04.02.2025, 14:23 ✶
Jego słowa były względnie luźne. Jasne, może niespecjalnie przemyślane, ale zdecydowanie nie miały mieć niewłaściwego wydźwięku. Zresztą z początku wcale nie pomyślał, że jakiś mógł w nich tkwić. Dopiero tekst padający z ust Geraldine przeniósł go do rzeczywistości. Tej, w której faktycznie nie tylko nic nie musieli, lecz również nie mieli mieć ku temu okazji. Po nim rzeczywiście przeleciały przez jego głowę te wszystkie myśli o robieniu kolejnych planów na nieistniejącą przyszłość.
Tekst, który zazwyczaj rzucali, aby się ze sobą droczyć, teraz nabierał znacznie bardziej gorzkiego wydźwięku. Ambroise przestawał go lubić, nawet jeśli sam w dalszym ciągu też z niego korzystał. Nic nie muszą, nawet snuć tych hipotetycznych scenariuszy. Rozważać czegoś, co przecież i tak nie miało się spełnić. Skwitował to kiwnięciem głową, nawet nie odrywając wzroku od ekranu, choć zdecydowanie nie słuchał lecącego tam dokumentu.
Przymknął się. Kolejny raz, co wcale nie było zgodne z jego naturą. Po to, aby nie powiedzieć zbyt wiele i nie żałować tych pochopnych słów. Tyle tylko, że później wcale nie było lepiej. Rozdrażniła go. On rozdrażnił siebie. Te wszystkie komentarze zdecydowanie nie były im potrzebne. Najwidoczniej nie potrafili już nawet wspólnie oglądać telewizji bez znalezienia sobie pretekstu do zaczepki.
- Rozumiesz więcej niż mówisz, że rozumiesz. Nie jesteś głupia, Geraldine, a ja też nie jestem debilem - odmruknął, starając się zachować względnie neutralny ton głosu i na nią nie parsknąć.
Jasne, mogła zgrywać kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z większości suchych faktów. Ba, jeśli właśnie tego chciała to nawet mogła szczerze wierzyć w to, co usiłowała wmówić i jemu, i sobie. W opinię głoszoną na jego temat przez te wszystkie miesiące. Tę, którą sam także w pewnym momencie po złości przyjął za oficjalną narrację, byleby tylko odgryźć się dziewczynie. Nie było to dojrzałe posunięcie. Było to naprawdę niskie zagranie, z którego wcale nie był dumny, jednak w swoim życiu upadł przecież jeszcze niżej.
A ona nie omieszkała mu tego teraz wypomnieć. Jego powieki mimowolnie się rozszerzyły. Górna warga uniosła się w nieświadomym grymasie. Zadrżała z irytacji, którą naprawdę starał się w sobie stłumić. Nie chciał, żeby ten wieczór skończył się kolejną kłótnią. Szczególnie, jeśli z dużym prawdopodobieństwem był ich ostatnim w tym miejscu.
- Zgadza się. Chciałem - odpowiedział w końcu, nadając tym słowom jednoznacznie zdecydowane brzmienie.
Chciał i wcale tego wtedy nie żałował. Jeśli ona pragnęła go za to teraz oceniać, nie zamierzał siedzieć cicho i kulić się w sobie. Wręcz przeciwnie - przeniósł wzrok na Rinę, obdarzając ją bardzo przytomnym, otwartym spojrzeniem. Miała mu coś do powiedzenia w tym temacie?
- Uwierz mi, że gdyby to ode mnie zależało, nigdy byś o tym nie usłyszała - wbrew pozorom to, że tego wtedy nie żałował nie oznaczało, że był z tego dumny czy że chciał ją tym w jakikolwiek sposób ranić.
Zdecydowanie wolał, aby pewne tematy pozostały nieporuszone. By niektóre jego decyzje były wyłącznie jego decyzjami. Aby nie zdawała sobie sprawy z niektórych aspektów jego życia...
...czy też śmierci, bo przecież o nią im teraz chodziło. Nie chciał poruszać tego tematu. Ani teraz, ani nigdy. To nie było coś, o czym pragnąłby z nią rozmawiać.
Całe szczęście zeszli z tej kwestii. Jakimś cudem udało im się to zrobić bez ofiar.
