• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
« Wstecz 1 2 3 4 5 6 Dalej »
[03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine

[03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine
Doktor Dom
Ain't no chariots of fire
Come to take me home

I'm lost in the woods and I wander alone
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, mierzący 193 cm. Dobrze zbudowany, umięśniony. Opalony, wręcz spieczony słońcem od prac na zewnątrz. Kawał czarodzieja. W granicach 100 kg. Wieloletni sportowiec, obecnie również pracujący w znacznym stopniu fizycznie, co widać na pierwszy rzut oka. Długowłosy, zielonooki blondyn. Ma falowane, gęste włosy w kolorze ciepłego jasnego blondu - poprzetykane pasmami rozjaśnionymi od częstego pobytu na słońcu i kilkoma pierwszymi kosmykami bieli. W kącikach oczu ma siateczkę zmarszczek, czoło również pokrywają pierwsze, jeszcze niezbyt głębokie linie. Roztacza wokół siebie zapach ziołowego dymu: ciężki, ale słodkawy, trochę kadzidłowy. Nosi się elegancko, klasycznie, choć nieczęsto sięga po magiczne szaty. W większości są to ubrania szyte na miarę. Preferuje proste, ale dopasowane spodnie i koszule z dobrych materiałów, skórzane buty. Czasami golfy albo płaszcze dostosowane do pogody. Wybiera ciemne kolory. Sięga głównie po zielenie, brązy i czerń, ale bez niebieskich podtonów (również w kierunku bardzo ciemnej zieleni albo kawowego brązu). Często sięga po skórzane rękawiczki. Na palcu niemal stale nosi złoty sygnet. Na lewym nadgarstku ma zegarek na skórzanym pasku, na prawym rzemykową bransoletę z przywieszką. Zazwyczaj mówi bez akcentu, nie unosi głosu. Raczej stawia na wizualny autorytet i chłodne, poważne, nieco kpiące spojrzenie.

Ambroise Greengrass-Yaxley
#29
02.02.2025, 20:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.02.2025, 20:58 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)  
Cierpliwość zdecydowanie nie była w tym wypadku cnotą, której hołdowali. Niewielkie, raczej niespecjalnie głębokie pokłady posiadane przez ich oboje zazwyczaj wyczerpywały się nad wyraz szybko. Prawdę mówiąc, po upływie tylu lat tym trudniej było uwierzyć w to, że pomiędzy pamiętną zimą a końcem wiosny przez kilka tygodni byli w stanie stronić od nawiązania tej zdecydowanie najbliższej formy kontaktu.
Jasne, zdarzało im się wtedy naginać granice przyzwoitości, tego, co wypadało. Badać je w przesadnie ostrożny sposób albo po prostu pozwalać alkoholowi podejmować za nich nieco bardziej spontaniczne decyzje. Moment później powracając do upartego udowadniania platoniczności łączącej ich relacji. Dawać sobie sygnały, ale jednocześnie grać rzekomą swobodą tego, w jaki sposób się przy sobie czuli. Zachowywać się zarazem bardzo jednoznacznie i przesadnie zachowawczo, przez co w pewnym momencie całkiem mocno zamotali się w tym, co ich łączyło.
Gdy nie było między nimi jasności, mieli nieuniknione tendencje do gubienia się w tych wszystkich gestach. Bezwiednie, podświadomie zmierzali ku jednemu. Robiąc przy tym drugie i mówiąc trzecie. A przecież to powinno być całkowicie proste. Tym bardziej, że już raz przez to wszystko przeszli, dochodząc do wniosku, że nie było innej możliwości niż ta, której oboje od siebie oczekiwali.
Mieli być tuż obok siebie. Zawsze, na zawsze, tak? Zestarzeć się wspólnie, nie dając sobie szansy na zweryfikowanie jego bezsensownie rzuconych słów tam wtedy w barze na Horyzontalnej. W tamtym momencie chciał pocieszyć Geraldine, roztoczyć przed nią jakąś tak absurdalną, że aż śmieszną wizję przyszłości.
