05.02.2025, 02:17 ✶
Gdyby postanowili mocniej zagłębić się w temat źródeł pisanych i tego, co mogło a co nie mogło być w nich zawarte, słowa Roselyn odnośnie wyjątkowego mówienia jednym głosem pewnie nigdy by nie padły. Ambroise zdecydowanie był bowiem zdania, że gdzieś pośród tych wszystkich ksiąg zapewne musiał znaleźć się choćby zalążek jakiejś informacji.
Nawet krótkie hipotetyczne rozważanie. Jedno zdanie wciśnięte gdzieś między zdecydowanie inne treści. Zakamuflowane, nie dosłowne, ukryte pośród mniej newralgicznych przekazów. Coś, co z pozoru nie byłoby dla nikogo zbyt oczywiste. Coś, co nie krzyczałoby zagłada i zniszczenie! ani na pierwszy, ani na drugi, być może nawet nie na trzynasty rzut oka.
Ich przodkowie nie byli głupi. Z pewnością też nie całkowicie naiwni, stuprocentowo przekonani o swojej pośmiertnej niezniszczalności. Przedstawiciele rodu Greengrassów mieli raczej tendencję do dość twardego stąpania po ziemi. Nie można było zarzucić im marzycielstwa czy bujania w obłokach, przynajmniej nie w większości przypadków. Mieli swoje dziwactwa, ale bycie całkowicie doklejonym od rzeczywistości do nich nie należało.
Nie byli młodym rodem - to też miało duże znaczenie. Jego zdaniem ktoś gdzieś musiał kiedyś rozważać tę kwestię. Tak samo jak ktoś gdzieś kiedyś musiał stanąć może nie przed dosłownym odzwierciedleniem ich bieżącego problemu (ten z pewnością był czymś nowym w całej swej potworności i makabrze), ale przed czymś, co choćby trochę zachwiało jego bądź jej wiarą w nieśmiertelność dębów.
Kiwnął głową w kierunku Roselyn, słysząc jej jakże wyjątkowo przychylny komentarz. Być może nawet by się do niej uśmiechnął, gdyby nie to, że ledwo drgnęły mu kąciki ust. Zamiast tego odprowadził ją wzrokiem do stolika, jednocześnie raz na jakiś czas kwitując kolejne słowa siostry w dokładnie ten sam sposób, co wcześniej - kiwnięciem.
Na nic więcej nie było go obecnie stać, zwłaszcza że i tak powiedział wszystko, co miał do dodania w temacie. Przynajmniej na teraz, gdy nie mieli jeszcze żadnego planu. Musieli to wszystko przetrawić, przemyśleć...
...zapowiadały się ciężkie dni i godziny.
Tak właściwie, dopiero patrząc na poczynania Roselyn uświadomił sobie swój stan fizyczny. Może nie to jak bardzo chciało mu się pić, lecz to, że we wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie godziny niemalże całkowicie zapomniał o większości banalnych, potencjalnie wyuczonych i automatycznych czynności.
Picie było jedną z nich - tego akurat nie potrzebował robić, zresztą miał na to zbyt ściśnięte gardło. Nie czuł też żadnego głodu. Ssanie w żołądku było wywołane przez coś zgoła innego niżeli pustka w żołądku. Nie czuł się też zmęczony w sposób, który świadczyłby o senności. Sen z pewnością nie miał przyjść jeszcze przez wiele godzin.
Za to cholernie mocno piekły i szczypały go oczy. Zupełnie tak, jakby ktoś sypnął w nie piachem. Bądź też pyłem. Pyłem w rodzaju tego, w który zaczęły przemieniać się pozbawione życia liście dębu w Kniei. Ambroise mimowolnie potarł dłonią powieki, na chwilę zamykając przy tym oczy i wsłuchując się w rozmowę prowadzoną między dwojgiem towarzyszów.
Wyczuł ruch w pomieszczeniu. Nie musiał patrzeć, aby wiedzieć, że w pomieszczeniu kolejny raz nastąpiło pewne poruszenie. Zresztą w tym momencie raczej nie czuł specjalnej potrzeby kontrolowania sytuacji od tej strony. Prawdę mówiąc odczuwał wręcz kłujący, niemal fizycznie bolesny brak kontroli nad czymkolwiek, co działo się tego wieczoru. Również jako pokłosie wydarzeń.
