05.02.2025, 14:12 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2025, 10:07 przez Rodolphus Lestrange.)
Usta Rodolphusa rozciągnęły się w lekkim uśmiechu w odpowiedzi na słowa Daphne.
- Wiesz, co możesz jej odpowiedzieć - między wierszami lub nie? - zapytał usłużnie, lekko przekrzywiając głowę. Victoria była silna, Victoria była zdystansowana i opanowana, ale nawet ona potrzebowała czasem kubła zimnej wody, wylanego na łeb. - Żeby się zamknęła, bo żadne z nas nie pozwala jej umrzeć.
Wzruszył ramionami, sięgając po filiżankę. Ani on, ani Louvain, ani Loretta czy ich rodzice - nikt nie wyrażał zgody na to, by Victoria Lestrange opuściła ten świat. Czy się ich posłucha, czy też nie: to się jeszcze okaże. Ale odnosił wrażenie, że ten upór, który w sobie miała od dziecka, przyda jej się teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Nie czuł się zobowiązany, by pocieszać Daphne - kolejną osobę, która mówiła mu, że jest słaba i nic nieznacząca, lecz nie mógł przejść obojętnie obok faktu, że to wciąż była jego rodzina. Upił łyk ciepłej, nie gorącej, herbaty, by następnie odstawić filiżankę na spodek. Tak ostrożnie, jak tylko mógł, nie spuszczając wzroku z kuzynki. Jak to było? Kurwa kurwie łba nie urwie. Piękna, rodowa maksyma.
- Każdy z nas ma swoją rolę - powiedział cicho, splatając dłonie na blacie stolika. - Nie każdy może błyszczeć w świetle reflektorów. Niektórzy z nas muszą zadowolić się przyziemną pracą, żeby być filarem tej rodziny.
Powiedział poważnie, ściszając jeszcze głos. Nie chciał przecież, by ktokolwiek słyszał, o czym rozmawiają: w teorii nie mówili nic złego, lecz Lestrange nie chciałby, żeby ktokolwiek usłyszał, co mówi o swojej rodzinie.
- Nie każdy może być sławną artystką jak Loretta. Nie każdy może latać za zniczem jak Louvain kilka lat temu. Nie każdy może być wybitną aurorką jak Victoria, nie każdy może kierować szpitalem, jak Dorinda. Potrzebują nas: mnie w Departamencie Tajemnic, ciebie w Departamencie Skarbu, Louvaina w świstoklikach, a Laurence'a w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof - przypomniał jej miękko, wyciągając dłoń w stronę bladego policzka. Chłodne palce Rodolphusa przesunęły się po skórze, po której przed chwilą leciały ciepłe łzy. Nie było w tym geście nic zdrożnego czy niewłaściwego, raczej pocieszającego. Mogła wtulić się w otwartą dłoń i chłonąć jej ciepło, potrzebne do tego, by odzyskać równowagę - on miał jej aż nadto. Co z tego, że tego samego dnia miał iść na Nokturn załatwić pewną sprawę? Teraz był tutaj dla Daphne, by pomóc jej uwierzyć, że Victoria wyjdzie z tego obronną ręką, a ona, jej siostra, jej w tym pomoże.
- Tak samo jak jesteśmy filarem tej rodziny, wawrzynku, tak samo ty jesteś opoką dla Victorii. Nie musisz robić nic szczególnego, by poczuła twoje ciepło i z niego skorzystała - nie sugerował absolutnie tego, że Daphne powinna podzielić się swoją energią z siostrą. Ale jeżeli nie byłoby innego wyjścia... Czy Victoria rozważała ten scenariusz? Spojrzał na kuzynkę uważnie. Czy Daphne rozważała coś podobnego?
Gdy Lestrange dopił herbatę, spojrzał na dno filiżanki. Trochę fusów było na dnie, a Rodolphus sięgnął wspomnieniami do lekcji wróżbiarstwa. Nienawidził ich z całego serca, nauczycielka była zdrowo walnięta, a on sam uważał wróżbiarstwo za jedną wielką pomyłkę. Nie ufał wróżbom, tak samo jak średnio ufał jasnowidzom. Co prawda niektóre wróżby owszem, sprawdzały się, podobnie jak wizje trzeciego oka, lecz Rodolphus doskonale wiedział, że to była kwestia odpowiedniej interpretacji.
Niezbyt pamiętał lekcje wróżbiarstwa, prawdę mówiąc. Chcąc nie chcąc cośtam zostało mu w głowie, a rozmowa z Daphne o przyszłości sprawiła, że jakoś tak cofnął się do Hogwartu. Widząc gondolę, skrzywił się. Co to oznaczało?
- Pamiętasz lekcje wróżbiarstwa w Hogwarcie? - zapytał nagle, unosząc wzrok znad filiżanki. Jego głos był miękki, ale zdradzał wyraźnie, co sądził na temat wróżb. Co oznaczała gondola? Grzebał w pamięci i grzebał, ale jedyne co mu przychodziło na myśl, to podróż. Podróż... w głąb siebie? A może bardziej przyziemna podróż? Czy Czarny Pan szykował dla niego zadanie? Lestrange kompletnie nie potrafił w interpretację tak bezsensownych znaków, szczególnie z fusów. - Były... Tak jak to, co widzę teraz. Stratą czasu.
Lestrange uśmiechnął się lekko. Gdy dopili herbatę, razem z Daphne opuścili herbaciarnię. Był pewny, że wróżba się nie spełni - w końcu wróżbiarstwo było bzdurą.
