07.02.2025, 00:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2025, 00:45 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.)
Wrócili na właściwsze tory. Jakim cudem? O ironio: puszystym i różowym.
- Co racja to racja - nie mógł nie uśmiechnąć się pod nosem, nawet jeśli wciąż mówili o czymś, co nie miało racji bytu; nie mogło się stać ani teraz, ani w przyszłości, zwłaszcza za pięćdziesiąt dwa lata. - Będziemy jeszcze w całkiem słusznym wieku. Kto wie, może do tego czasu zdążą mnie awansować - stwierdził z porozumiewawczym mrugnięciem.
Jasne, do tego czasu zapewne na tym stanowisku miało pojawić się co najmniej pięć innych osób z polecenia. Każda miała nie wytrzymać presji dłużej niż te dziesięć lat z hakiem, ale po tylu nieudanych próbach wciskania pociotków na niezbyt wygodny fotel, może nawet mógłby mieć swoją szansę. Oczywiście z miesiąca na miesiąc dochodząc do wniosku, że nie zamierza tam tyle siedzieć.
Może stało się to nieco zbyt późno, ale zyskując szerszą perspektywę, stopniowo dochodził do wniosku, że to i tak nie była pozycja dla niego. Abstrahując od tego jak śmiesznie byłoby za te pięćdziesiąt dwa lata obsadzić Geraldine w pozycji poważnej pani ordynatorowej, do której jego (była) dziewczyna jeszcze mniej pasowała. Tak, w tym momencie naprawdę nie chciał mieć ponownie kija w dupie.
Wystarczyło, że ludzie, ci szumni oni go mieli. Zamykali się w swoich eleganckich, ładnie wyposażonych gabinetach, stając się coraz bardziej oderwani od rzeczywistości. Od własnych pracowników, od personelu, od pacjentów. Skupiali się na zgrywaniu ważnych, podczas gdy w istocie dawno przestali być istotnymi organami w funkcjonowaniu szpitala. Podpisywali papiery, ale nie zajmowali się niczym, co faktycznie wpływało na renomę szpitala. Nie pomagali. Częstokroć wręcz szkodzili.
Nagły przypływ frustracji na tę całą sytuację, jaki nastąpił u niego wtedy na ganku, gdy rozmawiali ze sobą jak na chwilę odzyskani przyjaciele był istotną kroplą powoli przelewającą czarę goryczy. Nie chciał żyć w ten sposób. Jego życie już i tak wyjątkowo mocno rozminęło się z wizją, jaką dla siebie miał. Nawet, jeśli w tym momencie mogłoby się zdawać inaczej.
Dom, salon, kominek, dwa psy (i kot nie do końca pasujący do pierwotnego obrazka, ale obecnie całkiem chciany), ciepły policzek oparty o jego klatkę piersiową, dokument lecący na telewizorze, pieczeń w piekarniku, kubek cydru, który teraz opróżnił, stawiając go na ławie. Z pozoru było niemal idealnie.
- Jedyny atak, o który możesz się niepokoić - zaczął w odpowiedzi, pozornie rozważając swoje kolejne słowa - to raczej taki, którego nigdy się jakoś specjalnie nie obawiałaś - a wręcz przeciwnie - żadne z nich nie stroniło od tego typu zaczepek, prawda?
Wszystkie inne? Cóż. Nie miała najmniejszego powodu, aby się czymkolwiek zamartwiać. No, chyba że mówili tutaj jednak o jego kocie, wtedy w grę wchodziły pazury wystawiane spod kanapy i łapa uderzająca z szuflady.
Ponownie jednak nic, czego mogłaby się lękać łowczyni z rodu Yaxleyów. Poskramiaczka nawet własnej rodziny. Owijaczka ludzi wokół palca. Treserka ojców, braci a swego czasu może nawet trochę tych luźno wspomnianych czarnoksiężników.
