tak wyglądałby głupio i byłby nieporęczny) ani szyć ubrania całkowicie na wymiar. Pod tym ostatnim wyglądem nigdy zbytnio nie rozumiał tych ludzi. Całe życie musiał korzystać z usług krawca. Wydawało mu się to wręcz niezbędne do tego, by wyglądać dobrze.
Tymczasem mugole zupełnie nie przykładali do tego uwagi. Masowo produkowali swoje śmiesznie kolorowe ubrania. Rzucali je na półki albo tak jak w tym wypadku - na bazarowe stoły rozkładane pod gołym niebem w ostrym słońcu orientu. Śmieszna sprawa, że przywędrowały z nimi tak daleko. W formie zabawnego żartu, idiotycznego zakupu, ale w tym momencie jednej z nielicznych naprawdę wygodnych rzeczy do spędzania czasu zwiniętym na kanapie.
Prawdopodobnie znacznie wygodniejszych niż jego dresowe spodnie, które też należały do całkiem niepoważnych decyzji ze względu na kolor, w jakim były, jednak cholernie dobrze siedziało się w nich w takich chwilach. Kiedyś na tyle częstych, że stanowiły pewnego rodzaju tradycję. Formę rutyny czy nawet swoistego rytuału na paskudną pogodę na zewnątrz.
Zaszywali się w domu pod kocem, wtuleni w siebie nawzajem bez potrzeby zastanawiania się, czy to właściwe. Po prostu obejmowali się nawzajem, opierając się o siebie i trwając tak do późnych godzin wieczornych. Jeśli to było możliwe, rozpalając w kominku i rozkoszując się ciepłem kontrastującym z deszczem i zimnem na zewnątrz. Czasami zasypiając na kanapie i budząc się w środku nocy, czasem znajdując w sobie na tyle rozsądku i siły, żeby zwlec się i przejść do łóżka.
Zazwyczaj to były bardzo ciche wieczory. Niemalże takie jak ten teraz. Wypełnione odgłosami gniewu natury szalejącego za oknem i dźwiękami płynącymi z telewizora. Tego magicznego niemagicznego pudełka, którego rozpracowanie zajęło im całkiem sporo czasu, ale później zaczęło przynosić leniwą, mało wymagającą rozrywkę.
Zazwyczaj w postaci dokumentów o zwierzętach, na które Ambroise sam nie do końca wiedział, kiedy się zgodził. Nie pamiętał momentu wyrażenia chęci ku spędzaniu czasu na zgłębianiu tajemnic. Głównie morskich, co akurat całkiem pasowało do otoczenia ich domu. Mgliście pamiętał, że miały z tym coś wspólnego tamte fluorescencyjne punkciki w wodzie. Nim się obejrzał, potrafił tak po prostu przez kilka godzin obejmować dziewczynę na kanapie, słuchając o stadnym życiu fok i tym, jakimi w istocie skurwielami bywały te słodkie zwierzątka.
Nie protestował ani nie próbował wymigać się przed tymi małymi chwilami. No, może na samym początku trochę tak, jednak po paru kolejnych razach po prostu zaakceptował to jako element ich nowej rzeczywistości. Na zewnątrz zaczynało robić się nieprzyjemnie, grzmiało i padało. W domu nie było żadnych pilniejszych rzeczy. Dochodziła odpowiednia godzina, więc zaszywali się przed telewizorem. To było...
...ich. Może teraz myślał o tym w pewien przesadnie sentymentalny (zwłaszcza jak na niego) sposób, ale brakowało mu także tych chwil. Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Z potrzeby odzyskania tej odrobiny spokoju. Z tego, że urywane, szumiące brzmienie tego konkretnego głosu płynące z głośników telewizora było dla niego zadziwiająco miłe. Nie znał żadnego z tych mugoli, wcale nie chciał ich poznawać, ale ich lubił.
Lubił ich za te wszystkie chwile. Za ciszę, jaką wypełniali swoimi śmiesznymi z perspektywy czarodzieja zachowaniami i wytworami. Wystarczyło przecież trochę skrzeloziela. Zaklęcie bąblogłowy. Kombinezon wykonany ze skóry smoka morskiego (który, jak się kiedyś dowiedział, wcale nie był smokiem) i wszystkie ich wielotygodniowe przygotowania dało się zakończyć w zaledwie dzień czy dwa.
A jednak mugole musieli radzić sobie zupełnie inaczej. To było aż dziwne, że przez tyle lat pracy i przy tak prężnie rozwijających się badaniach oraz całkiem sporej medialnej karierze w otoczeniu tych konkretnych nie znalazł się jeszcze żaden zaciekawiony czarodziej. Choć tak właściwie to cholera wiedziała. Być może tam był, kryjąc się w cieniu i odpowiadając za co najmniej znaczną część sukcesów. To była całkiem niezła myśl.
Jedna z bardziej pozytywnych, jakie przelotnie przeleciały Greengrassowi przez głowę przez ostatnie kilka godzin. Wszystkie inne były raczej równie markotne i ponure, co jego spojrzenie i zewnętrzne reakcje. Nawet te teraz, gdy wreszcie powrócił do tu i teraz, przestając patrzeć przez Rinę i odnajdując jej oczy. Bardzo powoli kiwnął głową, starając się unieść kąciki ust.
- Całkiem sprytnie to sobie wykombinowali - przyznał, tym razem wykazując trochę więcej uznania dla odkrywców.
W końcu na nie zasłużyli. Ich praca pozwalała zarówno jemu, jak i jego towarzyszce tak po prostu milczeć. Nie musieć rozmawiać, nie próbować poruszać trudnych tematów. Odzywając się, przerywając ciszę, lecz po to, by wypełnić ją paplaniną. Tym razem nie bezsensowną. Tym razem niezbędną.
- Nie są przypadkiem w Ameryce Południowej? - Spytał dla podtrzymania tematu, przenosząc na chwilę wzrok na ekran, jednak niemal od razu powracając nim do dziewczyny.
Sam nie do końca wiedział, co chciał tym osiągnąć. Nawiązać do tematu sprzed kilku dni? Skłonić ją do opowiadania jakiejś historii z tamtych wypraw? Czy to w ogóle miało jakiś sens?
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down