03.02.2025, 23:42 ✶
Należało być zupełnie szczerym - zabranie akurat jego w takie miejsce miało być równie skuteczne, co próba przesadzenia stuletniego drzewa w wąską doniczkę z kokardką i umieszczenia go w kawalerce przy Pokątnej. Niby można było spróbować, ale po co? Jasne, przy odpowiednim obcięciu większości korzeni, gałęzi i pnia, z pomocą magii roślina miała dać się przetransferować w ziemię ogrodniczą w ceramicznej misie. Tak i on w końcu przecież zgodził się tu pojawić. Jednak tak przygotowane drzewo nie miało dalej rosnąć. A on nie miał zmienić zdania na temat przygarnięcia kota (bo rosnąć już nomen omen nie potrzebował).
Nie planował być wyższym człowiekiem. Większym też nie. Mógł co najwyżej sypnąć trochę galeonów do skrytki w banku u Gringotta, która należała do ochronki Figgów. Nie był aż takim nieczułym skurwysynem. Widział tę absurdalną ilość kotów i zdawał sobie sprawę, choćby z tego, ile ta hałastra musiała żreć (i srać; żwirku też pewnie kupowali przemysłowe ilości).
Z uwagi na to mógł dorzucić swoją cegiełkę do sprawy. Tyle tylko, że inna cegiełka sama się na niego rzuciła. Średnia, dosyć lekka, niby nieśmiała i bojaźliwa (gdzie i kiedy dokładnie?) cegiełka, której nie miał nawet okazji bardziej się przyjrzeć, dorzuciła się jemu na barki. Jeszcze tego potrzebował. Zupełnie tak, jakby nie nosił tam dostatecznego ciężaru odpowiedzialności.
W dodatku Nora nie chciała mu tak po prostu pomóc. Zamiast tego zaczęła sugerować naprawdę niestworzone rzeczy. Że niby on? Że niby się bał? Nie no, bez przesady. Za cholerę nie miało to żadnego związku z prawdą. Nawet tego nie skomentował, zamiast tego posyłając jej karcące spojrzenie.
- Chciałbym zobaczyć jak tak wysoko sięgasz kolanem - odmruknął praktycznie odruchowo, jak najbardziej zamierzając odpyskować tym Norze, bowiem raczej nie sądził, aby była w stanie spełnić swoją groźbę.
Musiałaby naprawdę mocno unieść swoją krótką nóżkę, nawet mając na sobie te absurdalnie wysokie szpilki, na których (należało być w tym po prostu szczerym) nawet bez takich akrobacji raczej się chybotała. Nie stała zbyt stabilnie na obu nogach, więc co dopiero mówić o jednej, podczas gdy druga wykonywałaby przy tym czynność wymierzania w dupę.
- Może jeszcze z półobrotu? Chciałbym to zobaczyć - powtórzył, mimowolnie unosząc kąciki ust, które nieco mu przy tym zadrżały.
Nie uśmiechnął się szeroko. Nadal był raczej poważny, zachowując to całe fizyczne zesztywnienie i wbrew pozorom nie zamierzając wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Może deklarował chęć przetestowania tego, czy jego droga przyjaciółka rzeczywiście byłaby w stanie wygiąć się w taki sposób, żeby trafić mu kolanem w tyłek. Nie zamierzał jednak celowo narażać przy tym kota, który w gruncie rzeczy niczym sobie na to nie zasłużył. Przynajmniej jeszcze.
Poza tym, Roise sądził, że z realistycznego punktu widzenia to zwierzak osobiście byłby w stanie wyrządzić mu większą szkodę niż Figgówna. Z tymi swoimi masywnymi udami, była raczej przystosowana do trzymania ich przy ziemi, co chyba dostatecznie udowodnili podczas tego nieszczęsnego spotkania Towarzystwa Herbologicznego. Za to mruczki? Mruczki były giętkie, zwinne i miały niezmiernie ostre, chwytliwe pazurki.