- Jakbyś się nie spodziewała - lekko wzruszając ramionami, nawet nie próbował bronić się przed tym niezbyt dobrze zakamuflowanym oskarżeniem o brak wylewności.
Widziały gały co brały, prawda? Choć jednocześnie nie powinien być tego aż taki znowu pewien, bo przecież sam nieustannie kwestionował wzrok Riny. Istniało zatem prawdopodobieństwo, że postąpiła z nim trochę jak on ze swoją Lilią. Po prostu wzięła to, co się przyczepiło, akceptując ten stan rzeczy do czasu, gdy było już za późno.
Być może rzeczywiście całkowicie nieopatrznie wybrała sobie człowieka opatrzonego plakietką (jedną z takich jak na kojcach do spania dla kotów w kocim azylu) mrukliwy, niezbyt skłonny do zwierzeń, czasami furczy i gryzie, ale na ogół łazi za swoim człowiekiem krok w krok, docenia głaskanie po różnych częściach ciała.
Byli uwikłani. Cholernie emocjonalnie uwikłani. W tym momencie to nie sprawiało im jeszcze żadnych głębokich trudności. W tej chwili zachowywali się zupełnie naturalnie, jednak tak nie miało być już zawsze. W przeciwieństwie do Ambroisa i jego kota, on i Geraldine nie mieli wrócić razem do domu. I nie chodziło mu o to, że już w nim byli.
Uparcie ignorował przy tym fakt, że podpisując w sierpniu tamte wszystkie papiery dał Rinie zielone światło do uczynienia z tego miejsca tylko jej własności. Z jego strony wszystko zostało załatwione. Otworzył Yaxleyównie wszystkie możliwe drzwi do szybkiego domknięcia sprawy, gdy (jak wtedy sądził) ostatni raz fizycznie zamknął je za sobą.
Tymczasem ponownie tu byli. Objęci, przytuleni na kanapie przed kominkiem. Oglądając film i wymieniając już nie tak ostre czy cięte uwagi. Tak właściwie, dzięki kotu ich rozmowa zeszła na zadziwiająco miłe i lekkie tory.
- Ma swoje dobre momenty - dodał mimo wszystko, nawet jeśli sam przed chwilą nazwał tę historię nużącą. - Jak ten, kiedy prawie zeżarły nas przerośnięte mandragory a potem niemal ścięło mnie z nóg, bo masywne uda siostry ściągnęły mi nauszniki. Przy okazji doprowadzając kilka starych kwok do pąsu zgorszenia - no, może jednak to było trochę zbyt dobre, żeby o tym nie wspomnieć.
Tym bardziej z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku. Po takim czasie ta sytuacja nawet całkiem go bawiła. Mogła skończyć się znacznie gorzej, ale skoro wszyscy nadal żyli, oddychali i chodzili po tym świecie to nie stało się nic naprawdę złego. Nadzwyczajnego - jasne, nie codziennie widziało się dwa takie bydlaki (a mandragory też były niczego sobie, jeśli chodzi o wielkość). Ale nie paskudnego (paskudna była za to mordą asystenta Mirabelli).
Ich rozmowa rzeczywiście nabrała rozpędu, wracając na swoje zwyczajowe tory. Tym bardziej, skoro Rina czuła się uprawniona do tego, aby wytykać mu jego wiek. Ni to parsknął, ni to prychnął, posyłając jej przy tym pobłażliwe spojrzenie.
- Dobra whisky nigdy nie jest za stara - skwitował, mierząc ją spojrzeniem i mrużąc oczy, mimowolnie faktycznie ukazując w nich drobną siateczkę zmarszczek pogłębionych przez ostatnie półtora roku.
Białe włosy też już niestety go nie omijały, ale letnie słońce było pod tym kątem całkiem dobre w ujednolicaniu jasnego blondu na głowie Greengrassa. Jesień i zima zapewne nie miały być tak łaskawe.