Starej i pomarszczonej Rodzynki z powiekami muśniętymi zbyt fioletowym perłowym cieniem do powiek. Z kreskami zrobionymi brązową kredką do oczu i ustami w kolorze kwiatów fuksji. Podstarzałej, ale wciąż uwodzicielskiej damy wodzącej młodych chłopców na pokuszenie.
Tyle tylko, że to nigdy nie miało się ziścić. Nie powinno, bo w swoim życiu udało jej się już okręcić sobie wokół palca właściwego szczeniaka, prawda? Niespełna dwudziestosiedmioletniego kawalera zapierającego się rękami i nogami, że nigdy nie zmieni tego stanu. Przez lata wymykającego się powinności ożenku. Tylko po to, by wpaść. Wpaść jak śliwka w kompot.
Geraldine nie miała być śliwką. Nie, gdy to on powinien nią być. Stać tuż obok, do tego czasu pewnie fundując sobie jedną z tych bajeranckich lasek zamieniających różdżkę w kostur, którym przy okazji mógłby robić dziury w ziemi pod sadzenie lasu, który niechybnie w pewnym momencie otoczyłby ich dom.
Przez kilka lat, jakie okazjonalnie spędzali w Whitby oraz tamte pamiętne kilka miesięcy, nasadził już całkiem sporo drzew (no dobrze - zatrważająco dużo drzew) na niekoniecznie ich terenach. W jego głowie powoli rodził się przy tym plan ukradkowego wykupienia połaci ziemi otaczających Piaskownicę. Tak, by nikt już zupełnie nie miał szansy im tam przeszkadzać.
W końcu wystarczyłoby wyłącznie zaszeleścić gotówką. W jeden czy w drugi sposób. Może dorzucając jakieś konfundujące zaklęcia, na które mugole byli dostatecznie podatni. W tamtym momencie był nawet skłonny ostrożnie wybadać od przyjaciółki Riny, czego używało Ministerstwo, aby mieszać ludziom w głowach.
Do czasu osiągnięcia późnej starości mieliby tu całkiem ładne tereny. Idealnie zachowane proporcje między dzikością natury a wprowadzeniem w nią własnych akcentów. Z czasem mogliby rozbudować główny budynek, dodając do niego skrzydło czy dwa.
Tym bardziej, że w pewnym momencie całkowicie naturalnie zaczęła przychodzić mu do głowy myśl, że prędzej czy później miało być to konieczne. Szaleli i mieli szaleć. Nie wyobrażał sobie nagle stać się całkowicie śmiertelnie poważnym człowiekiem. W domu żadne z nich nie zachowywało się w ten sposób. Na ich prywatnych terenach pozwalali sobie na wszystko, o czym ludzie patrzący na nich w oficjalnym środowisku nawet by nie pomyśleli.
Przy nikim innym nie czuł się tak swobodnie. Nikt inny nie wyzwalał w nim takiej chęci do życia. Zachowywania się może i niekonwencjonalnie, niepoprawnie, czasem zupełnie absurdalnie, ale za to jakże satysfakcjonująco.
Tak jak poprzedniego dnia pod wpływem imponujących ilości mocnego alkoholu, lecz nie tylko tego. Nie potrzebowali się odurzać, aby zachowywać się jak odurzeni, prawda? By być odurzonymi swoją wzajemną obecnością. Dotykiem, gestami, spojrzeniami, werbalnymi i niewerbalnymi sugestiami spełniania najskrytszych pragnień.
Mogli ganiać się po domu. Łapiąc się wokół niego, umykając przez ogród. Droczyć się w wodzie i na kocu na plaży. Pośród wrzosów na wrzosowisku i w wysokich nadmorskich trawach. W głębokim lesie, w kompletnej głuszy. W górach i nad jeziorem. Wszędzie, gdzie tylko pragnęli się w sobie zatracić. Nawet na tych wszystkich wydarzeniach odnajdując okazję, by ukraść sobie kilka przelotnych, ale żarliwych pocałunków i parę minut sam na sam.
W czasach, które wydawały się tak odległe, jakby w istocie były zupełnie innym życiem, wydawało mu się jasne, że to nigdy się nie zmieni. Należeli do siebie. Mieli do siebie należeć. Mieli iść wspólnie przez życie, nawet jeśli czasami zaliczając jakieś trudniejsze momenty to będąc w stanie poradzić sobie z nimi.
