06.02.2025, 02:02 ✶
Mieli tu zostać tylko na chwilę. Tamtego pierwszego dnia, gdy pojawili się na plaży, żadne z nich nie było pewne, co im to przyniesie. Ale czy teraz to się zmieniło? Wtedy nie wiedzieli, co przyniosą kolejne godziny. Doskonale pamiętał tamte spojrzenia unikające siebie nawzajem, pierwszy dotyk, powolne uleganie wspomnieniom wspólnej przeszłości. Poddawanie się chwili, dryfowanie na falach, dotyk dłoni Geraldine zamkniętej w jego palcach. Pierwszy pocałunek od tak dawna, że mogłoby się zdawać, że w istocie właśnie nim był - ich pierwszym. Ich ostatnim.
Tylko udawali, prawda? Do tamtego momentu w łazience. Do pierwszego wahania pod wspólnym prysznicem. Do przekroczenia granicy pomiędzy jawą a iluzją, wtedy jeszcze udawali. Grali. Nie rozmawiali o tym, lecz każde z osobna liczyło kolejne uciekające minuty. Nie wiedząc, ile godzin zamierzają sobie dać, nie stąpali po pewnym gruncie. Raz po raz zapadali się w piasek aż wreszcie chyba pozwolili sobie na to, aby całkowicie przez niego przeniknąć.
Znaleźli się przy tym w zupełnie innym świecie. Zamknięci w jednej z tych szklanych kul. W swojej Piaskownicy. W jedynym całkowicie wspólnym miejscu, jakie kiedykolwiek mieli na świecie. W domku niemal tuż na samej plaży. Otoczonym malowniczymi wrzosowiskami. Może i pogrążonym w postępującej ruinie, jednak na te kilka chwil będącym niemal jak wyrwanym ze snu.
Naprawdę pięknego marzenia sennego. Takiego, które śniąc pragnął, aby nigdy się nie skończyło. To nie było jak sen na jawie, to było... ...inne. Znacznie bardziej oniryczne w najlepszym, najbardziej idyllicznym znaczeniu tego słowa. Było im niemal tak dobrze jak wtedy, kiedy zaszywali się tu na długie weekendy. Tak jak podczas tych miesięcy, kiedy stworzyli tu sobie własny mały świat, myśląc, że to ich uchroni.
A potem ktoś potrząsnął szklaną kulą. Tak wtedy z początkiem kwietnia siedemdziesiątego pierwszego roku, tak też jeszcze pierwszego wieczoru ich powrotu do Whitby. Nie mogli porównywać tych dwóch sytuacji, jednak obie zatrząsły podstawami tego, co wspólnie budowali.
Pierwsze wydarzenie było tak druzgocące, że uderzyło w coś, co miało być przecież trwałe i nienaruszalne. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Wywołało bezpowrotne zniszczenia. Ukazało siatkę drobnych pęknięć sięgającą do samego wnętrza, do istoty wszystkiego, co mieli. Uderzyło w nich i na półtora roku uczyniło ich niczym.
Ale czy tak zachowywali się ludzie, którzy nic już dla siebie nie znaczą? Czy chwytali się za rękę, nie chcąc jej wypuścić? Czy zatracali się w sobie nawzajem? Raz za razem odnajdywali drogę do swoich ust? Drogę do domu, nawet jeśli był on już tylko miniaturą wspomnień zamkniętych pod szklaną kopułą? Cokolwiek robili, nie dali sobie żadnej przyszłości, ale jednocześnie nie dali sobie też żadnych wyraźnych granic. Nie powiedzieli sobie tego, co powinno być najważniejsze.
Choć czy nie najważniejsze było to, co w istocie padło między nimi? Kocham cię wybrzmiało. Przez te parę dni zdecydowanie częściej niż przez te wszystkie lata. Nie więcej razy, to zapewne nie miało się stać, ale wielokrotnie w odstępie zaledwie kilku krótkich godzin. Nigdy nie powtarzał tego w ten sposób.