- Poza tym jestem tylko trochę starszy od ciebie - nie musiał mówić, co jej tym insynuuje, prawda?
Karta wieku była obosiecznym mieczem. Nie mówiąc o tym, że w istocie oboje przeznaczyli sobie nawzajem najlepsze (przynajmniej z perspektywy opinii publicznej) lata na brylowanie na salonach. Jednocześnie całkiem szybko i całkiem późno (ironia, nie?) i na tak długo ściągnęli się z rynku matrymonialnego, że teraz w istocie nie pozostało im zbyt wiele towarzyskiej młodości. Cóż poradzić?
On miał kota, ona mogła próbować szydełkować. To było...
...nie coś, o czym chciałby teraz myśleć. Zwłaszcza, gdy mieli swoje dużo lepsze tematy. Drobne zaczepki, jakby wcale nie byli jeszcze aż tacy starzy, dojrzali i poważni. Błyszczące, zaczepne spojrzenia, poruszanie brwiami, cwane uśmiechy.
- No zobaczymy, zobaczymy - mruknął tylko, odnotowując tą jej gotowość w swojej pamięci.
Wobec tej zaczepki nie mógł tak po prostu przejść obojętnie. Jednakże spełnianie groźby w dokładnie tej chwili zdecydowanie mijałoby się z celem. Należało wyczuć odpowiedni moment.
- Touché - kiwnął głową, nie zamierzając głębiej wnikać w to, o czym nie chciała mu teraz opowiadać.
Co więcej zdecydowanie uznał to nie za chęć ukrycia przed nim jakichś bardzo prywatnych faktów. Wtedy z pewnością nie machnąłby na to ręką. Zdecydowanie nie w ten sposób. Jego touché odnosiło się do samego początku ich rozmowy i tego, że wtedy to on umknął przed opowiadaniem Geraldine o jego spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego. W tym momencie raczej naturalnie uznał to za odroczony rewanż.
Ty mi nie powiedziałeś, ja ci nie powiem, na które nie mógł nie zareagować uznaniem tego zabiegu. No, mógł też zacząć się dąsać i wywracać oczami, ale w tym momencie nie miał ochoty na kolejne konfrontacje - nawet te teatralne i przerysowane. Było mu całkiem dobrze z tym, w jaki sposób zaczęła przebiegać ich rozmowa.
Może nawet trochę zbyt dobrze, bowiem jego jęzor ponownie zrobił się niezamierzenie zbyt długi. Oczywiście, że nie miał na myśli kota. Co prawda cały czas spoglądał na jasnoróżową kulkę zwiniętą na kolanach Yaxleyówny, ale myślami odbiegł w zupełnie innym kierunku.
- Mhm. Jesteś okropną kłamczuchą. Najgorszą - sam również bezwiednie uśmiechnął się pod nosem, unosząc wzrok na dziewczynę, ale nijak nie komentując tych kolejnych słów, które padły spomiędzy jej różanych warg.
Tak, zdecydowanie plątała się w zeznaniach. W jednej chwili upierała się przy całkowitym braku uroku, w kolejnej mówiła, że jednak go miał. Jasne, że musiał jej to wytknąć. Szczególnie, że nie mógł odegrać się w żaden inny sposób, bo ona wyglądała...
- Cholera - tak, cholera, posłał jej trochę szerszy uśmiech, jednocześnie wsłuchując się w głośny dźwięk dzwonka na piekarniku - przypomnienia o życiu trwającym dookoła nich.
Nie musiał mówić, czemu ostrożnie cofnął ramię spod pleców Geraldine, wyplątując się spod wspólnego pledu na plecach i koca na kolanach. Starał się nie poruszyć przy tym uwagi ani kota, ani żadnego z psów. Zsuwając nogi z ławy, wstał z kanapy, znikając w kuchni.
Z pieczenią do wyjęcia, dodatkami do przełożenia na talerze i szklanką lodowatej wody wypitej duszkiem na jeden łyk.
