06.02.2025, 21:53 ✶
Szeroki uśmiech, który wstąpił na twarz Camerona w chwili, gdy został uznany za ''najzdolniejszego narzeczonego na świecie'' momentalnie przygasł, gdy zdał sobie sprawę, jak nieodpowiednie wnioski wyciągnęła Heather na podstawie treści listu. A może to on znowu coś pomieszał? A może dostał przedwczesnego ataku demencji, nie potrafiąc sobie przypomnieć tego, że wysłał wyniki swoich eksperymentów do producenta szamponu? Chłopak cofnął się o pół kroku, jakby w ten sposób chciał na moment odizolować się od otaczającego go świata i nabrać nieco perspektywy.
Czy faktycznie coś takiego mu się przydarzyło...? Przecież zapamiętałby coś takiego! Bądź co bądź, przekazanie Florence wyników jakichkolwiek badań wiązało się w jego przypadku ze sporą dawkę stresu i niepewności, więc na pewno zapamiętałby wzięcie udziału w konkursie na ulepszoną recepturę szamponu do włosów. Wprawdzie owszem eksperymentował na pewnej mieszance, kiedy Heather przeszła... metamorfozę... po swoim wypadku na Beltane, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, aby cokolwiek gdzieś wysyłać!
— He? — Zamrugał parokrotnie, rozdziawiając przy okazji usta w zdziwieniu. — A-ale to nie jest ż-żaden mój szampon, H-heather.
Cameron zaczął rozglądać się na boki, czerwieniąc się na policzkach. Na Merlina, czyżby kolejną plotką na ich temat miało stać się to, że stał się twórcą jakiegoś nowego szamponu? Aż zbladł nieco, wyobrażając sobie, co by pomyślano na jego temat w przypadku. Wprawdzie do głowy wpadały mu różne głupoty, a kasa za sprzedaż receptury na pewno by nie śmierdziała, ale przecież... Przecież... Przecież on miał odejść na emeryturę za parę lat po wyleczeniu jakiejś nieuleczalnej choroby. Magiczny łupież się nie liczył. Nagła utrata włosów też nie!
— J-ja go tylko kupiłem. Ten konkurs... To z tego szamponu. P-pamiętasz? T-ten los? — Wbił w nią wyczekujące spojrzenie, licząc, że dziewczyna doda w końcu dwa do dwóch. — Ten, przez który narzekałem, ż-że sowy mi obsrają parapet w pokoju, bo zaczną przychodzić u-ulotki z jakichś podejrzanych miejsc? M-myślałem, że to jakieś oszustwo, a-ale najwyraźniej... Najwyraźniej NIE!
Nie świadom do końca własnego podenerwowania Lupin zaczął kiwać się to do tyłu i do przodu, pocierając przy tym niezdarnie jedną dłoń o drugą.
— N-no, ale t-tak! Wygraliśmy. Mieszkanie. Nasze własne. Na Pokątnej. Bez kredytu w Banku Gringotta. Bez pożyczki. Bez sprzedaży nerki!
Wszystko wskazywało na to, że krótkie komunikaty były w tym momencie jedynym komentarzem, jaki potrafił z siebie wydusić młody medyk.
— N-no, no oczywiście! — rzucił, na powrót zbliżając się do Heather i łapiąc ją za rękę. — W s-sumie, t-to liczyłem, że pójdziesz tam ze mną. Na to wręczenie kluczy. I do mieszkanie, to znaczy. Wiesz. Tak... Na stałe, p-pani Lupin?
Czy faktycznie coś takiego mu się przydarzyło...? Przecież zapamiętałby coś takiego! Bądź co bądź, przekazanie Florence wyników jakichkolwiek badań wiązało się w jego przypadku ze sporą dawkę stresu i niepewności, więc na pewno zapamiętałby wzięcie udziału w konkursie na ulepszoną recepturę szamponu do włosów. Wprawdzie owszem eksperymentował na pewnej mieszance, kiedy Heather przeszła... metamorfozę... po swoim wypadku na Beltane, ale nawet przez myśl mu nie przeszło, aby cokolwiek gdzieś wysyłać!
— He? — Zamrugał parokrotnie, rozdziawiając przy okazji usta w zdziwieniu. — A-ale to nie jest ż-żaden mój szampon, H-heather.
Cameron zaczął rozglądać się na boki, czerwieniąc się na policzkach. Na Merlina, czyżby kolejną plotką na ich temat miało stać się to, że stał się twórcą jakiegoś nowego szamponu? Aż zbladł nieco, wyobrażając sobie, co by pomyślano na jego temat w przypadku. Wprawdzie do głowy wpadały mu różne głupoty, a kasa za sprzedaż receptury na pewno by nie śmierdziała, ale przecież... Przecież... Przecież on miał odejść na emeryturę za parę lat po wyleczeniu jakiejś nieuleczalnej choroby. Magiczny łupież się nie liczył. Nagła utrata włosów też nie!
— J-ja go tylko kupiłem. Ten konkurs... To z tego szamponu. P-pamiętasz? T-ten los? — Wbił w nią wyczekujące spojrzenie, licząc, że dziewczyna doda w końcu dwa do dwóch. — Ten, przez który narzekałem, ż-że sowy mi obsrają parapet w pokoju, bo zaczną przychodzić u-ulotki z jakichś podejrzanych miejsc? M-myślałem, że to jakieś oszustwo, a-ale najwyraźniej... Najwyraźniej NIE!
Nie świadom do końca własnego podenerwowania Lupin zaczął kiwać się to do tyłu i do przodu, pocierając przy tym niezdarnie jedną dłoń o drugą.
— N-no, ale t-tak! Wygraliśmy. Mieszkanie. Nasze własne. Na Pokątnej. Bez kredytu w Banku Gringotta. Bez pożyczki. Bez sprzedaży nerki!
Wszystko wskazywało na to, że krótkie komunikaty były w tym momencie jedynym komentarzem, jaki potrafił z siebie wydusić młody medyk.
— N-no, no oczywiście! — rzucił, na powrót zbliżając się do Heather i łapiąc ją za rękę. — W s-sumie, t-to liczyłem, że pójdziesz tam ze mną. Na to wręczenie kluczy. I do mieszkanie, to znaczy. Wiesz. Tak... Na stałe, p-pani Lupin?