Milczał przez chwilę, nie włączając się w rozmowę. Jak na siebie, powiedział już całkiem dużo. Tym razem nie był też w nastroju na docinki, na błyszczenie jakże wyszukanym humorem, na czepianie się słówek siostry. Nie. Czuł się zbyt przytłoczony zaś to sprawiało, że przez większość czasu instynktownie wybierał milczenie. Siedzenie w ciszy na podłodze.
Przynajmniej do tych ostatnich, również jednych z nielicznych słów Samuela.
- Nie ma ludzi całkowicie nieprzydatnych - stwierdził w końcu dosyć zmęczonym, raczej posępnym tonem, mimo wszystko chyba starając się nie być kompletnym bubkiem; w końcu nie musiał być mistrzem czytania z ludzi, żeby wiedzieć, że dla nich wszystkich była to raczej cholernie trudna sytuacja. - Masz te swoje... ...talenty, nie? To nie animagia - nawet nie pomyślał o tym, żeby upewnić się odnośnie tego osądu; po prostu stwierdził fakt - nie wiem, jakie ma ograniczenia - tu też nie zamierzał dodawać, że o tych animagicznych co nieco wiedział - ale to na pewno coś. Umiesz coś - i to byłoby na tyle z bycia pocieszającą wersją siebie.
Niby niewiele, ale całkiem sporo. Szczególnie na myśl o tym, że zazwyczaj raczej nie byłby tak miły, aby szukać zalet kogoś, kogo nie znał i którego raczej nie chciał dogłębnie poznawać. Ba, zdecydowanie nie ufając mu na samym początku tego wieczoru.
Teraz? Niespodzianka: nadal nie ufał Samuelowi. Tak już po prostu miał. Nie szastał zaufaniem na prawo i lewo. Jasno ujmując sprawę, bardzo trudno było je sobie u niego zaskarbić, ale mieli wspólny sekret. To też było znaczące.
Ponownie przetarł powieki wierzchem dłoni, ani na chwilę nie otwierając oczu ani nie zmieniając pozycji, w której siedział.
Nawet krótkie hipotetyczne rozważanie. Jedno zdanie wciśnięte gdzieś między zdecydowanie inne treści. Zakamuflowane, nie dosłowne, ukryte pośród mniej newralgicznych przekazów. Coś, co z pozoru nie byłoby dla nikogo zbyt oczywiste. Coś, co nie krzyczałoby zagłada i zniszczenie! ani na pierwszy, ani na drugi, być może nawet nie na trzynasty rzut oka.
Ich przodkowie nie byli głupi. Z pewnością też nie całkowicie naiwni, stuprocentowo przekonani o swojej pośmiertnej niezniszczalności. Przedstawiciele rodu Greengrassów mieli raczej tendencję do dość twardego stąpania po ziemi. Nie można było zarzucić im marzycielstwa czy bujania w obłokach, przynajmniej nie w większości przypadków. Mieli swoje dziwactwa, ale bycie całkowicie doklejonym od rzeczywistości do nich nie należało.
Nie byli młodym rodem - to też miało duże znaczenie. Jego zdaniem ktoś gdzieś musiał kiedyś rozważać tę kwestię. Tak samo jak ktoś gdzieś kiedyś musiał stanąć może nie przed dosłownym odzwierciedleniem ich bieżącego problemu (ten z pewnością był czymś nowym w całej swej potworności i makabrze), ale przed czymś, co choćby trochę zachwiało jego bądź jej wiarą w nieśmiertelność dębów.
Kiwnął głową w kierunku Roselyn, słysząc jej jakże wyjątkowo przychylny komentarz. Być może nawet by się do niej uśmiechnął, gdyby nie to, że ledwo drgnęły mu kąciki ust. Zamiast tego odprowadził ją wzrokiem do stolika, jednocześnie raz na jakiś czas kwitując kolejne słowa siostry w dokładnie ten sam sposób, co wcześniej - kiwnięciem.