- Z dużym prawdopodobieństwem będzie to wiedziałem - zapewne w towarzystwie uprzedniego wymownego o kurwa, no, bo przecież wszystko wiedział, nie?
Nawet to, że w ostatnim czasie świat dookoła nich robił się coraz bardziej chaotyczny. Prawdopodobnie miał przez to prędzej niż później wyzionąć ducha. Nie spodziewał się dożyć późnej starości. Wręcz przeciwnie - nawet jeśli wtedy na ganku mówił dziewczynie o ponownym zejściu się w okresie, gdy będzie mieć już zalążki demencji, szanse na to praktycznie nie istniały.
Jednak nie chciał o tym teraz myśleć. Jego słowa były raczej lekkie i rozbawione. Miały na celu rozładowanie napiętej atmosfery, szczególnie że już przecież całkiem nieźle im to wychodziło. Kto by pomyślał, że różowy kot mógł przynieść im upragnioną zgodę.
- Wyjątkowo dużo. To właściwie całkiem zawiła historia zaczynająca się od nekromancji a kończąca na różowym futerku - odparł doskonale zdając sobie sprawę z tego jak absurdalnie to zabrzmiało.
A jednak taka była prawda, co nie? Gdyby nie tamto spotkanie Towarzystwa Herbologicznego, zdecydowanie nie byłby dziś właścicielem jakiegokolwiek zwierzaka. Mimo to, miał wtedy zadziwiająco dużo powodów, aby nim zostać. Padło na Lilię. Kilkanaście godzin po zatrważająco wysokich szansach na śmierć został starą panną z kotem. Sam to powiedział. Mimo to spojrzał na Geraldine, jakby powiedziała coś naprawdę zaskakującego.
- Nie umiesz szydełkować? Myślałem, że haftowanie i szydełkowanie to jakieś wymuszone hobby czystokrwistych panien - spytał, jak gdyby rzeczywiście w to wierzył.
Oczywiście, że tak nie było. Przecież znał Geraldine. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie była ani trochę bliska temu stereotypowemu obrazowi młodej panny na wydaniu. Za to ją przecież kochał.
- Tak. Bardzo dużo. Poza tym, Panienko Yaxley, nie da się mnie spizgać. Tylko ja mam taką możliwość. Spizgania się i uwierz mi, nie korzystam z niej często - stwierdził pobłażliwie, kręcąc przy tym głową, bo wizja czyjejkolwiek a już zwłaszcza jej próby spizgania go wydawała mu się całkiem zabawna.
Szczególnie, że musiałaby nie tylko go do tego namówić, co samo w sobie wykluczało czynne i osobiste spizganie go. Musiałaby także wziąć pod uwagę to, że nie tak łatwo było mu się upalić. Mieć pojęcie o ilościach i dawkach, jakie wystarczyłyby do tego, żeby zrobić to tylko trochę. Miał cholernie mocną głowę, nie siekało go tak łatwo, więc jasne - mogłaby próbować. Dobrze, że była bogata, bo wypaliłby jej przy tym całkiem sporo towaru. A pewnie i tak byłby w stanie podejmować racjonalne decyzje.
Posłał niepoważne spojrzenie w kierunku dziewczyny.
- Możesz też pokazać mi cycki. Szansa, że ulegnę będzie mniej więcej taka sama - skwitował, nie mogąc się przed tym powstrzymać.
Tak, znowu zachowywali się w ten sposób. Zupełnie tak, jakby nie było między nimi żadnej niewidocznej ściany czy przepaści. Jak gdyby mogli tak po prostu dyskutować o hipotetycznych opcjach, które mogła wykorzystać, aby w przyszłości osiągnąć założone przez siebie cele.
Poza tym oczywiście, że nie zamierzał dawać Geraldine żadnych wskazówek, w jaki sposób powinna go podejść, żeby zrobił coś, czego wcześniej nie miał zamiaru robić. W żartach czy też nie, nie planował tego. Już i tak zdecydowanie zbyt mocno na niego działała. Sama jej obecność sprawiała, że zaczynał gubić się w swoich postanowieniach. To, że tu nadal siedzieli było dostatecznym dowodem.