- Co racja to racja - nie mógł nie uśmiechnąć się pod nosem, nawet jeśli wciąż mówili o czymś, co nie miało racji bytu; nie mogło się stać ani teraz, ani w przyszłości, zwłaszcza za pięćdziesiąt dwa lata. - Będziemy jeszcze w całkiem słusznym wieku. Kto wie, może do tego czasu zdążą mnie awansować - stwierdził z porozumiewawczym mrugnięciem.
Jasne, do tego czasu zapewne na tym stanowisku miało pojawić się co najmniej pięć innych osób z polecenia. Każda miała nie wytrzymać presji dłużej niż te dziesięć lat z hakiem, ale po tylu nieudanych próbach wciskania pociotków na niezbyt wygodny fotel, może nawet mógłby mieć swoją szansę. Oczywiście z miesiąca na miesiąc dochodząc do wniosku, że nie zamierza tam tyle siedzieć.
Może stało się to nieco zbyt późno, ale zyskując szerszą perspektywę, stopniowo dochodził do wniosku, że to i tak nie była pozycja dla niego. Abstrahując od tego jak śmiesznie byłoby za te pięćdziesiąt dwa lata obsadzić Geraldine w pozycji poważnej pani ordynatorowej, do której jego (była) dziewczyna jeszcze mniej pasowała. Tak, w tym momencie naprawdę nie chciał mieć ponownie kija w dupie.
Wystarczyło, że ludzie, ci szumni oni go mieli. Zamykali się w swoich eleganckich, ładnie wyposażonych gabinetach, stając się coraz bardziej oderwani od rzeczywistości. Od własnych pracowników, od personelu, od pacjentów. Skupiali się na zgrywaniu ważnych, podczas gdy w istocie dawno przestali być istotnymi organami w funkcjonowaniu szpitala. Podpisywali papiery, ale nie zajmowali się niczym, co faktycznie wpływało na renomę szpitala. Nie pomagali. Częstokroć wręcz szkodzili.
Nagły przypływ frustracji na tę całą sytuację, jaki nastąpił u niego wtedy na ganku, gdy rozmawiali ze sobą jak na chwilę odzyskani przyjaciele był istotną kroplą powoli przelewającą czarę goryczy. Nie chciał żyć w ten sposób. Jego życie już i tak wyjątkowo mocno rozminęło się z wizją, jaką dla siebie miał. Nawet, jeśli w tym momencie mogłoby się zdawać inaczej.
Dom, salon, kominek, dwa psy (i kot nie do końca pasujący do pierwotnego obrazka, ale obecnie całkiem chciany), ciepły policzek oparty o jego klatkę piersiową, dokument lecący na telewizorze, pieczeń w piekarniku, kubek cydru, który teraz opróżnił, stawiając go na ławie. Z pozoru było niemal idealnie.
- Jedyny atak, o który możesz się niepokoić - zaczął w odpowiedzi, pozornie rozważając swoje kolejne słowa - to raczej taki, którego nigdy się jakoś specjalnie nie obawiałaś - a wręcz przeciwnie - żadne z nich nie stroniło od tego typu zaczepek, prawda?
Wszystkie inne? Cóż. Nie miała najmniejszego powodu, aby się czymkolwiek zamartwiać. No, chyba że mówili tutaj jednak o jego kocie, wtedy w grę wchodziły pazury wystawiane spod kanapy i łapa uderzająca z szuflady.
Ponownie jednak nic, czego mogłaby się lękać łowczyni z rodu Yaxleyów. Poskramiaczka nawet własnej rodziny. Owijaczka ludzi wokół palca. Treserka ojców, braci a swego czasu może nawet trochę tych luźno wspomnianych czarnoksiężników.
- Jakbyś się nie spodziewała - lekko wzruszając ramionami, nawet nie próbował bronić się przed tym niezbyt dobrze zakamuflowanym oskarżeniem o brak wylewności.