Na nic więcej nie było go obecnie stać, zwłaszcza że i tak powiedział wszystko, co miał do dodania w temacie. Przynajmniej na teraz, gdy nie mieli jeszcze żadnego planu. Musieli to wszystko przetrawić, przemyśleć...
...zapowiadały się ciężkie dni i godziny.
Tak właściwie, dopiero patrząc na poczynania Roselyn uświadomił sobie swój stan fizyczny. Może nie to jak bardzo chciało mu się pić, lecz to, że we wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie godziny niemalże całkowicie zapomniał o większości banalnych, potencjalnie wyuczonych i automatycznych czynności.
Picie było jedną z nich - tego akurat nie potrzebował robić, zresztą miał na to zbyt ściśnięte gardło. Nie czuł też żadnego głodu. Ssanie w żołądku było wywołane przez coś zgoła innego niżeli pustka w żołądku. Nie czuł się też zmęczony w sposób, który świadczyłby o senności. Sen z pewnością nie miał przyjść jeszcze przez wiele godzin.
Za to cholernie mocno piekły i szczypały go oczy. Zupełnie tak, jakby ktoś sypnął w nie piachem. Bądź też pyłem. Pyłem w rodzaju tego, w który zaczęły przemieniać się pozbawione życia liście dębu w Kniei. Ambroise mimowolnie potarł dłonią powieki, na chwilę zamykając przy tym oczy i wsłuchując się w rozmowę prowadzoną między dwojgiem towarzyszów.
Wyczuł ruch w pomieszczeniu. Nie musiał patrzeć, aby wiedzieć, że w pomieszczeniu kolejny raz nastąpiło pewne poruszenie. Zresztą w tym momencie raczej nie czuł specjalnej potrzeby kontrolowania sytuacji od tej strony. Prawdę mówiąc odczuwał wręcz kłujący, niemal fizycznie bolesny brak kontroli nad czymkolwiek, co działo się tego wieczoru. Również jako pokłosie wydarzeń.
Milczał przez chwilę, nie włączając się w rozmowę. Jak na siebie, powiedział już całkiem dużo. Tym razem nie był też w nastroju na docinki, na błyszczenie jakże wyszukanym humorem, na czepianie się słówek siostry. Nie. Czuł się zbyt przytłoczony zaś to sprawiało, że przez większość czasu instynktownie wybierał milczenie. Siedzenie w ciszy na podłodze.
Przynajmniej do tych ostatnich, również jednych z nielicznych słów Samuela.
- Nie ma ludzi całkowicie nieprzydatnych - stwierdził w końcu dosyć zmęczonym, raczej posępnym tonem, mimo wszystko chyba starając się nie być kompletnym bubkiem; w końcu nie musiał być mistrzem czytania z ludzi, żeby wiedzieć, że dla nich wszystkich była to raczej cholernie trudna sytuacja. - Masz te swoje... ...talenty, nie? To nie animagia - nawet nie pomyślał o tym, żeby upewnić się odnośnie tego osądu; po prostu stwierdził fakt - nie wiem, jakie ma ograniczenia - tu też nie zamierzał dodawać, że o tych animagicznych co nieco wiedział - ale to na pewno coś. Umiesz coś - i to byłoby na tyle z bycia pocieszającą wersją siebie.
Niby niewiele, ale całkiem sporo. Szczególnie na myśl o tym, że zazwyczaj raczej nie byłby tak miły, aby szukać zalet kogoś, kogo nie znał i którego raczej nie chciał dogłębnie poznawać. Ba, zdecydowanie nie ufając mu na samym początku tego wieczoru.
Teraz? Niespodzianka: nadal nie ufał Samuelowi. Tak już po prostu miał. Nie szastał zaufaniem na prawo i lewo. Jasno ujmując sprawę, bardzo trudno było je sobie u niego zaskarbić, ale mieli wspólny sekret. To też było znaczące.
Ponownie przetarł powieki wierzchem dłoni, ani na chwilę nie otwierając oczu ani nie zmieniając pozycji, w której siedział.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down