Nie potrafili tak zwyczajnie się pożegnać. Nie umieli ponownie dać sobie odejść. W efekcie trzymał rękę na troczkach jej spodni, obejmując dziewczynę ramieniem i wpatrując się w nią w ten trudny do określenia sposób. Niby luźny, niby rozbawiony, jednak gdzieś pod spodem całkiem intensywny. Może nie pożądliwy. Tego teraz między nimi nie było. Jednakże podszyty spokojną czułością. Sentymentalny. Nie lubił tego określenia.
- No, musisz mi to wyjaśnić. Dogłębnie i szczegółowo - odpowiedział bezbłędnie, przenosząc swoją uwagę na towarzyszące im zwierzę i zdecydowanie oczekując na te wyjaśnienia.
Bowiem tak - miał oczy, ale w dalszym ciągu nie zamierzał odpuszczać Geraldine szansy na pogrążenie się w tłumaczeniu, co takiego nietypowego, niezwykłego i wow było w fakcie, że wziął sobie różowego kota. Tym bardziej, że już przecież ustalili, że ochujał. Ochujani ludzie postępowali w taki sposób, nie?
- Mówiłem, że potrafię zaskakiwać. Nie mów mi, że nie znasz mnie od tej strony... ...no, wiesz, jakiej... ...nie jestem taki jak wszystkie. Jestem spontaniczny, niekonwencjonalny, trochę szalony. Zdarza mi się też okazjonalnie ochujać, no ale - urwał, uśmiechając się pod nosem i kolejny raz poklepując kanapę obok siebie...
...tylko po to, aby wbić całkiem zaskoczone spojrzenie w kotkę, która faktycznie postanowiła skorzystać z zaproszenia, tyle tylko, że w zdecydowanie inny sposób. Śmiało skoczyła na Geraldine. Niezbyt zadowoloną Geraldine, warto, by wspomniał. To go nieoczekiwanie rozbawiło.
- Nie mów mi, że czujesz dyskomfort z powodu małego kotka - aż uniósł brwi, posyłając Yaxleyównie pytające spojrzenie i niemalże parskając; zamiast tego tylko drgnął mu kącik ust. - Boisz się sama to zrobić? - W końcu mogła własnoręcznie zdjąć kota z kolan, nie potrzebowała do tego jego pomocy.
Poza tym wyglądała... ...uroczo. Naprawdę uroczo. To zdecydowanie był widok, którego Roise nigdy by się nie spodziewał, ale w tym momencie zaskakująco go doceniał.
Tekst, który zazwyczaj rzucali, aby się ze sobą droczyć, teraz nabierał znacznie bardziej gorzkiego wydźwięku. Ambroise przestawał go lubić, nawet jeśli sam w dalszym ciągu też z niego korzystał. Nic nie muszą, nawet snuć tych hipotetycznych scenariuszy. Rozważać czegoś, co przecież i tak nie miało się spełnić. Skwitował to kiwnięciem głową, nawet nie odrywając wzroku od ekranu, choć zdecydowanie nie słuchał lecącego tam dokumentu.
Przymknął się. Kolejny raz, co wcale nie było zgodne z jego naturą. Po to, aby nie powiedzieć zbyt wiele i nie żałować tych pochopnych słów. Tyle tylko, że później wcale nie było lepiej. Rozdrażniła go. On rozdrażnił siebie. Te wszystkie komentarze zdecydowanie nie były im potrzebne. Najwidoczniej nie potrafili już nawet wspólnie oglądać telewizji bez znalezienia sobie pretekstu do zaczepki.
- Rozumiesz więcej niż mówisz, że rozumiesz. Nie jesteś głupia, Geraldine, a ja też nie jestem debilem - odmruknął, starając się zachować względnie neutralny ton głosu i na nią nie parsknąć.
Jasne, mogła zgrywać kogoś, kto nie zdaje sobie sprawy z większości suchych faktów. Ba, jeśli właśnie tego chciała to nawet mogła szczerze wierzyć w to, co usiłowała wmówić i jemu, i sobie. W opinię głoszoną na jego temat przez te wszystkie miesiące. Tę, którą sam także w pewnym momencie po złości przyjął za oficjalną narrację, byleby tylko odgryźć się dziewczynie. Nie było to dojrzałe posunięcie. Było to naprawdę niskie zagranie, z którego wcale nie był dumny, jednak w swoim życiu upadł przecież jeszcze niżej.