Widziały gały co brały, prawda? Choć jednocześnie nie powinien być tego aż taki znowu pewien, bo przecież sam nieustannie kwestionował wzrok Riny. Istniało zatem prawdopodobieństwo, że postąpiła z nim trochę jak on ze swoją Lilią. Po prostu wzięła to, co się przyczepiło, akceptując ten stan rzeczy do czasu, gdy było już za późno.
Być może rzeczywiście całkowicie nieopatrznie wybrała sobie człowieka opatrzonego plakietką (jedną z takich jak na kojcach do spania dla kotów w kocim azylu) mrukliwy, niezbyt skłonny do zwierzeń, czasami furczy i gryzie, ale na ogół łazi za swoim człowiekiem krok w krok, docenia głaskanie po różnych częściach ciała.
Byli uwikłani. Cholernie emocjonalnie uwikłani. W tym momencie to nie sprawiało im jeszcze żadnych głębokich trudności. W tej chwili zachowywali się zupełnie naturalnie, jednak tak nie miało być już zawsze. W przeciwieństwie do Ambroisa i jego kota, on i Geraldine nie mieli wrócić razem do domu. I nie chodziło mu o to, że już w nim byli.
Uparcie ignorował przy tym fakt, że podpisując w sierpniu tamte wszystkie papiery dał Rinie zielone światło do uczynienia z tego miejsca tylko jej własności. Z jego strony wszystko zostało załatwione. Otworzył Yaxleyównie wszystkie możliwe drzwi do szybkiego domknięcia sprawy, gdy (jak wtedy sądził) ostatni raz fizycznie zamknął je za sobą.
Tymczasem ponownie tu byli. Objęci, przytuleni na kanapie przed kominkiem. Oglądając film i wymieniając już nie tak ostre czy cięte uwagi. Tak właściwie, dzięki kotu ich rozmowa zeszła na zadziwiająco miłe i lekkie tory.
- Ma swoje dobre momenty - dodał mimo wszystko, nawet jeśli sam przed chwilą nazwał tę historię nużącą. - Jak ten, kiedy prawie zeżarły nas przerośnięte mandragory a potem niemal ścięło mnie z nóg, bo masywne uda siostry ściągnęły mi nauszniki. Przy okazji doprowadzając kilka starych kwok do pąsu zgorszenia - no, może jednak to było trochę zbyt dobre, żeby o tym nie wspomnieć.
Tym bardziej z szerokim uśmiechem i błyskiem w oku. Po takim czasie ta sytuacja nawet całkiem go bawiła. Mogła skończyć się znacznie gorzej, ale skoro wszyscy nadal żyli, oddychali i chodzili po tym świecie to nie stało się nic naprawdę złego. Nadzwyczajnego - jasne, nie codziennie widziało się dwa takie bydlaki (a mandragory też były niczego sobie, jeśli chodzi o wielkość). Ale nie paskudnego (paskudna była za to mordą asystenta Mirabelli).
Ich rozmowa rzeczywiście nabrała rozpędu, wracając na swoje zwyczajowe tory. Tym bardziej, skoro Rina czuła się uprawniona do tego, aby wytykać mu jego wiek. Ni to parsknął, ni to prychnął, posyłając jej przy tym pobłażliwe spojrzenie.
- Dobra whisky nigdy nie jest za stara - skwitował, mierząc ją spojrzeniem i mrużąc oczy, mimowolnie faktycznie ukazując w nich drobną siateczkę zmarszczek pogłębionych przez ostatnie półtora roku.
Białe włosy też już niestety go nie omijały, ale letnie słońce było pod tym kątem całkiem dobre w ujednolicaniu jasnego blondu na głowie Greengrassa. Jesień i zima zapewne nie miały być tak łaskawe.
- Poza tym jestem tylko trochę starszy od ciebie - nie musiał mówić, co jej tym insynuuje, prawda?