Szczególnie po tym jak ich świat dotknęło to drugie wydarzenie. Wstrząs tym razem zadany im przez nich samych. Ta pierwsza kłótnia, po której fundamenty domku w szklanej kuli też zaczęły się rozpadać. Ocalili je. Nadal nie do końca wiedział, w jaki sposób, ale oboje tego chcieli. Gdy byli razem, gdy stali po jednej stronie, potrafili poradzić sobie nawet z najgorszymi ciosami od życia.
Najwidoczniej wcale nie zatracili tego daru, choć zarówno wtedy późną wiosną jak i podczas tego lata mogło się zdawać inaczej. A jednak wciąż tu byli. Po tym pierwszym i po tym drugim ciosie. Po półtora roku milczenia. Po wszystkich trudnych słowach. Tak łatwo było im ulec chwili i sobie nawzajem.
Mieli tu zostać tylko na chwilę, tak? Zostali na kilka dni. Nadal nie mówili o tym jak długo miało to jeszcze trwać. To mógł być jeden z ich ostatnich momentów. Prawdziwe pożegnanie. Jeszcze chwilę wcześniej wydawało mu się to wręcz paraliżująco prawdopodobne. Teraz? Z każdą chwilą miał coraz głębsze i bardziej otumaniające wrażenie, że nie mieli tego sobie zrobić.
Jeszcze jeden dzień. Jeszcze jedna noc. Jeszcze kilka pocałunków. Usta wodzące po skórze. Przymknięte oczy. Przyspieszone oddechy. Głęboki gardłowy pomruk wydobywający się spomiędzy warg. Brzmiący, jakby dochodził zza tafli wody. Z innego świata. Z rzeczywistości, w której to nie był koniec. To był dopiero początek.
Pierwsze podmuchy gorącego lata sześćdziesiątego szóstego roku. Letnia sukienka opinająca ciało jego dziewczyny. Otulająca je niczym falująca woda. Palce sunące po rozpalonej skórze spieczonej nadmorskim słońcem. Jej usta miały słodko-słony smak. Włosy były jasne od przebywania na zewnątrz przez długie godziny. Od pieszych wędrówek, od pobytów na plaży, od wspólnego zanurzania się nago w morzu, od dryfowania na falach. Rozwiewał je wiatr. Żaden kapelusz nie utrzymałby się na głowie w silnych podmuchach. Zresztą zaraz wygniótłby się na trawie, ubrudziłby się w piasku.
Miękkie blond pukle pachnące świeżością, naturą, nutą dymu papierosowego. Nawet jeśli go nie lubił, raz za razem kręcąc nosem na jej obrzydliwe mugolskie fajki, to były jej. Były nieodłącznym elementem tego obrazu. Ich lekko kręcąca w nos nuta przenikała mu w nozdrza, kolejny raz cofając go do tamtych chwil.
Tych, które teraz działy się na nowo. Do miękkich warg sunących po jego skórze. Do dreszczy wywoływanych znaczeniem wilgotnych śladów na jego nagich udach. Do podmuchów wiatru. Długich włosów jego dziewczyny. Jego jedynej, największej miłości w tym momencie zdającej mu najsłodszy rodzaj niemalże fizycznego bólu. Do dłoni sunącej już nie po jej plecach, nie pod chłodniejsze od ciepłej skóry ramiączka sukienki.
Do palców, o które owinął sobie jej kosmyki. Może trochę zbyt gwałtownego, nie do końca świadomego ruchu, na które odpowiedziała mu tym konkretnym spojrzeniem. Błyszczącym, ale już nie figlarnym. Nie zaczepnym, tylko otwarcie świadomym tego, co z nim teraz robiła. Przeciągłym, zwodniczym, celowym. Pełnym najbardziej wyszukanych, wręcz rozpustnych obietnic.
