02.02.2025, 14:19 ✶
Nora...
...dziamdziała. Dziamdziała zdecydowanie bardziej niż zazwyczaj, choć jeszcze kilka chwil wcześniej Ambroise naprawdę nie sądził, że było to fizycznie możliwe. Z technicznego punktu widzenia, struny głosowe miały swoją maksymalną wytrzymałość, czyż nie?
W medycznej teorii można było wydobyć z siebie ograniczoną ilość słów w bardzo konkretnym natężeniu zanim nie dostawało się chrypki. Następnym etapem była zaś utrata głosu i pisanie na kartce zanim eliksiry nie zaczynały działać. To powinna być normalna kolej rzeczy.
Tyle tylko, że wtedy pojawiały się ewenementy na miarę Eleonory Figg czy Corneliusa Lestrange'a, które codziennie, raz za razem dokonywały niemożliwego. Przekraczały granice logiki, robiąc przy tym trzy salta i przez cały czas wyrzucając z siebie kolejne wypowiedzi.
Prawdę mówiąc, im bardziej się nad tym zastanawiał, spędzając przy nich obojgu już całkiem sporo lat (czasami wydawało mu się, że nawet zbyt dużo jak na jego bębenki uszne) coraz bardziej skłaniał się ku powoli wysnuwanej teorii. Głosiła ona (uroczy dobór określenia - tak), że ludzie tacy jak ta dwójka wykształcili w sobie coś w rodzaju naturalnego talentu do wysysania wcześniej nienaruszonych pokładów słów z innych czarodziejów.
W kontaktach z jednym czy drugim, Roise łapał się bowiem na kiwaniu głową i jeszcze głębszym milczeniu niż zazwyczaj. A to samo w sobie było dosyć znaczące, bo na co dzień i tak nie był przesadną gadułą, gdy nie musiał tego robić. Potrafił się odezwać. Zdecydowanie miał całkiem długi język w gębie. Po prostu nagle zaczynał się zawieszać, odpływać myślami w zupełnie innym kierunku i przytakiwać na te wszystkie wypowiedzi czynione w tematach, które ani trochę go nie interesowały.
Uwielbiał Norkę - naprawdę. Była jego przyjaciółką a nawet kimś znacznie bliższym. Od dekad traktował ją jak młodszą siostrę. Miał do niej olbrzymi szacunek, uważał ją za naprawdę fascynującą osobę. Ciepłą, inteligentną, umiącą wypowiedzieć się na wiele istotnych kwestii. Tyle tylko, że jednocześnie miał z nią chyba dokładnie to samo, co z jego faktyczną siostrą.
Wyłączał się.
Nie z braku zainteresowania. Nie z niechęci. Po prostu bywały takie momenty, w których instynktownie to robił. Zaliczając jeden z dwóch trybów: tego bieżącego (wyglądam, jakbym cię słuchał, ale w istocie mogłabyś mi powiedzieć, że sama jesteś w połowie kotem a ja bym ci przytaknął) albo bardziej ostentacyjnego (zamilcz, proszę, albo idź tam dalej i pogadaj z kotem).
Odkąd pojawili się w kocim azylu, witając się z rodziną Nory, dziewczynie dosłownie nie zamykały się usta. Była tak cholernie podekscytowana możliwością pokazania mu swoich kiciuchów, że nie zamierzał psuć jej tego momentu powtarzaniem wypowiedzi o tym, że naprawdę nie przepadał za tymi zwierzętami. Za to przynajmniej mógł się wyłączyć, gdy stawiali kolejne kroki w Futerkolandii.
Bycie na haju zdecydowanie mu to ułatwiało. Prawdę mówiąc, gdy jakiś mruczek zaczął ocierać mu się o nogę, Ambroise nawet się nie wzdrygnął. Nie zareagował alergicznie na sierść pozostawianą na nogawce jego drogich, szytych na miarę spodni. Nawet odruchowo nachylił się, żeby spróbować podrapać kota za uszami...
...ani trochę nie spodziewając się tego, że ten uzna to za zaproszenie na niemal błyskawiczne wskoczenie mu na ramiona, wcześniej kopiąc go łapką w czoło i prawie ześlizgując mu się po koszuli.
Roise nawet nie próbował się wyprostować. Stanął jak wryty, odzywając się pierwszy raz od dłuższej chwili.
- Weź... ...go... ...zabierz - Wymamrotał, niemalże nie poruszając przy tym ustami, jakby to mogło wyłącznie pogorszyć sytuację.