A ona nie omieszkała mu tego teraz wypomnieć. Jego powieki mimowolnie się rozszerzyły. Górna warga uniosła się w nieświadomym grymasie. Zadrżała z irytacji, którą naprawdę starał się w sobie stłumić. Nie chciał, żeby ten wieczór skończył się kolejną kłótnią. Szczególnie, jeśli z dużym prawdopodobieństwem był ich ostatnim w tym miejscu.
- Zgadza się. Chciałem - odpowiedział w końcu, nadając tym słowom jednoznacznie zdecydowane brzmienie.
Chciał i wcale tego wtedy nie żałował. Jeśli ona pragnęła go za to teraz oceniać, nie zamierzał siedzieć cicho i kulić się w sobie. Wręcz przeciwnie - przeniósł wzrok na Rinę, obdarzając ją bardzo przytomnym, otwartym spojrzeniem. Miała mu coś do powiedzenia w tym temacie?
- Uwierz mi, że gdyby to ode mnie zależało, nigdy byś o tym nie usłyszała - wbrew pozorom to, że tego wtedy nie żałował nie oznaczało, że był z tego dumny czy że chciał ją tym w jakikolwiek sposób ranić.
Zdecydowanie wolał, aby pewne tematy pozostały nieporuszone. By niektóre jego decyzje były wyłącznie jego decyzjami. Aby nie zdawała sobie sprawy z niektórych aspektów jego życia...
...czy też śmierci, bo przecież o nią im teraz chodziło. Nie chciał poruszać tego tematu. Ani teraz, ani nigdy. To nie było coś, o czym pragnąłby z nią rozmawiać.
Całe szczęście zeszli z tej kwestii. Jakimś cudem udało im się to zrobić bez ofiar.
- Z dużym prawdopodobieństwem będzie to wiedziałem - zapewne w towarzystwie uprzedniego wymownego o kurwa, no, bo przecież wszystko wiedział, nie?
Nawet to, że w ostatnim czasie świat dookoła nich robił się coraz bardziej chaotyczny. Prawdopodobnie miał przez to prędzej niż później wyzionąć ducha. Nie spodziewał się dożyć późnej starości. Wręcz przeciwnie - nawet jeśli wtedy na ganku mówił dziewczynie o ponownym zejściu się w okresie, gdy będzie mieć już zalążki demencji, szanse na to praktycznie nie istniały.
Jednak nie chciał o tym teraz myśleć. Jego słowa były raczej lekkie i rozbawione. Miały na celu rozładowanie napiętej atmosfery, szczególnie że już przecież całkiem nieźle im to wychodziło. Kto by pomyślał, że różowy kot mógł przynieść im upragnioną zgodę.
- Wyjątkowo dużo. To właściwie całkiem zawiła historia zaczynająca się od nekromancji a kończąca na różowym futerku - odparł doskonale zdając sobie sprawę z tego jak absurdalnie to zabrzmiało.
A jednak taka była prawda, co nie? Gdyby nie tamto spotkanie Towarzystwa Herbologicznego, zdecydowanie nie byłby dziś właścicielem jakiegokolwiek zwierzaka. Mimo to, miał wtedy zadziwiająco dużo powodów, aby nim zostać. Padło na Lilię. Kilkanaście godzin po zatrważająco wysokich szansach na śmierć został starą panną z kotem. Sam to powiedział. Mimo to spojrzał na Geraldine, jakby powiedziała coś naprawdę zaskakującego.
- Nie umiesz szydełkować? Myślałem, że haftowanie i szydełkowanie to jakieś wymuszone hobby czystokrwistych panien - spytał, jak gdyby rzeczywiście w to wierzył.
Oczywiście, że tak nie było. Przecież znał Geraldine. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie była ani trochę bliska temu stereotypowemu obrazowi młodej panny na wydaniu. Za to ją przecież kochał.
- Tak. Bardzo dużo. Poza tym, Panienko Yaxley, nie da się mnie spizgać. Tylko ja mam taką możliwość. Spizgania się i uwierz mi, nie korzystam z niej często - stwierdził pobłażliwie, kręcąc przy tym głową, bo wizja czyjejkolwiek a już zwłaszcza jej próby spizgania go wydawała mu się całkiem zabawna.