Wspólnie.
Zawsze sobie radzili.
Mieli mieć tę swoją upragnioną przyszłość, łącząc ją z teraźniejszością. Tą, która też już nie istniała. Może z czasem podejmując te rozsądne kroki. Dochodząc do momentu podjęcia oficjalnych kroków w ich relacji. W pewnym momencie prawdopodobnie posuwając się też do naturalnego powiększenia stada, ale nic na tym nie tracąc.
Za dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt lat mieli być dokładnie tacy jak zawsze. Przy Geraldine nigdy nie obawiał się o swoją upragnioną wolność. Nie czuł się przyduszony, zamknięty w złotej klatce uczuć. Nie poszukiwał niezależności, bo nie musiał tego robić.
To, co wyprawiała z nim jego dziewczyna. To, jaka była i w jak niewymuszony sposób wkradła się w jego serce i umysł. To, jak zrobiła sobie miejsce w jego życiu. Po prostu pojawiając się któregoś dnia, kilka miesięcy później wyraźniej zaznaczając swoją obecność. Nie musiał nad tym myśleć. Pewne decyzje zostały podjęte bezwiednie.
Byli razem szczęśliwi. Uzupełniali się tam, gdzie to było konieczne. W innych sferach znajdując naprawdę satysfakcjonującą jednomyślność. Prócz tamtych przyjacielskich momentów, praktycznie nie zdarzało im się wobec siebie miarkować.
Znali się. Rozumieli swoje potrzeby. Czerpali satysfakcję z ich spełniania. Z badania nowych gruntów, z wykraczania poza wcześniejsze granice kreatywności. Następnego dnia wracając do sprawiania pozorów w towarzystwie (no, mniej lub bardziej - nie zawsze było to aż tak konieczne) tylko błyskiem w oku dając sobie do zrozumienia to, czego zdecydowanie nie wiedziało i być może nie powinno wiedzieć towarzystwo.
To nigdy nie było chodzenie po skorupkach jajek. Nie, gdy zgodzili się w tym, że całkowicie platoniczna przyjaźń nigdy nie była im pisana. Mogli się przyjaźnić. Mogli być sobie najlepszymi, najdroższymi przyjaciółmi, w tym samym momencie żarliwie się całując. Niemal na oślep, bez chwili namysłu zrzucając z siebie ubrania. Popychając się na komodę w korytarzu, kanapę albo jakimś cudem nawet docierając do sypialni.
Nie byli ze sobą wyłącznie dla tej fizycznej przyjemności. Dla satysfakcji z gaszenia żądz, z dawania ujścia pożądaniu, jednak bez wątpienia ta cała cielesność była istotnym elementem tego, co mieli.
Dlatego ten sojusz nie mógł wypalić. Nigdy nie było na to nawet cienia szans. Tym bardziej, że sprowadzenie tego do współpracy z benefitami byłoby przekroczeniem jedynej nieprzekraczalnej granicy - granicy absurdu. Kompletnego i ostatecznego spierdolenia, poplątania się w myślach i pragnieniach, w tym, co mogli a czego nie powinni.
Sprowadzając się do roli okazjonalnych kochanków, popełniliby kardynalny, niewybaczalny błąd. Wystarczyło, że to, co sobie teraz dawali było dostatecznie skomplikowane. Z jednej strony próbowali dojść do porozumienia w kwestii tego, że nic nie miało ich już ze sobą łączyć.
Nic prócz miłości - ta nie dawała się tak łatwo wymazać. Ironiczne, czyż nie? Nic szczęśliwego, żadne dobre zakończenie, żadne rozważenia na temat dawania sobie drugiej szansy, żadne uleganie wspomnieniom wspólnej przeszłości i marzeniom o przyszłości.
Z drugiej już w pierwszych chwilach, po zaledwie kilku godzinach od opuszczenia Snowdonii, kochali się po raz pierwszy. Od tamtej pory mówiąc jedno, robiąc drugie. Jeśli do trzech razy sztuka, w tym momencie tworzyli już prawdziwe arcydzieło.