!kotyfiggów
...dziamdziała. Dziamdziała zdecydowanie bardziej niż zazwyczaj, choć jeszcze kilka chwil wcześniej Ambroise naprawdę nie sądził, że było to fizycznie możliwe. Z technicznego punktu widzenia, struny głosowe miały swoją maksymalną wytrzymałość, czyż nie?
W medycznej teorii można było wydobyć z siebie ograniczoną ilość słów w bardzo konkretnym natężeniu zanim nie dostawało się chrypki. Następnym etapem była zaś utrata głosu i pisanie na kartce zanim eliksiry nie zaczynały działać. To powinna być normalna kolej rzeczy.
Tyle tylko, że wtedy pojawiały się ewenementy na miarę Eleonory Figg czy Corneliusa Lestrange'a, które codziennie, raz za razem dokonywały niemożliwego. Przekraczały granice logiki, robiąc przy tym trzy salta i przez cały czas wyrzucając z siebie kolejne wypowiedzi.
Prawdę mówiąc, im bardziej się nad tym zastanawiał, spędzając przy nich obojgu już całkiem sporo lat (czasami wydawało mu się, że nawet zbyt dużo jak na jego bębenki uszne) coraz bardziej skłaniał się ku powoli wysnuwanej teorii. Głosiła ona (uroczy dobór określenia - tak), że ludzie tacy jak ta dwójka wykształcili w sobie coś w rodzaju naturalnego talentu do wysysania wcześniej nienaruszonych pokładów słów z innych czarodziejów.
W kontaktach z jednym czy drugim, Roise łapał się bowiem na kiwaniu głową i jeszcze głębszym milczeniu niż zazwyczaj. A to samo w sobie było dosyć znaczące, bo na co dzień i tak nie był przesadną gadułą, gdy nie musiał tego robić. Potrafił się odezwać. Zdecydowanie miał całkiem długi język w gębie. Po prostu nagle zaczynał się zawieszać, odpływać myślami w zupełnie innym kierunku i przytakiwać na te wszystkie wypowiedzi czynione w tematach, które ani trochę go nie interesowały.
Uwielbiał Norkę - naprawdę. Była jego przyjaciółką a nawet kimś znacznie bliższym. Od dekad traktował ją jak młodszą siostrę. Miał do niej olbrzymi szacunek, uważał ją za naprawdę fascynującą osobę. Ciepłą, inteligentną, umiącą wypowiedzieć się na wiele istotnych kwestii. Tyle tylko, że jednocześnie miał z nią chyba dokładnie to samo, co z jego faktyczną siostrą.
Wyłączał się.
Nie z braku zainteresowania. Nie z niechęci. Po prostu bywały takie momenty, w których instynktownie to robił. Zaliczając jeden z dwóch trybów: tego bieżącego (wyglądam, jakbym cię słuchał, ale w istocie mogłabyś mi powiedzieć, że sama jesteś w połowie kotem a ja bym ci przytaknął) albo bardziej ostentacyjnego (zamilcz, proszę, albo idź tam dalej i pogadaj z kotem).
Odkąd pojawili się w kocim azylu, witając się z rodziną Nory, dziewczynie dosłownie nie zamykały się usta. Była tak cholernie podekscytowana możliwością pokazania mu swoich kiciuchów, że nie zamierzał psuć jej tego momentu powtarzaniem wypowiedzi o tym, że naprawdę nie przepadał za tymi zwierzętami. Za to przynajmniej mógł się wyłączyć, gdy stawiali kolejne kroki w Futerkolandii.
Bycie na haju zdecydowanie mu to ułatwiało. Prawdę mówiąc, gdy jakiś mruczek zaczął ocierać mu się o nogę, Ambroise nawet się nie wzdrygnął. Nie zareagował alergicznie na sierść pozostawianą na nogawce jego drogich, szytych na miarę spodni. Nawet odruchowo nachylił się, żeby spróbować podrapać kota za uszami...
...ani trochę nie spodziewając się tego, że ten uzna to za zaproszenie na niemal błyskawiczne wskoczenie mu na ramiona, wcześniej kopiąc go łapką w czoło i prawie ześlizgując mu się po koszuli.
Roise nawet nie próbował się wyprostować. Stanął jak wryty, odzywając się pierwszy raz od dłuższej chwili.
- Weź... ...go... ...zabierz - Wymamrotał, niemalże nie poruszając przy tym ustami, jakby to mogło wyłącznie pogorszyć sytuację.
!kotyfiggów
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down