Pierdolić Munga, tak? Tak jak zawsze, gdy w czterech ścianach tego, co akurat uznawali za swój dom. Czym mógł być zarówno ich ogród, prywatny kawałek plaży, gęstwiny głuszy dalekie od ludzkich siedzib, snowdońska biblioteka, polana w Kniei znana tylko nielicznym, dom w Whitby czy mieszkanie przy Horyzontalnej.
Choć może inaczej? Ten dotyk. Jej usta, jej wargi. Spojrzenie spod gęstych ciemnych rzęs, zarys pełnych piersi, gdy odchyliła się od niego na chwilę.
Jęknął, może mruknął, może sapnął. Coś pomiędzy. Nie było dobrego określenia na to wszystko. Tak jak na to, co się teraz działo między nimi. Na nagromadzoną tęsknotę, na zmysłowość, na kolejne wyrazy namiętności. To, w jaki sposób w tym momencie dążyła do tego, żeby kolejny raz udowodnić mu swoją siłę. Tym razem jednak w taki sposób, że nie mógł uważać tej nagłej słabości za własną przegraną.
Fal gorąca przechodzących przez ciało. Szybszego oddechu. Pomruków i dreszczy. Gęsiej skórki, mimowolnego uścisku dłoni na jej prowizorycznym kucyku. Półprzymkniętych powiek. Oczu zmrużonych na tyle, by móc ją obserwować. Napawać się tym wrażeniem, tym widokiem. Poddawać się jej gestom, jej ustom, jej woli, bo kolejny raz po prostu wiedziała.
Potrafiła doprowadzić go na sam skraj, przeciągając te wszystkie gesty odpowiednio długo, by nabrały zupełnie innego wydźwięku. Wciąż słodkiego, jednak przy tym znacznie bardziej pikantnego. Zakrawającego o znęcanie się nad wyostrzonymi i jednocześnie przytłumionymi zmysłami. Już dawno nad niczym nie panował. Dawno oddał się chwili, woli dziewczyny...
...ostatecznie nie mogąc już nawet utrzymać się na wyciągniętej ręce. Na coraz bardziej uginającym się łokciu. Na drżących palcach zaciskających się na źdźbłach trawy. Drugą dłonią nadal przytrzymywał jej włosy, być może jeszcze chwilę wcześniej mówiąc o tym, że sam nie miał nic przeciwko jej wyrazom zatracenia. A jednak w tej chwili ukazując jej swoje. Musiała mu wybaczyć ten uścisk, to pociągnięcie.
Szczególnie wtedy, kiedy opadł na plecy, nieświadomie wyginając je w górę. Poddając się doświadczaniu tego wszystkiego po raz kolejny. A jednocześnie pierwszy. Pozwalając, aby ogień wcale nie wygasł. Nie zgasł przez te wszystkie miesiące, nie wygasł też teraz. Płonął i miał płonąć. Być może mając ich wreszcie strawić, jednak w tym momencie to nie miało już żadnego znaczenia.
Tu nie było przegranych. Tu nie mogła ich dopaść rzeczywistość. Tu liczyła się wyłącznie ta chwila. Gorące lato. Morska bryza, lekki wiatr, słońce rysujące wzory pod zaciśniętymi powiekami. Mocne uderzenia serca, ciepło rozlewające się po rozdygotanym ciele.
Rozwarta dłoń wypuszczająca kaskadę długich włosów łaskoczących go we wrażliwą skórę. Znajomy zapach. Woń morza, lasu, piżma, papierosów... ...delikatna nuta szamponu, wetywerii, sosnowych igieł... ...zgniecionej trawy dookoła nich... ...słodkawa nuta zatracenia.
- Kocham cię. Kurewsko cię kocham - to były jej słowa, które dopiero po kilku tygodniach zaczęły być wspólne.
Miesiącami wyrzucał sobie, że nie zrobił tego wcześniej, że nie mieli dla siebie więcej czasu, że brali wszystko za pewnik, za gwarant i przez to nie mówił jej tego dostatecznie często. Teraz jednak nie potrzebowali tych rozważań. To przyszło naturalnie.