Nawet jeśli ten konkretny jeszcze ich nie użył. O dziwo, bo przecież nagle znalazł się niemalże dwa metry nad ziemią. Mogłoby się zdawać, że zareaguje na to wręcz momentalną paniką. Tym bardziej, jeśli kocurka rzeczywiście była tak bojaźliwa i nieśmiała jak to opisywała Nora...
...w co Ambroise jakoś niespecjalnie wierzył. Mruczka zachowywała się bowiem nad wyraz towarzysko. Wpierw bez jakiegokolwiek zawahania, zupełnie bez pardonu wskakując mu na ramiona. Teraz? Zamiast wyrazić chęć zejścia na ziemię, drapać, przytrzymywać się go pazurkami za koszulę, ona po prostu siedziała.
Ba! W pewnym momencie poczuł nieoczekiwane ciepło i szorstkawą miękkość futerka tuż przy samym karku. Powstrzymał się przed drgnięciem, w dalszym ciągu stojąc w tym samym miejscu, gdy kot tak po prostu oparł się o jego szyję.
Już nie siedział. Wydobywając z siebie pierwsze purr ułożył się w najwidoczniej całkiem wygodnej pozycji, spuszczając mu tylną łapę po obojczyku, wąsami łaskocząc go w ucho.
- Zajebiście - nie, to zdecydowanie nie brzmiało, jakby cieszył się z tego faktu.
Po prostu go raczej...
...zaakceptował?
Posłał Norze niezbyt przekonane, raczej posępne spojrzenie, bardzo nieznacznie kręcąc przy tym głową.
- Gdzie mam ją odnieść? Jest jakiś drapak czy coś, na co sama zejdzie? - Spytał, częściowo pogodzony z faktem, że kot nie chciał tak po prostu z niego zeskoczyć, więc pochylenie się ku Figgównie raczej też by nic nie dało.
Wobec tego chyba trzeba było znaleźć miejscówkę w głębi azylu. Na tyle wysoką, aby mruczka sama zechciała opuścić jego barki. Do miski albo czegoś w tym rodzaju. Nie wiedział, nie znał się na kotach. Czuł tylko, że robi mu się gorąco w szyję, choć w gruncie rzeczy było to całkiem miłe uczucie. Jak ciepły kołnierz.
Nie planował być wyższym człowiekiem. Większym też nie. Mógł co najwyżej sypnąć trochę galeonów do skrytki w banku u Gringotta, która należała do ochronki Figgów. Nie był aż takim nieczułym skurwysynem. Widział tę absurdalną ilość kotów i zdawał sobie sprawę, choćby z tego, ile ta hałastra musiała żreć (i srać; żwirku też pewnie kupowali przemysłowe ilości).
Z uwagi na to mógł dorzucić swoją cegiełkę do sprawy. Tyle tylko, że inna cegiełka sama się na niego rzuciła. Średnia, dosyć lekka, niby nieśmiała i bojaźliwa (gdzie i kiedy dokładnie?) cegiełka, której nie miał nawet okazji bardziej się przyjrzeć, dorzuciła się jemu na barki. Jeszcze tego potrzebował. Zupełnie tak, jakby nie nosił tam dostatecznego ciężaru odpowiedzialności.
W dodatku Nora nie chciała mu tak po prostu pomóc. Zamiast tego zaczęła sugerować naprawdę niestworzone rzeczy. Że niby on? Że niby się bał? Nie no, bez przesady. Za cholerę nie miało to żadnego związku z prawdą. Nawet tego nie skomentował, zamiast tego posyłając jej karcące spojrzenie.
- Chciałbym zobaczyć jak tak wysoko sięgasz kolanem - odmruknął praktycznie odruchowo, jak najbardziej zamierzając odpyskować tym Norze, bowiem raczej nie sądził, aby była w stanie spełnić swoją groźbę.