Symfonię oddechów i pomruków. Rożane rumieńce na wilgotnej, lśniącej skórze. Lubił obserwować jak złota opalenizna powoli zmienia swój odcień, nabierając delikatnie czerwonej barwy na dekolcie. Jak kolejne niekontrolowane dreszcze przechodzą przez ciało ukochanej. Zatracać się pośród ciepła jej ud, słodkiego smaku i zapachu pożądania.
Czuć jak jej paznokcie nieświadomie trochę zbyt mocno zatapiają się w jego skórze, później w łazienkowym lustrze dostrzegając charakterystyczne półksiężyce w okolicach karku. Wyśmienitą alternatywę dla malinek na szyi i innych wewnętrznie rozgrzewających śladów żarliwych chwil. Tym bardziej, że nie zwykli się z nimi ograniczać.
Świadomość, że po prawie dwóch latach, odkąd ostatni raz przyszło im tak otwarcie sięgać po fizyczne spełnienie, nadal całkiem często zdarzało sięgać mu się do szafy po koszule z wysokim kołnierzykiem albo po golfy była...
...słodko-gorzka. Co prawda jakoś nigdy nie przykładał aż takiej uwagi do tego, co myśleli sobie inni ludzie. W teorii mógł też zasmarować to sobie na szybko maścią i nazwać to załatwionym, tyle tylko, że nie chciał. Lubił to. Na swój pokrętny sposób naprawdę lubił, gdy jego dziewczyna dawała się ponieść pożądaniu. Uznawał to po części za swoją zasługę. Swoją małą wygraną.
Kolejne zwycięstwo zaraz po tym znacznie większym dostrzeganym w szybkich, ciężkich ruchach klatki piersiowej, znacznie wyraźniej odznaczających się detalach piersi osłoniętych cienką sukienką (i chyba tylko nią? nie miał jeszcze okazji tego dokładniej sprawdzić), przyspieszonym, urywanym oddechu. Zamgleniu w oczach powoli ustępującemu miejsca figlarnemu błyskowi i dzikości. Uniesionym kącikom warg lekko opuchniętych od przygryzania - sam też pragnął ich ponownie skosztować.
Dla tego momentu będąc nawet w stanie odpuścić sobie oczekiwanie dosłownego rewanżu, bowiem i tak oboje mieli w końcu sięgnąć po swoje - ostateczny wymiar bliskości, najwłaściwszą formę znalezienia się tuż obok siebie... ...nad sobą... ...pod sobą... ...na sobie. W całkowicie dowolnych konfiguracjach, tym bardziej, że nic ich przecież nie ograniczało. Trafiła mu się naprawdę gibka, zwinna, wygimnastykowana łowcza. I dopóki nie próbowała ćwiczyć na nim strzałów do jabłka na głowie, zdecydowanie dawał jej się kusić. Spętać prawdopodobnie też. Nie było tak wiele rzeczy, na które by się nie zgodził.
- Wiesz, że możesz mnie gryźć do woli - zaczął, posyłając jej kolejny bezczelny uśmieszek i ewidentnie nie zamierzając wziąć sobie tej groźby do serca; nawet wtedy, kiedy pokręcił głową. - Żałowałabyś - i to bardzo szybko, czyż nie?
Nie musieli o tym mówić na głos, by mieć plany na wieczór, które zrujnowałyby podobne niedorzeczne groźby. Poza tym ani przez moment go tym nie przytkała, nie przestraszyła ani nie skłoniła do refleksji. Mogła kąsać do woli, przynajmniej słownie, ale za dobrze wiedział, że nie pozbawiłaby się możliwości umoszczenia mu się na kolanach...
...albo między nimi. Między nimi również odnajdywała się w naprawdę wyśmienity sposób. Wywołując u niego falę gorąca już samym sięgnięciem do sprzączki paska. Celowym bądź nie powolnym manipulowaniem przy nim lewą ręką, raz po raz dotykając go przez napięty materiał. Wywołując mimowolny dreszcz. Chęć poddania się ponownemu narastającemu napięciu.
Szarpnięcia za ten cholerny pasek, przyszpilenia jej do ziemi i zakończenia wszelkich podchodów tu i teraz, dokładnie w tym momencie. Już nie tak delikatnie i łagodnie jak podczas tych wcześniejszych pieszczot. Bez powolności, gwałtownie zmierzając dokładnie ku temu, czego potrzebowali. Po to, od czego stronili przez długie miesiące, teraz wreszcie mając to na wyciągnięcie dłoni. Palców wbijanych w trawę za wygiętymi plecami.