Karta wieku była obosiecznym mieczem. Nie mówiąc o tym, że w istocie oboje przeznaczyli sobie nawzajem najlepsze (przynajmniej z perspektywy opinii publicznej) lata na brylowanie na salonach. Jednocześnie całkiem szybko i całkiem późno (ironia, nie?) i na tak długo ściągnęli się z rynku matrymonialnego, że teraz w istocie nie pozostało im zbyt wiele towarzyskiej młodości. Cóż poradzić?
On miał kota, ona mogła próbować szydełkować. To było...
...nie coś, o czym chciałby teraz myśleć. Zwłaszcza, gdy mieli swoje dużo lepsze tematy. Drobne zaczepki, jakby wcale nie byli jeszcze aż tacy starzy, dojrzali i poważni. Błyszczące, zaczepne spojrzenia, poruszanie brwiami, cwane uśmiechy.
- No zobaczymy, zobaczymy - mruknął tylko, odnotowując tą jej gotowość w swojej pamięci.
Wobec tej zaczepki nie mógł tak po prostu przejść obojętnie. Jednakże spełnianie groźby w dokładnie tej chwili zdecydowanie mijałoby się z celem. Należało wyczuć odpowiedni moment.
- Touché - kiwnął głową, nie zamierzając głębiej wnikać w to, o czym nie chciała mu teraz opowiadać.
Co więcej zdecydowanie uznał to nie za chęć ukrycia przed nim jakichś bardzo prywatnych faktów. Wtedy z pewnością nie machnąłby na to ręką. Zdecydowanie nie w ten sposób. Jego touché odnosiło się do samego początku ich rozmowy i tego, że wtedy to on umknął przed opowiadaniem Geraldine o jego spotkaniu Towarzystwa Herbologicznego. W tym momencie raczej naturalnie uznał to za odroczony rewanż.
Ty mi nie powiedziałeś, ja ci nie powiem, na które nie mógł nie zareagować uznaniem tego zabiegu. No, mógł też zacząć się dąsać i wywracać oczami, ale w tym momencie nie miał ochoty na kolejne konfrontacje - nawet te teatralne i przerysowane. Było mu całkiem dobrze z tym, w jaki sposób zaczęła przebiegać ich rozmowa.
Może nawet trochę zbyt dobrze, bowiem jego jęzor ponownie zrobił się niezamierzenie zbyt długi. Oczywiście, że nie miał na myśli kota. Co prawda cały czas spoglądał na jasnoróżową kulkę zwiniętą na kolanach Yaxleyówny, ale myślami odbiegł w zupełnie innym kierunku.
- Mhm. Jesteś okropną kłamczuchą. Najgorszą - sam również bezwiednie uśmiechnął się pod nosem, unosząc wzrok na dziewczynę, ale nijak nie komentując tych kolejnych słów, które padły spomiędzy jej różanych warg.
Tak, zdecydowanie plątała się w zeznaniach. W jednej chwili upierała się przy całkowitym braku uroku, w kolejnej mówiła, że jednak go miał. Jasne, że musiał jej to wytknąć. Szczególnie, że nie mógł odegrać się w żaden inny sposób, bo ona wyglądała...
- Cholera - tak, cholera, posłał jej trochę szerszy uśmiech, jednocześnie wsłuchując się w głośny dźwięk dzwonka na piekarniku - przypomnienia o życiu trwającym dookoła nich.
Nie musiał mówić, czemu ostrożnie cofnął ramię spod pleców Geraldine, wyplątując się spod wspólnego pledu na plecach i koca na kolanach. Starał się nie poruszyć przy tym uwagi ani kota, ani żadnego z psów. Zsuwając nogi z ławy, wstał z kanapy, znikając w kuchni.
Z pieczenią do wyjęcia, dodatkami do przełożenia na talerze i szklanką lodowatej wody wypitej duszkiem na jeden łyk.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down