Leniwy, koci uśmiech wpełzający na usta. Zamknięte oczy. Wyciągnięte ramię. Mieli czas, prawda? To nie była ich ostatnia chwila. Mieli mieć ich tak wiele jak tylko pragnęli. Tu. W swojej szklanej kuli stojącej na zakurzonej półce wspomnień na kilka chwil będących ich teraźniejszością.
Tylko udawali, prawda? Do tamtego momentu w łazience. Do pierwszego wahania pod wspólnym prysznicem. Do przekroczenia granicy pomiędzy jawą a iluzją, wtedy jeszcze udawali. Grali. Nie rozmawiali o tym, lecz każde z osobna liczyło kolejne uciekające minuty. Nie wiedząc, ile godzin zamierzają sobie dać, nie stąpali po pewnym gruncie. Raz po raz zapadali się w piasek aż wreszcie chyba pozwolili sobie na to, aby całkowicie przez niego przeniknąć.
Znaleźli się przy tym w zupełnie innym świecie. Zamknięci w jednej z tych szklanych kul. W swojej Piaskownicy. W jedynym całkowicie wspólnym miejscu, jakie kiedykolwiek mieli na świecie. W domku niemal tuż na samej plaży. Otoczonym malowniczymi wrzosowiskami. Może i pogrążonym w postępującej ruinie, jednak na te kilka chwil będącym niemal jak wyrwanym ze snu.
Naprawdę pięknego marzenia sennego. Takiego, które śniąc pragnął, aby nigdy się nie skończyło. To nie było jak sen na jawie, to było... ...inne. Znacznie bardziej oniryczne w najlepszym, najbardziej idyllicznym znaczeniu tego słowa. Było im niemal tak dobrze jak wtedy, kiedy zaszywali się tu na długie weekendy. Tak jak podczas tych miesięcy, kiedy stworzyli tu sobie własny mały świat, myśląc, że to ich uchroni.
A potem ktoś potrząsnął szklaną kulą. Tak wtedy z początkiem kwietnia siedemdziesiątego pierwszego roku, tak też jeszcze pierwszego wieczoru ich powrotu do Whitby. Nie mogli porównywać tych dwóch sytuacji, jednak obie zatrząsły podstawami tego, co wspólnie budowali.
Pierwsze wydarzenie było tak druzgocące, że uderzyło w coś, co miało być przecież trwałe i nienaruszalne. Zawsze, na zawsze, do usranej śmierci. Wywołało bezpowrotne zniszczenia. Ukazało siatkę drobnych pęknięć sięgającą do samego wnętrza, do istoty wszystkiego, co mieli. Uderzyło w nich i na półtora roku uczyniło ich niczym.
Ale czy tak zachowywali się ludzie, którzy nic już dla siebie nie znaczą? Czy chwytali się za rękę, nie chcąc jej wypuścić? Czy zatracali się w sobie nawzajem? Raz za razem odnajdywali drogę do swoich ust? Drogę do domu, nawet jeśli był on już tylko miniaturą wspomnień zamkniętych pod szklaną kopułą? Cokolwiek robili, nie dali sobie żadnej przyszłości, ale jednocześnie nie dali sobie też żadnych wyraźnych granic. Nie powiedzieli sobie tego, co powinno być najważniejsze.
Choć czy nie najważniejsze było to, co w istocie padło między nimi? Kocham cię wybrzmiało. Przez te parę dni zdecydowanie częściej niż przez te wszystkie lata. Nie więcej razy, to zapewne nie miało się stać, ale wielokrotnie w odstępie zaledwie kilku krótkich godzin. Nigdy nie powtarzał tego w ten sposób.
Szczególnie po tym jak ich świat dotknęło to drugie wydarzenie. Wstrząs tym razem zadany im przez nich samych. Ta pierwsza kłótnia, po której fundamenty domku w szklanej kuli też zaczęły się rozpadać. Ocalili je. Nadal nie do końca wiedział, w jaki sposób, ale oboje tego chcieli. Gdy byli razem, gdy stali po jednej stronie, potrafili poradzić sobie nawet z najgorszymi ciosami od życia.
Najwidoczniej wcale nie zatracili tego daru, choć zarówno wtedy późną wiosną jak i podczas tego lata mogło się zdawać inaczej. A jednak wciąż tu byli. Po tym pierwszym i po tym drugim ciosie. Po półtora roku milczenia. Po wszystkich trudnych słowach. Tak łatwo było im ulec chwili i sobie nawzajem.
Mieli tu zostać tylko na chwilę, tak? Zostali na kilka dni. Nadal nie mówili o tym jak długo miało to jeszcze trwać. To mógł być jeden z ich ostatnich momentów. Prawdziwe pożegnanie. Jeszcze chwilę wcześniej wydawało mu się to wręcz paraliżująco prawdopodobne. Teraz? Z każdą chwilą miał coraz głębsze i bardziej otumaniające wrażenie, że nie mieli tego sobie zrobić.
Jeszcze jeden dzień. Jeszcze jedna noc. Jeszcze kilka pocałunków. Usta wodzące po skórze. Przymknięte oczy. Przyspieszone oddechy. Głęboki gardłowy pomruk wydobywający się spomiędzy warg. Brzmiący, jakby dochodził zza tafli wody. Z innego świata. Z rzeczywistości, w której to nie był koniec. To był dopiero początek.
Pierwsze podmuchy gorącego lata sześćdziesiątego szóstego roku. Letnia sukienka opinająca ciało jego dziewczyny. Otulająca je niczym falująca woda. Palce sunące po rozpalonej skórze spieczonej nadmorskim słońcem. Jej usta miały słodko-słony smak. Włosy były jasne od przebywania na zewnątrz przez długie godziny. Od pieszych wędrówek, od pobytów na plaży, od wspólnego zanurzania się nago w morzu, od dryfowania na falach. Rozwiewał je wiatr. Żaden kapelusz nie utrzymałby się na głowie w silnych podmuchach. Zresztą zaraz wygniótłby się na trawie, ubrudziłby się w piasku.
Miękkie blond pukle pachnące świeżością, naturą, nutą dymu papierosowego. Nawet jeśli go nie lubił, raz za razem kręcąc nosem na jej obrzydliwe mugolskie fajki, to były jej. Były nieodłącznym elementem tego obrazu. Ich lekko kręcąca w nos nuta przenikała mu w nozdrza, kolejny raz cofając go do tamtych chwil.
Tych, które teraz działy się na nowo. Do miękkich warg sunących po jego skórze. Do dreszczy wywoływanych znaczeniem wilgotnych śladów na jego nagich udach. Do podmuchów wiatru. Długich włosów jego dziewczyny. Jego jedynej, największej miłości w tym momencie zdającej mu najsłodszy rodzaj niemalże fizycznego bólu. Do dłoni sunącej już nie po jej plecach, nie pod chłodniejsze od ciepłej skóry ramiączka sukienki.
Do palców, o które owinął sobie jej kosmyki. Może trochę zbyt gwałtownego, nie do końca świadomego ruchu, na które odpowiedziała mu tym konkretnym spojrzeniem. Błyszczącym, ale już nie figlarnym. Nie zaczepnym, tylko otwarcie świadomym tego, co z nim teraz robiła. Przeciągłym, zwodniczym, celowym. Pełnym najbardziej wyszukanych, wręcz rozpustnych obietnic.
Pierdolić Munga, tak? Tak jak zawsze, gdy w czterech ścianach tego, co akurat uznawali za swój dom. Czym mógł być zarówno ich ogród, prywatny kawałek plaży, gęstwiny głuszy dalekie od ludzkich siedzib, snowdońska biblioteka, polana w Kniei znana tylko nielicznym, dom w Whitby czy mieszkanie przy Horyzontalnej.
Choć może inaczej? Ten dotyk. Jej usta, jej wargi. Spojrzenie spod gęstych ciemnych rzęs, zarys pełnych piersi, gdy odchyliła się od niego na chwilę.