Pragnienie, które go ogarniało było niemal nie do zniesienia. Świdrował dziewczynę wzrokiem, gdy wreszcie rozpięła mu pasek i nie wahając się zbyt długo zanim nie sięgnęła po to, co do niej należało. To, co działo się w tej chwili było otumaniające. Mimo chęci poddania się momentowi, jednocześnie nie potrafił tak po prostu oderwać wzroku od jej ruchów i przymknąć powiek. Jeszcze nie. Obserwował ją pociemniałym, intensywnym spojrzeniem, nieświadomie unosząc przy tym górną wargę i ukazując zęby w pożądliwym grymasie. Jego spojrzenie wbiło się w jasne włosy dziewczyny, które tańczyły na wietrze.
Cholera.
Zdecydowanie ulubione określenie na wszystko, co z nim robiła. Nigdy nie zapomniał tego jak zgrabnie i umiejętnie radziła sobie z pokazywaniem systemowi tego, gdzie jest jego miejsce - na trawie pod nią, poddając się wszystkiemu, co robi. Opierał się na rękach, czując jak jego serce bije coraz szybciej w rytm narastającego napięcia w ciele. Wpatrywał się w jasne włosy swojej dziewczyny... ...jego dziewczyny, zawsze jego dziewczyny, ta myśl miała właściwe brzmienie... ...które lśniły w słońcu, a jej pocałunki, delikatne i pełne namiętności, zostawiały ciepłe ślady na jego udach.
Gęsia skórka pokryła jego ciało a wargi rozchylały się w nieświadomym pomruku zadowolenia. Otumaniające uczucie, które go ogarnęło, sprawiało, że tracił poczucie czasu i miejsca. Fale ciepła rozchodziły się po jego ciele, sprawiając, że czuł się lekko otumaniony. Gwałtownie łomotało mu serce a w jego głowie krążyły niknące już myśli, które jeszcze niespełna kilka dni wcześniej nie miały prawa się zrealizować. Teraz? Nieuchronnie zmierzali ku zatraceniu.
Nieświadomie przesunął rękę na jej plecy, czując miękkość jej skóry i materiału sukienki pod palcami. Zgarnął długie, jasne i potargane włosy w kucyk, owijając je mocno wokół dłoni. Może odrobinę zbyt ciasno, ale musiała mu to teraz wybaczyć.
Czuł jak ciepło jej pocałunków przenika do jego wnętrza, rozpalając każdy zakamarek ciała. Wargi rozchylały się bezwiednie, wydobywając z siebie głęboki pomruk zadowolenia. Jeden po drugim. To, co z nim wyprawiała było otumaniające i zniewalające, sprawiając, że zapominał o wszystkim dookoła. Każde muśnięcie sprawiało, że zanurzał się głębiej w błogości, pozwalając sobie na uległość.


Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
The night will start anew
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Ambroise Greengrass-Yaxley (19366), Geraldine Greengrass-Yaxley (14716)




Wiadomości w tym wątku
[03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.01.2025, 17:41
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.01.2025, 22:04
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.01.2025, 22:44
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.01.2025, 23:44
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.01.2025, 00:19
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.01.2025, 00:52
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.01.2025, 01:46
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.01.2025, 23:23
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 01:16
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 02:04
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 03:17
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 09:44
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 13:17
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 22:23
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.01.2025, 23:43
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.01.2025, 00:43
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.01.2025, 02:46
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.01.2025, 10:58
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.01.2025, 15:37
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.01.2025, 00:49
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.01.2025, 02:10
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.01.2025, 12:58
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.01.2025, 21:42
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 31.01.2025, 00:11
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.01.2025, 19:54
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.02.2025, 00:52
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 01.02.2025, 14:52
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.02.2025, 00:03
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.02.2025, 20:48
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.02.2025, 23:52
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.02.2025, 02:02
RE: [03.09.1972] It's a bitter taste, it's a jagged stain || Ambroise & Geraldine - przez Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.02.2025, 22:58

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa