29.01.2023, 04:04 ✶
Zakołysała leniwie naczyniem; zapach mocniej podrażnił powonienie. Niósł ze sobą ciepło – choć w zasadzie tak naprawdę był to efekt alkoholu. Może i rozcieńczony wodą, jak na grzaniec przystało, to jednak wciąż zachował na tyle dużo mocy, żeby wprawić w ten całkiem przyjemny stan.
- Przecież mówię, uciął temat – przypomniała, wzruszając ramionami, jakby to jej to tak naprawdę nie obchodziło. Choć zapewne obchodziło, jak najbardziej – w końcu miała już jakieś dwadzieścia lat, pełnoletnia była od trzech i nadal mieszkała z rodzicami! A przydałoby się rozwinąć skrzydła i zyskać trochę przestrzeni wyłącznie dla siebie; przestrzeni, która należałaby tylko do niej i nikogo innego.
Owszem, dysponowała własnym pokojem w rodowej posiadłości, niemniej jednak to był jedynie wycinek, umiejscowiony na terenie, na którym ktoś zgoła inny trzymał swe ręce. Z jednej strony? Wygoda, zwłaszcza że do dyspozycji był również rodowy skrzat, z drugiej… nie mogła jakoś pozbyć się tej iskry zazdrości, gdy zdawała sobie sprawę z tego, iż znajomi z czasu Hogwartu wyfruwają z rodzinnych gniazd.
Ot, trawa zawsze jest zieleńsza po drugiej stronie.
- Cóż, nie jesteśmy psami, żeby wykorzystywać na nas metody wychowawcze przeznaczone dla nich – zauważyła dość lekkim tonem. Z psami zresztą – miała wrażenie – było prosto. Polecenia, nagrody, kary, dość prosty system, który w przypadku ludzi się komplikował ze względu na złożoność ich natury; niemniej nieszczególnie się w to zagłębiała, jak również – na dobrą sprawę – niezbyt interesowała się tematyką tresury, wykraczającej poza proste „siad”, „łapa” czy podobne.
Kolejny, rozgrzewający łyk grzańca. Zbiegi okoliczności w istocie mogły być różne, najprzeróżniejsze – los nierzadko kpił w żywe oczy, tkając z nici przeznaczenia najbardziej nieprawdopodobne wzory. O ile coś takiego jak przeznaczenie w ogóle istniało, w co Eunice osobiście powątpiewała – wszystko miało swoją przyczynę i skutek. Działanie i reakcja na działanie. Tylko tyle i aż tyle.
Uniosła brew, rzucając bratu dość badawcze spojrzenie. Przy ojcu zdecydowanie musiała się pilnować, przy Elliotcie – mogła się bardziej otworzyć. Tylko czy w istocie istniała tu jakaś różnica – przynajmniej w tej konkretnej kwestii – skoro raczej wyglądało na to, iż nie dojrzała do tego, by mieć odmienny punkt widzenia niż tej ojca? Cóż, nadal była młoda, nadal pod jego wpływem, nadal najwyraźniej dopiero obrastała w piórka. Życie jeszcze nie wymusiło na niej konieczności dorośnięcia.
Jeszcze.
- Nikt tu nie mówi o eksterminacji – zauważyła całkiem spokojnie. Nie postrzegała -a przynajmniej jeszcze nie – tej rozmowy jako debaty, którą trzeba było wygrać, dla choćby samej zasady czy też misji z gatunku „niech przyjmie twoje poglądy jako swoje”. Ot, przyjacielska rozmowa między rodzeństwem, w związku z aktualnymi wydarzeniami, które w tej chwili, całej tej świąteczno-zimowej atmosferze, zdawały się być wręcz nierealne – Zresztą, to by było wręcz marnotrawstwo. Może i nie urodzili się we właściwych rodzinach, ale wciąż mają swoje umysły i umiejętności, które można wykorzystać, nie uważasz? – dodała. Cóż, młodziutka Malfoyówna raczej nie była istotką żądną krwi, niczym jakiś popaprany wampir.
- Przecież mówię, uciął temat – przypomniała, wzruszając ramionami, jakby to jej to tak naprawdę nie obchodziło. Choć zapewne obchodziło, jak najbardziej – w końcu miała już jakieś dwadzieścia lat, pełnoletnia była od trzech i nadal mieszkała z rodzicami! A przydałoby się rozwinąć skrzydła i zyskać trochę przestrzeni wyłącznie dla siebie; przestrzeni, która należałaby tylko do niej i nikogo innego.
Owszem, dysponowała własnym pokojem w rodowej posiadłości, niemniej jednak to był jedynie wycinek, umiejscowiony na terenie, na którym ktoś zgoła inny trzymał swe ręce. Z jednej strony? Wygoda, zwłaszcza że do dyspozycji był również rodowy skrzat, z drugiej… nie mogła jakoś pozbyć się tej iskry zazdrości, gdy zdawała sobie sprawę z tego, iż znajomi z czasu Hogwartu wyfruwają z rodzinnych gniazd.
Ot, trawa zawsze jest zieleńsza po drugiej stronie.
- Cóż, nie jesteśmy psami, żeby wykorzystywać na nas metody wychowawcze przeznaczone dla nich – zauważyła dość lekkim tonem. Z psami zresztą – miała wrażenie – było prosto. Polecenia, nagrody, kary, dość prosty system, który w przypadku ludzi się komplikował ze względu na złożoność ich natury; niemniej nieszczególnie się w to zagłębiała, jak również – na dobrą sprawę – niezbyt interesowała się tematyką tresury, wykraczającej poza proste „siad”, „łapa” czy podobne.
Kolejny, rozgrzewający łyk grzańca. Zbiegi okoliczności w istocie mogły być różne, najprzeróżniejsze – los nierzadko kpił w żywe oczy, tkając z nici przeznaczenia najbardziej nieprawdopodobne wzory. O ile coś takiego jak przeznaczenie w ogóle istniało, w co Eunice osobiście powątpiewała – wszystko miało swoją przyczynę i skutek. Działanie i reakcja na działanie. Tylko tyle i aż tyle.
Uniosła brew, rzucając bratu dość badawcze spojrzenie. Przy ojcu zdecydowanie musiała się pilnować, przy Elliotcie – mogła się bardziej otworzyć. Tylko czy w istocie istniała tu jakaś różnica – przynajmniej w tej konkretnej kwestii – skoro raczej wyglądało na to, iż nie dojrzała do tego, by mieć odmienny punkt widzenia niż tej ojca? Cóż, nadal była młoda, nadal pod jego wpływem, nadal najwyraźniej dopiero obrastała w piórka. Życie jeszcze nie wymusiło na niej konieczności dorośnięcia.
Jeszcze.
- Nikt tu nie mówi o eksterminacji – zauważyła całkiem spokojnie. Nie postrzegała -a przynajmniej jeszcze nie – tej rozmowy jako debaty, którą trzeba było wygrać, dla choćby samej zasady czy też misji z gatunku „niech przyjmie twoje poglądy jako swoje”. Ot, przyjacielska rozmowa między rodzeństwem, w związku z aktualnymi wydarzeniami, które w tej chwili, całej tej świąteczno-zimowej atmosferze, zdawały się być wręcz nierealne – Zresztą, to by było wręcz marnotrawstwo. Może i nie urodzili się we właściwych rodzinach, ale wciąż mają swoje umysły i umiejętności, które można wykorzystać, nie uważasz? – dodała. Cóż, młodziutka Malfoyówna raczej nie była istotką żądną krwi, niczym jakiś popaprany wampir.
468/1291