Szczególnie, że musiałaby nie tylko go do tego namówić, co samo w sobie wykluczało czynne i osobiste spizganie go. Musiałaby także wziąć pod uwagę to, że nie tak łatwo było mu się upalić. Mieć pojęcie o ilościach i dawkach, jakie wystarczyłyby do tego, żeby zrobić to tylko trochę. Miał cholernie mocną głowę, nie siekało go tak łatwo, więc jasne - mogłaby próbować. Dobrze, że była bogata, bo wypaliłby jej przy tym całkiem sporo towaru. A pewnie i tak byłby w stanie podejmować racjonalne decyzje.
Posłał niepoważne spojrzenie w kierunku dziewczyny.
- Możesz też pokazać mi cycki. Szansa, że ulegnę będzie mniej więcej taka sama - skwitował, nie mogąc się przed tym powstrzymać.
Tak, znowu zachowywali się w ten sposób. Zupełnie tak, jakby nie było między nimi żadnej niewidocznej ściany czy przepaści. Jak gdyby mogli tak po prostu dyskutować o hipotetycznych opcjach, które mogła wykorzystać, aby w przyszłości osiągnąć założone przez siebie cele.
Poza tym oczywiście, że nie zamierzał dawać Geraldine żadnych wskazówek, w jaki sposób powinna go podejść, żeby zrobił coś, czego wcześniej nie miał zamiaru robić. W żartach czy też nie, nie planował tego. Już i tak zdecydowanie zbyt mocno na niego działała. Sama jej obecność sprawiała, że zaczynał gubić się w swoich postanowieniach. To, że tu nadal siedzieli było dostatecznym dowodem.
Nie potrafili tak zwyczajnie się pożegnać. Nie umieli ponownie dać sobie odejść. W efekcie trzymał rękę na troczkach jej spodni, obejmując dziewczynę ramieniem i wpatrując się w nią w ten trudny do określenia sposób. Niby luźny, niby rozbawiony, jednak gdzieś pod spodem całkiem intensywny. Może nie pożądliwy. Tego teraz między nimi nie było. Jednakże podszyty spokojną czułością. Sentymentalny. Nie lubił tego określenia.
- No, musisz mi to wyjaśnić. Dogłębnie i szczegółowo - odpowiedział bezbłędnie, przenosząc swoją uwagę na towarzyszące im zwierzę i zdecydowanie oczekując na te wyjaśnienia.
Bowiem tak - miał oczy, ale w dalszym ciągu nie zamierzał odpuszczać Geraldine szansy na pogrążenie się w tłumaczeniu, co takiego nietypowego, niezwykłego i wow było w fakcie, że wziął sobie różowego kota. Tym bardziej, że już przecież ustalili, że ochujał. Ochujani ludzie postępowali w taki sposób, nie?
- Mówiłem, że potrafię zaskakiwać. Nie mów mi, że nie znasz mnie od tej strony... ...no, wiesz, jakiej... ...nie jestem taki jak wszystkie. Jestem spontaniczny, niekonwencjonalny, trochę szalony. Zdarza mi się też okazjonalnie ochujać, no ale - urwał, uśmiechając się pod nosem i kolejny raz poklepując kanapę obok siebie...
...tylko po to, aby wbić całkiem zaskoczone spojrzenie w kotkę, która faktycznie postanowiła skorzystać z zaproszenia, tyle tylko, że w zdecydowanie inny sposób. Śmiało skoczyła na Geraldine. Niezbyt zadowoloną Geraldine, warto, by wspomniał. To go nieoczekiwanie rozbawiło.
- Nie mów mi, że czujesz dyskomfort z powodu małego kotka - aż uniósł brwi, posyłając Yaxleyównie pytające spojrzenie i niemalże parskając; zamiast tego tylko drgnął mu kącik ust. - Boisz się sama to zrobić? - W końcu mogła własnoręcznie zdjąć kota z kolan, nie potrzebowała do tego jego pomocy.
Poza tym wyglądała... ...uroczo. Naprawdę uroczo. To zdecydowanie był widok, którego Roise nigdy by się nie spodziewał, ale w tym momencie zaskakująco go doceniał.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down