- Wiesz, co możesz jej odpowiedzieć - między wierszami lub nie? - zapytał usłużnie, lekko przekrzywiając głowę. Victoria była silna, Victoria była zdystansowana i opanowana, ale nawet ona potrzebowała czasem kubła zimnej wody, wylanego na łeb. - Żeby się zamknęła, bo żadne z nas nie pozwala jej umrzeć.
Wzruszył ramionami, sięgając po filiżankę. Ani on, ani Louvain, ani Loretta czy ich rodzice - nikt nie wyrażał zgody na to, by Victoria Lestrange opuściła ten świat. Czy się ich posłucha, czy też nie: to się jeszcze okaże. Ale odnosił wrażenie, że ten upór, który w sobie miała od dziecka, przyda jej się teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Nie czuł się zobowiązany, by pocieszać Daphne - kolejną osobę, która mówiła mu, że jest słaba i nic nieznacząca, lecz nie mógł przejść obojętnie obok faktu, że to wciąż była jego rodzina. Upił łyk ciepłej, nie gorącej, herbaty, by następnie odstawić filiżankę na spodek. Tak ostrożnie, jak tylko mógł, nie spuszczając wzroku z kuzynki. Jak to było? Kurwa kurwie łba nie urwie. Piękna, rodowa maksyma.
- Każdy z nas ma swoją rolę - powiedział cicho, splatając dłonie na blacie stolika. - Nie każdy może błyszczeć w świetle reflektorów. Niektórzy z nas muszą zadowolić się przyziemną pracą, żeby być filarem tej rodziny.
Powiedział poważnie, ściszając jeszcze głos. Nie chciał przecież, by ktokolwiek słyszał, o czym rozmawiają: w teorii nie mówili nic złego, lecz Lestrange nie chciałby, żeby ktokolwiek usłyszał, co mówi o swojej rodzinie.
- Nie każdy może być sławną artystką jak Loretta. Nie każdy może latać za zniczem jak Louvain kilka lat temu. Nie każdy może być wybitną aurorką jak Victoria, nie każdy może kierować szpitalem, jak Dorinda. Potrzebują nas: mnie w Departamencie Tajemnic, ciebie w Departamencie Skarbu, Louvaina w świstoklikach, a Laurence'a w Departamencie Magicznych Wypadków i Katastrof - przypomniał jej miękko, wyciągając dłoń w stronę bladego policzka. Chłodne palce Rodolphusa przesunęły się po skórze, po której przed chwilą leciały ciepłe łzy. Nie było w tym geście nic zdrożnego czy niewłaściwego, raczej pocieszającego. Mogła wtulić się w otwartą dłoń i chłonąć jej ciepło, potrzebne do tego, by odzyskać równowagę - on miał jej aż nadto. Co z tego, że tego samego dnia miał iść na Nokturn załatwić pewną sprawę? Teraz był tutaj dla Daphne, by pomóc jej uwierzyć, że Victoria wyjdzie z tego obronną ręką, a ona, jej siostra, jej w tym pomoże.
- Tak samo jak jesteśmy filarem tej rodziny, wawrzynku, tak samo ty jesteś opoką dla Victorii. Nie musisz robić nic szczególnego, by poczuła twoje ciepło i z niego skorzystała - nie sugerował absolutnie tego, że Daphne powinna podzielić się swoją energią z siostrą. Ale jeżeli nie byłoby innego wyjścia... Czy Victoria rozważała ten scenariusz? Spojrzał na kuzynkę uważnie. Czy Daphne rozważała coś podobnego?
Gdy Lestrange dopił herbatę, spojrzał na dno filiżanki. Trochę fusów było na dnie, a Rodolphus sięgnął wspomnieniami do lekcji wróżbiarstwa. Nienawidził ich z całego serca, nauczycielka była zdrowo walnięta, a on sam uważał wróżbiarstwo za jedną wielką pomyłkę. Nie ufał wróżbom, tak samo jak średnio ufał jasnowidzom. Co prawda niektóre wróżby owszem, sprawdzały się, podobnie jak wizje trzeciego oka, lecz Rodolphus doskonale wiedział, że to była kwestia odpowiedniej interpretacji.
Rzut Symbol 1d258 - 53
Gondola (podróż/romans)
Gondola (podróż/romans)
Niezbyt pamiętał lekcje wróżbiarstwa, prawdę mówiąc. Chcąc nie chcąc cośtam zostało mu w głowie, a rozmowa z Daphne o przyszłości sprawiła, że jakoś tak cofnął się do Hogwartu. Widząc gondolę, skrzywił się. Co to oznaczało?
- Pamiętasz lekcje wróżbiarstwa w Hogwarcie? - zapytał nagle, unosząc wzrok znad filiżanki. Jego głos był miękki, ale zdradzał wyraźnie, co sądził na temat wróżb. Co oznaczała gondola? Grzebał w pamięci i grzebał, ale jedyne co mu przychodziło na myśl, to podróż. Podróż... w głąb siebie? A może bardziej przyziemna podróż? Czy Czarny Pan szykował dla niego zadanie? Lestrange kompletnie nie potrafił w interpretację tak bezsensownych znaków, szczególnie z fusów. - Były... Tak jak to, co widzę teraz. Stratą czasu.
Lestrange uśmiechnął się lekko. Gdy dopili herbatę, razem z Daphne opuścili herbaciarnię. Był pewny, że wróżba się nie spełni - w końcu wróżbiarstwo było bzdurą.
Koniec sesji