Jęknął, może mruknął, może sapnął. Coś pomiędzy. Nie było dobrego określenia na to wszystko. Tak jak na to, co się teraz działo między nimi. Na nagromadzoną tęsknotę, na zmysłowość, na kolejne wyrazy namiętności. To, w jaki sposób w tym momencie dążyła do tego, żeby kolejny raz udowodnić mu swoją siłę. Tym razem jednak w taki sposób, że nie mógł uważać tej nagłej słabości za własną przegraną.
Fal gorąca przechodzących przez ciało. Szybszego oddechu. Pomruków i dreszczy. Gęsiej skórki, mimowolnego uścisku dłoni na jej prowizorycznym kucyku. Półprzymkniętych powiek. Oczu zmrużonych na tyle, by móc ją obserwować. Napawać się tym wrażeniem, tym widokiem. Poddawać się jej gestom, jej ustom, jej woli, bo kolejny raz po prostu wiedziała.
Potrafiła doprowadzić go na sam skraj, przeciągając te wszystkie gesty odpowiednio długo, by nabrały zupełnie innego wydźwięku. Wciąż słodkiego, jednak przy tym znacznie bardziej pikantnego. Zakrawającego o znęcanie się nad wyostrzonymi i jednocześnie przytłumionymi zmysłami. Już dawno nad niczym nie panował. Dawno oddał się chwili, woli dziewczyny...
...ostatecznie nie mogąc już nawet utrzymać się na wyciągniętej ręce. Na coraz bardziej uginającym się łokciu. Na drżących palcach zaciskających się na źdźbłach trawy. Drugą dłonią nadal przytrzymywał jej włosy, być może jeszcze chwilę wcześniej mówiąc o tym, że sam nie miał nic przeciwko jej wyrazom zatracenia. A jednak w tej chwili ukazując jej swoje. Musiała mu wybaczyć ten uścisk, to pociągnięcie.
Szczególnie wtedy, kiedy opadł na plecy, nieświadomie wyginając je w górę. Poddając się doświadczaniu tego wszystkiego po raz kolejny. A jednocześnie pierwszy. Pozwalając, aby ogień wcale nie wygasł. Nie zgasł przez te wszystkie miesiące, nie wygasł też teraz. Płonął i miał płonąć. Być może mając ich wreszcie strawić, jednak w tym momencie to nie miało już żadnego znaczenia.
Tu nie było przegranych. Tu nie mogła ich dopaść rzeczywistość. Tu liczyła się wyłącznie ta chwila. Gorące lato. Morska bryza, lekki wiatr, słońce rysujące wzory pod zaciśniętymi powiekami. Mocne uderzenia serca, ciepło rozlewające się po rozdygotanym ciele.
Rozwarta dłoń wypuszczająca kaskadę długich włosów łaskoczących go we wrażliwą skórę. Znajomy zapach. Woń morza, lasu, piżma, papierosów... ...delikatna nuta szamponu, wetywerii, sosnowych igieł... ...zgniecionej trawy dookoła nich... ...słodkawa nuta zatracenia.
- Kocham cię. Kurewsko cię kocham - to były jej słowa, które dopiero po kilku tygodniach zaczęły być wspólne.
Miesiącami wyrzucał sobie, że nie zrobił tego wcześniej, że nie mieli dla siebie więcej czasu, że brali wszystko za pewnik, za gwarant i przez to nie mówił jej tego dostatecznie często. Teraz jednak nie potrzebowali tych rozważań. To przyszło naturalnie.
Leniwy, koci uśmiech wpełzający na usta. Zamknięte oczy. Wyciągnięte ramię. Mieli czas, prawda? To nie była ich ostatnia chwila. Mieli mieć ich tak wiele jak tylko pragnęli. Tu. W swojej szklanej kuli stojącej na zakurzonej półce wspomnień na kilka chwil będących ich teraźniejszością.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down