Musiałaby naprawdę mocno unieść swoją krótką nóżkę, nawet mając na sobie te absurdalnie wysokie szpilki, na których (należało być w tym po prostu szczerym) nawet bez takich akrobacji raczej się chybotała. Nie stała zbyt stabilnie na obu nogach, więc co dopiero mówić o jednej, podczas gdy druga wykonywałaby przy tym czynność wymierzania w dupę.
- Może jeszcze z półobrotu? Chciałbym to zobaczyć - powtórzył, mimowolnie unosząc kąciki ust, które nieco mu przy tym zadrżały.
Nie uśmiechnął się szeroko. Nadal był raczej poważny, zachowując to całe fizyczne zesztywnienie i wbrew pozorom nie zamierzając wykonywać żadnych gwałtownych ruchów. Może deklarował chęć przetestowania tego, czy jego droga przyjaciółka rzeczywiście byłaby w stanie wygiąć się w taki sposób, żeby trafić mu kolanem w tyłek. Nie zamierzał jednak celowo narażać przy tym kota, który w gruncie rzeczy niczym sobie na to nie zasłużył. Przynajmniej jeszcze.
Poza tym, Roise sądził, że z realistycznego punktu widzenia to zwierzak osobiście byłby w stanie wyrządzić mu większą szkodę niż Figgówna. Z tymi swoimi masywnymi udami, była raczej przystosowana do trzymania ich przy ziemi, co chyba dostatecznie udowodnili podczas tego nieszczęsnego spotkania Towarzystwa Herbologicznego. Za to mruczki? Mruczki były giętkie, zwinne i miały niezmiernie ostre, chwytliwe pazurki.
Nawet jeśli ten konkretny jeszcze ich nie użył. O dziwo, bo przecież nagle znalazł się niemalże dwa metry nad ziemią. Mogłoby się zdawać, że zareaguje na to wręcz momentalną paniką. Tym bardziej, jeśli kocurka rzeczywiście była tak bojaźliwa i nieśmiała jak to opisywała Nora...
...w co Ambroise jakoś niespecjalnie wierzył. Mruczka zachowywała się bowiem nad wyraz towarzysko. Wpierw bez jakiegokolwiek zawahania, zupełnie bez pardonu wskakując mu na ramiona. Teraz? Zamiast wyrazić chęć zejścia na ziemię, drapać, przytrzymywać się go pazurkami za koszulę, ona po prostu siedziała.
Ba! W pewnym momencie poczuł nieoczekiwane ciepło i szorstkawą miękkość futerka tuż przy samym karku. Powstrzymał się przed drgnięciem, w dalszym ciągu stojąc w tym samym miejscu, gdy kot tak po prostu oparł się o jego szyję.
Już nie siedział. Wydobywając z siebie pierwsze purr ułożył się w najwidoczniej całkiem wygodnej pozycji, spuszczając mu tylną łapę po obojczyku, wąsami łaskocząc go w ucho.
- Zajebiście - nie, to zdecydowanie nie brzmiało, jakby cieszył się z tego faktu.
Po prostu go raczej...
...zaakceptował?
Posłał Norze niezbyt przekonane, raczej posępne spojrzenie, bardzo nieznacznie kręcąc przy tym głową.
- Gdzie mam ją odnieść? Jest jakiś drapak czy coś, na co sama zejdzie? - Spytał, częściowo pogodzony z faktem, że kot nie chciał tak po prostu z niego zeskoczyć, więc pochylenie się ku Figgównie raczej też by nic nie dało.
Wobec tego chyba trzeba było znaleźć miejscówkę w głębi azylu. Na tyle wysoką, aby mruczka sama zechciała opuścić jego barki. Do miski albo czegoś w tym rodzaju. Nie wiedział, nie znał się na kotach. Czuł tylko, że robi mu się gorąco w szyję, choć w gruncie rzeczy było to całkiem miłe uczucie. Jak ciepły kołnierz.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down